Jak się tam znalazłem, czyli zlot założycielski w Sierakowie
(17-18.05.2008 r.; widziane oczami Cerama)

art3-1

Rzecz będzie z całą pewnością nie na czasie, ale za to z perspektywy czasu. Niedawno miało miejsce nasze spotkanie w Rekownicy, tymczasem ja chciałbym przywołać we wspomnieniach zlot w Sierakowie. Czynię to trochę z kronikarskiej potrzeby, a trochę po to, aby cykl „Artykuły, relacje…” był kompletny i żeby układał się w całość w myśl zasady – skoro jest Rekownica, to niech będzie i Sieraków. Tak ja to widzę, ale po kolei.

W zasadzie wszystko się zaczęło od serii artykułów w prasie na temat przestępczej działalności eksploratorów w Polsce. Do tego doszły jeszcze bardzo nieprzychylne wypowiedzi środowiska archeologicznego. Teza tych artykułów była jedna: poszukiwacze z wykrywaczami stanowią zagrożenie dla dziedzictwa narodowego, stąd prosty i jedyny wniosek: należy ich, zgodnie z prawem, wyeliminować. Niestety prawo w tym temacie, jakie jest, wszyscy wiemy, dość mętne i rozmyte, dające szeroką możliwość interpretacji tego, co jest, a co nie jest zabytkiem. Pytanie tylko kto i w jakim momencie o tym zadecyduje, a skoro tak, to bezpieczniej w ogóle zakazać poszukiwania czegokolwiek. Pozostaje oczywiście pewna furtka, a raczej szczelina między drzwiami, a futryną, w postaci działalności poszukiwawczej stowarzyszenia. Pomyślałem sobie, skoro tak, to najlepiej zapisać się do jakiegoś stowarzyszenia poszukiwaczy. Niestety okazało się to nie takie proste.

W kraju jest podobno kilkadziesiąt tysięcy poszukiwaczy, wśród nich prawdziwi pasjonaci, spędzający każdą wolną chwilę z wykrywaczem w ręku, są i poszukiwacze „niedzielni”, którzy raz na jakiś czas chcieliby pochodzić z wyrywką. Niestety, mimo tak licznego środowiska, w Polsce nie istnieje ogólnokrajowe stowarzyszenie poszukiwaczy. Brakuje organizacji takiej, jak choćby PZW w środowisku wędkarzy, organizacji, która byłaby powołana, aby dbać o interesy swoich członków. Dlaczego tak się dzieje? Cóż, środowisko poszukiwaczy nie jest środowiskiem jednolitym. Mieszają się w nim różne wizje i koncepcje uprawiania tego hobby. Niestety taki stan rzeczy jest zarazem przyczyną słabości środowiska eksploratorów. Sprawia, że nikt się z nim nie liczy, bo formalnie po prostu go nie ma. Stało się dla mnie jasne, że w tej sytuacji trzeba szukać stowarzyszenia o charakterze lokalnym.

Poszukiwania w Internecie przyniosły efekt, znalazłem w sieci informację, że oto grupa pasjonatów zamierza powołać do życia stowarzyszenie. Tej właśnie sprawie ma być poświęcony zlot w Sierakowie, który odbędzie się za cztery tygodnie. Zapisać się jednak można tylko jeszcze przez trzy dni. Popatrzyłem na mapę i pomyślałem, że trochę to daleko, ale z drugiej strony warto byłoby pojechać. Szybka decyzja, „przepustka” z domu i zgłaszam się do udziału w zlocie. Potem przez kolejne tygodnie zastanawiam się kogo tam spotkam, no i w jakim wieku będą ci ludzie. W dniu wyjazdu, rankiem spotykam się z dwoma uczestnikami zlotu, ponieważ postanowiliśmy, że jedziemy jednym samochodem. Jeden z nich jest wyraźnie zaskoczony, na moje „cześć” odpowiada „dzień dobry panu”. Cóż, nie da się ukryć, że dzieli nas parę lat…

Ruszamy, przed nami około 450km dróg, niestety jeszcze nie autostrad. W szóstej godzinie podróży, kiedy krajobraz wypełnią wspaniałe lasy i piękne jeziora, dojeżdżamy do celu. Okazuje się, że na miejscu są już prawie wszyscy. Badawcze spojrzenia, powitania, niektórzy znają się już z widzenia i idziemy na obiad. Czas nagli, przed nami sporo spraw do omówienia. Po obiedzie zbieramy się w jednym z domków, gdzie powstają projekty dokumentów, a wkrótce rozwinie się dyskusja, głosowanie nad treścią regulaminu, statutu, no i oczywiście będą miały miejsce wybory władz przyszłego stowarzyszenia. Wszystko to zajmuje sporo czasu, pozwala też zauważyć ogromną pracę, wykonaną przez Prowadzącego spotkanie i Gospodarza zlotu. Z jednej strony trzeba „pospinać” formalnie to i owo, żeby móc ruszyć ze stowarzyszeniem, a z drugiej aż kusi do strony towarzyskiej spotkania, tj. kulinarno-kulturalno-rozrywkowej. Jak się okaże, na wszystko znajdzie się czas, nawet na ognisko o pierwszej w nocy.

Fot: Archiwalne zdjęcie grupy uczestników zlotu założycielskiego Sakwy
(siedem osób z widocznego tu grona jest obecnie Członkami Stowarzyszenia).

Niestety wszystko, co dobre, szybko się kończy. Sieraków opuszczamy około południa. Tym razem podróż zajmuje nam więcej czasu i dłuży się nam niemiłosiernie (w moim przypadku powrotom zawsze towarzyszy mniejszy entuzjazm niż wyjazdom).

Po powrocie padam ze zmęczenia, ale mogę powiedzieć jedno: było super, przede wszystkim dzięki ludziom, którzy ten zlot stworzyli i w nim uczestniczyli, ludziom z zainteresowaniami i marzeniami, co wbrew pozorom, we współczesnym świecie jest coraz rzadsze.

/ceram/