Jest północ… Na umówionym miejscu, zgodnie z planem czeka Shin. Przyjechał z Leszna pociągiem. Odbieram go z dworca, jak zawsze, gdy razem jedziemy na akcję gdzieś dalej. Jesteśmy prawie w komplecie… Teraz kierunek Swarzędz. Nocą jeździ się dużo lepiej. Zakorkowane zwykle wciągu dnia ulice, zwężenia spowodowane licznymi remontami, które w południe przyprawiają kierowców o siwiznę za młodu teraz puszczają bezboleśnie. Chyba po prostu śpią… Podjeżdżamy pod blok Rechota. Mimo późnej pory wita nas delegacja rodzinna, jest bowiem też Wioletta, żona Wojtka. Pakujemy kolejny plecak, śpiwór, gumowce i słój domowych ogórków kiszonych od Pani domu. Aż dziw, że wszystko się mieści. Bagażnik mam pomniejszony z powodu zbiornika na gaz. Leży w nim zapasowe koło. Pomimo to mamy tu trzy bagaże osobiste, torbę Sakwy (tzw. sekretariat), trzy wykrywacze, namiot i wiele innych rzeczy. Jakoś dopychamy klapę i możemy ruszać. czeka nas ponad 500 kilometrów. Jedziemy bowiem, jak to się mówi, prawie na Białoruś czyli na daleką Lubelszczyznę.

Droga nie dłuży się jednak, gdy po drodze rozmawia się o ulubionych tematach (wiadomo jakich). Ciekawi jesteśmy wielu rzeczy. Właściwie wszystkiego… Terenu, pogody (ma być niezła), a także nadzoru archeologicznego. To drugi przypadek, kiedy WUOZ w wydanym pozwoleniu zastrzegł sobie konieczność nadzoru. Nic jednak dziwnego, biorąc pod uwagę, że tereny, na które jedziemy są bogate pod względem historycznym. Nie ubolewamy bynajmniej z tego powodu, wręcz odwrotnie. To kolejna okazja poprawiania naszego warsztatu, zdobycia nowej wiedzy – zarówno o terenie, jak i o metodach badawczych i o samych artefaktach. Rozmawiamy zatem i o tym, zabijając czas i wypatrując świtu. Okolice Wisły jak zwykle o tej porze roku obfitują w mgły, przez moment jedzie się kiepsko, ale wkrótce rozjaśnia się i z nastaniem szarości wraca optymizm. Mniej już chce się spać. W pewnym momencie kątem oka zauważam jakąś pędzącą plamę zbliżającą się z prawej „burty”, prosto z pól. Nie wiem czy mam omamy, ale odruchowo hamuję. Tuż przed maską przelatuje nam spora łania. Uff.. Było blisko. Waliła z taką prędkością, że chyba przygrzałaby nam w bok auta, bo nie zamierzała odpuścić, a przed maską by chyba nie zdążyła się wcisnąć. Teraz oczy otwierają się już nam szeroko, adrenalina robi swoje… Szkoda, że nie można uchwycić takich momentów w obiektywie…

Fot. Drewniany dom ze sklepem, pocztą i bankiem. Robimy poranne zakupy – prowiant na dzień poszukiwań.

Nie wiadomo kiedy zlatuje nam ostatnia setka kilometrów. Mamy nawet zapas czasu dobrze wyliczony na początku. Zatrzymujemy się zatem w miejscowości przed naszym punktem zbiórki i korzystamy ze sklepu wiejskiego, by zrobić zapasy prowiantu na cały dzień. Sklep jest wspaniały, bo mieści się w starym, drewnianym domu. Pełni również funkcję poczty i punktu kasowego banku. Pamięta pewnie obie wojny i jeszcze parę innych potyczek, nie tylko tych pod sklepem.

Fot. Dodatkowa fotka sklepu, tym razem w sepii (foto: Shin). Jest klimat…

Wykupujemy bułki, mleko, słodycze i napoje, po czym robimy kilka pamiątkowych zdjęć pod budynkiem. Shin, wyłapując doskonale klimat, robi fotkę w sepii. Kapitalna rzecz… Po kwadransie jesteśmy na miejscu. Dojeżdżamy na umówiony punkt, który jest figurą Św. Jana Nepomucena. Nie ma jeszcze nikogo. Nie dziwne, bo jesteśmy ponad godzinę za wcześnie.

Fot. Szeryf wsi? Nie to Shin (i Uri) na miejscu zbiórki. W tle zabytkowa figura Św. Jana Nepomucena.

Jest piękny poranek. Słońce, pojedyncze kłębiaste chmury i lekki wiatr osłabiający słoneczne grzanie. Oglądamy figurę, chodzimy w kółko… Nawiązuję rozmowę z dwiema kobietami kopiącymi ziemniaki na niewielkim poletku tuż obok. Pytają co my za jedni, a dowiedziawszy się informują, że w zeszłym roku spod figury wydobyto czaszki, które miały ponad 200 lat… Rozmawiamy z nimi o poszukiwaniach, chwilę chodzimy z wykrywaczem po ziemniaczanym polu, ale bardziej dla rozgrzewki, śmiejąc się z kapsli i puszek wykopywanych przy drodze. Jedna z kobiet mówi, że we wsi był kiedyś człowiek, który poszedł z Napoleonem na Moskwę i wrócił. Wie to z przekazów rodzinnych… Ciekawe są takie pogawędki…

Fot. Podziwiamy ciężką pracę mieszkańców wsi przy kopaniu ziemniaków. Każdy kosz zapełniany jest i zanoszony ręcznie do gospodarstwa…

Rozmawiamy też – tym razem przez telefon – z kolejnymi osobami, które wkrótce dojeżdżają na miejsce. Po kolei są to koledzy z „mazowieckiej Sakwy” – Ceram, WILK, Scorp i Rayan. Tuż po nich zjawia się Pan Bogdan, archeolog, który będzie miał nadzór nad naszymi poczynaniami, a po nim Prospektor, Kaśka i Przemek (K2K&P)… Na krzyżówce robi się tłoczno. Kontrastuje to silnie z rozrzuconą, nieliczną zabudową. Być może przypominamy teraz właśnie jakiś zdziesiątkowany oddział napoleoński wracający z Rusi, który zebrał swe mizerne siły pod figurą na modlitwę polową. Po wstępnej rozmowie i wskazówkach Pana Bogdana decydujemy się jechać na miejsce akcji, ponieważ to jeszcze nie tu.

Fot. Spotkanie uczestników akcji.

Wkrótce dojeżdżamy na miejsce. Montujemy sprzęt, przebieramy się… Jak zwykle przydzielam woreczki na znaleziska, zbieram podpisy uczestników, by mieć za sobą formalności. Jeszcze chwilkę rozmawiamy o terenie, jego granicach oraz o sposobie jego sprawdzania. Na szczęście obszar objęty akcją jest duży, co jest ważne choćby w kwestii ewentualnych wzajemnych zakłóceń sprzętu. Wybieramy pierwsze pole i zaczynamy poszukiwania… Chwilkę potem dojeżdża Przemek117 z synem, Sławkiem, naszym wytrawnym poszukiwaczem-juniorem. Mamy komplet. Wszystko idzie doskonale. Wszyscy dojechali, pogoda jest rewelacyjna, a lada moment okaże się, że i pole przywita nas fantastycznie…

Fot. Rozpakowujemy się w centrum miejscowości. Za chwilę zaczynamy.

Ze startu widać, że mamy do czynienia z terenem, na którym działalność ludzka była raczej intensywna, a dzisiejsza zabudowa jest tylko skromną częścią tego, co istniało tu kiedyś. Pole usiane jest tysiącami fragmentów ceramiki, okruchami cegieł… Pan Bogdan opowiada nam o tym miejscu i identyfikuje wiek ceramiki. Wiele jej szczątków to czasy najnowsze, ale nie brak i takiej z XVII w. i starszej. Archeolog zbiera niektóre fragmenty, które uważa za ciekawe. Co jakiś czas nawiązuje ciekawe rozmowy z poszczególnymi poszukiwaczami. Obawiałem się, że nadzór taki będzie bardzo formalny, tymczasem okazało się, że jest tak jak można to sobie wymarzyć. Ciekawe konsultacje i pomoc w oznaczaniu znalezionych artefaktów…

Fot. Przemek117 na polu nr 1.

Pole numer 1, jeśli można tak to nazwać, zatrzymuje nas wszystkich na dłużej. Nie dziwne, wszak jest tu po pierwsze spory obszar, a po drugie co chwilkę coś znajdujemy. Nie brak guzików, monet, fragmentów nabijek, ozdób… Znajdujemy dwa fragmenty spiżowego dzwonka. I to w dwóch różnych miejscach. Kawałki pasują do siebie. Stop metali nawet nie pokrył się patyną, błyszczy jak srebro. Monety natomiast w większości przypadków mają zieloną, jasną patynę, tak przyjemną dla oka, gdy pojawiają się w piasku. W części pola, gdzie występuje obfitość cegieł nie brak także przedmiotów z czarnymi nalotami będącymi świadectwem pożaru. Miejscowość była spalona przez Rosjan i zapewne wiele domostw nie podźwignęło się już z tej pożogi. Został tylko w ich miejscu nieomal niewidoczny wał ziemi ciągnący się w poprzek badanych pól.

Fot. Scorp w południowej części pola nr 1.

Fot. Kolejna miedziana moneta wygląda z bryły ziemi…

Fot. Ceram na polu nr 2.

Na pierwszym polu pozostajemy aż do popołudnia. Ciągle coś znajdujemy, nieważne ile razy by nie przejść wzdłuż czy wszerz. W końcu zapada decyzja o przejściu na sąsiedni skrawek ziemi, po uprawie ziemniaków, położony równolegle do pierwszego. Powoli przenoszą się tam wszyscy, niechętnie rozstając się z tak bogatym w znaleziska miejscem. Drugie pole jest bardziej oddalone od prawdopodobnego dawnego centrum wsi, ale w linii prostej jest to zaledwie kilkadziesiąt metrów. Odległość ta jednak odzwierciedla się mniejszą ilością znalezisk. Nie oznacza to jednak, że nie ma ich w ogóle. Ponownie znajdujemy tu kilka monet (moja pierwsza to 5 kopiejek, 1870 r.), a po kilku minutach znajduję ciekawy fragment mosiężnego krzyża o kilkucentymetrowej długości… W pierwszej chwili biorę go za krzyżyk z nagrobka – przyznaję, w tej materii nie jestem ekspertem. Chowam go razem z innymi artefaktami, ale po kilkunastu minutach nadchodzi Pan Bogdan, więc ponownie konsultuję znaleziska. Na widok krzyża archeolog wyraźnie się raduje i mówi, że jest to bardzo ciekawe znalezisko. Jest to enkolpion. Na początku nadal nie mówi mi to nic, ale zaraz wszystko jest mi objaśnione.

Fot. Znaleziony na polu nr 2 rewers enkolpionu, napierśnika, w którym prawdopodobnie przechowywano relikwie.

Odnaleziony krzyż jest tylko jedną z części napierśnika, relikwiarza noszonego na szyi, w którego wnętrzu noszono relikwię lub cytaty z Pisma Świętego. Często relikwiarze takie były pamiątką z pielgrzymki do Ziemi Świętej, a noszone były głównie przez Ojców Kościoła, jak mówią popularne źródła dostępne w Internecie . Wskazuję Panu Bogdanowi dokładne miejsce znalezienia, a on mówi coś w rodzaju „no, tak jak przypuszczałem…”. Zapomniałem zapytać co to miało znaczyć, ale zapewne enkolpion wpisał się w jakąś hipotezę dotyczącą badanego miejsca… Później, po powrocie do Poznania, szukając wieści na ten temat, z wielką radością wyczytałem, że enkolpiony pochodzą głownie z XII-XIII w., choć ten znaleziony przeze mnie wygląda chyba na późniejszy „produkt”, ale o tym wypowiedzą się eksperci. Tak czy owak jest to „rewers”, ponieważ w centralnym miejscu przedstawia Matkę Boską, a „awers” przedstawiał wyobrażenie Jezusa ukrzyżowanego… Więcej na temat enkolpionów poczytajcie pod linkami zamieszczonymi na dole artykułu. Są tam między innymi teksty o podobnych napierśnikach znalezionych na terenie Polski. W sumie nie było ich do tej pory za wiele (w zależności od źródła mówi się o 50 czy 90 przypadkach, z czego większość to znaleziska fragmentaryczne właśnie). Nie ukrywam, że cieszyłem się bardzo z faktu znalezienia czegoś istotnego. Monety i inne drobiazgi, jakkolwiek zawsze bardzo mnie cieszą, są – jakby na to nie patrzeć – znaleziskami bardzo losowymi i podobne ich egzemplarze występują w wielu miejscach, a taki przedmiot jest czymś niezwykłym, prawie niepowtarzalnym. Jednym słowem super!

Fot. Dodatkową atrakcją akcji jest krajobraz i zachowana tradycyjna architektura.

Fot. Znowu boratynka?

Pole nr 2 wkrótce zostało opuszczone. Przesuwamy się na pole nr 3, z drugiej strony bocznej drogi. Tu znajdujemy tylko śmieci (ja trafiam, uwaga… zardzewiałą pułapkę na myszy!). Nie zostajemy tu zatem długo. Poza tym woła mnie już głód, więc mimo że kilka osób przerzuca się na pole nr 4, z drugiej strony centrum miejscowości, ja kieruję się do samochodu, gdzie pochłaniam mleko i bułkę. Wkrótce pojawia się tu Przemek117 i pyta o miejsce i czas rozstawienia kociołka. Tak, tak… Akcja bez kociołka to akcja stracona! Tym razem Przemek przywiózł pomidorówkę z makaronem własnej roboty. Rozstawił polową sakwową kuchnię w narożniku pierwszego pola i wkrótce zadymiło się pod dnem garczka. Zwabieni dymem i zapachem zupy wszyscy zeszli się do korytka w kilka minut. Oczywiście zaprosiliśmy także Pana Bogdana i przy zupie dalej rozmawialiśmy o znaleziskach.

Fot. Kociołek stanął w narożniku pola nr 1. Właściwie mogliśmy ugotować zupę dyniową…

Fot. Zajadamy się zupą Przemka117 i wsłuchujemy w to, co ma nam do powiedzenia Pan Bogdan (na fotografii w wiśniowej koszuli).

Fot. Nie ma jak odpoczynek na miedzy i ciepła strawa… Choć nogi już ciągną ponownie na pole…

Poczułem jak kalorie rozchodzą się po całym ciele i po całej nieprzespanej nocy w trasie zapragnąłem snu. Ale jak tu spać w takim miejscu, gdy „ziemia woła”? Rozpoczynamy ostatnie przejście po polu nr 1, które mimo kilku godzin działań najbardziej rokuje na dalsze znaleziska. Zbieram także kilka fragmentów popularnej ceramiki, która jak dla mnie ma w sobie niesamowity klimat dawnych czasów. Są to uszka dzbanków i kufli, jakieś nóżki od większych naczyń, kawałki denka i ranty dzbanów, niektóre – jak mówi Pan Bogdan – źle wypalone w produkcji. To z kolei dowód na to, że w tym miejscu był jakiś warsztat garncarski… Znalezisk już jest mniej. Widać dobrze sprawdziliśmy teren. Teraz warto by było wrócić tu po kolejnej orce. Apetycznie wygląda też pole sąsiednie, najbliższe centrum, ale na nie nie mamy zgody. Może w przyszłości…

Fot. Niektóre niespodzianki czekają na powierzchni gleby. Najwięcej jest fragmentów ceramiki, ale nie tylko…

Znaleziska wędrują do woreczków podzielonych na pola i osoby, które przekazały artefakty. Cały zbiór trafia do mojej torby – co za odpowiedzialne zadanie… Wszystko teraz będzie tylko wstępnie oczyszczone z ziemi (dokładne czyszczenie, w szczególności artefaktów, które konserwatorzy uznają za cenne, zostawiamy już fachowcom z WUOZ), po czym sporządzony zostanie jak zawsze raport i dokumentacja fotograficzna. Pierwsze osoby odmeldowują się z akcji. To grupa warszawska. Muszą dziś wrócić do domu. Dla nas taka opcja jest niemożliwa. Mamy już za sobą 550km, nieprzespaną noc i kilkanaście godzin w terenie, co oznacza sporo ruchu i tonę tlenu… Powieki już trochę opadają, choć to nie koniec atrakcji dnia… Żegna się już z nami Pan Bogdan, a my – po około godzinie ostatnich poszukiwań – także zaczynamy się pakować, ale żal jest ogromy opuszczać takie miejsce… Kilkanaście minut schodzi nam jeszcze przy samochodach, gdzie ponownie przepakowujemy klamoty, uzupełniamy artefakty w woreczkach, jednym słowem reorganizujemy bagaże…

Po chwili korowód pojazdów rusza, tym razem kierując się na południe, na miejsce noclegu. K2K&P zaprosili nas (czy na pewno to nie my się sami zaprosiliśmy? hehe) na swoją działkę, odległą od miejsca akcji o kolejne kilkadziesiąt kilometrów, gdzie zaplanowaliśmy obozowisko Sakwy z soboty na niedzielę… Trochę odważne to było posunięcie. To znaczy nie to, że zdecydowaliśmy się na nocleg u Kaśki i Przemka, hehe, tylko to, że zdecydowaliśmy się na namioty. Poprzedniej nocy, jadąc z Poznania, wyświetlała nam się temperatura +7C, a więc raczej nie za dużo. Tymczasem jednak pogoda bardzo się poprawiła i nawet późnym wieczorem, gdy zajechaliśmy na miejsce, było całkiem ciepło. Nie tylko od płomieni ogniska, które rozpalili gospodarze z Prospektorem, ale w ogóle…

Fot. Mistrzem ognia był Prospektor, który przywiózł dębinę na ognisko z… domu, czyli spod Sandomierza (na fotografii z talerzem pełnym przepysznej mieszaniny autorstwa k2Kaśki).

Namioty stanęły jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Shin, tradycyjnie już w tym miejscu (tak, tak, już tu kiedyś obozowaliśmy), rozbił swój nocleg z dwóch połączonych wojskowych pałatek moro. Prospektor zaś rzucił na ziemię hipernowoczesny, samo rozkładający się namiot i po minucie sprawę miał z głowy. Kasia przygotowała na nasz przyjazd pyszną mieszaninę paprykowo-pomidorowo-ziemniaczano-kiełbasową, przypominającą fantastyczne, gęste leczo. To był nektar na nasze jelita. Przy ognisku obgadywaliśmy dzisiejszą akcję i wzdychaliśmy do pól, na jakich mieliśmy okazję prowadzić poszukiwania. Wizje znalezisk, pod zamykającymi się powiekami, zlewały się z zacierającym się widokiem płomienia ogniska. Gdy zamykałem oczy pojawiały mi się w umyśle kolejne krążki pokryte cudowną zieloną patyną i wszelakie skarby ziemi, jakich na żywo nie widziałem nigdy. Prospektor opowiadał Sławkowi straszne i ciekawe opowiastki przed zaśnięciem… Sławek poszedł do samochodu i powiedział, że „wróci, jak… tata zaśnie”! Powoli dogorywał ogień, a w nim kilka ziemniaków, które Sławek chciał koniecznie upiec „na rano”. Dogorywaliśmy i my, zatem pora była najwyższa by udać się pod namioty (i na pakę – P117… Taki nocleg jest najwygodniejszy, przynajmniej jeśli chodzi o jego rozstawianie)…

Fot. „Dębowe ognisko” było ostatnim akcentem długiego, pełnego atrakcji i wyczerpującego dnia.

Rano obudziło mnie miarowe stukanie. Było po szóstej. Przez jakiś czas zastanawiałem się co za dzięcioł wali tak mocno. Okazało się, że dzięciołem jest Prospektor, który już wstał i przygotowywał ognisko na poranne kiełbaski. W tym celu rąbał przywiezioną ze sobą (!) dębinę. Na jednym z pieńków służących do siedzenia ustawił włączoną kamerę wycelowaną w nasze namioty i filmował nasze poranne „narodziny”. Po kolei uwiecznił mnie, Rechota, a potem Shina, który stwierdził, że ma niedobrych sąsiadów, którzy od rana hałasują. Kolejno, na filmie znaleźli się także Sławek i Przemek117 wykłuwający się z tyłu jeepa. Śniadanie przy ogniu w przyjemnym chłodzie poranka, który szybko zamieniał się w zdecydowane ciepło to było kolejne „coś”, dla którego warto było przemierzać te wszystkie kilometry.

Fot. Poranna zbiórka przy ogniu (Rechot, Shin, Uri, Prospektor).

Rano nad wsią rozesłane były mgły tworzące kapitalną atmosferę w otoczeniu starych zabudowań, krzewów i płotów… Wraz ze słońcem szybko ustąpiły… Sławek wymyślił sobie oryginalne śniadanie w postaci połowy bułki nadzianej na kijku z plastrem sera na wierzchu. Ten ostatni nie chciał się jednak jakoś dziwnie trzymać w pionie i wkrótce zjechał na ziemię… No, ale to też jest cenne doświadczenie…

Fot. Początek dnia w porannej mgle i dębowym dymie.

Fot. Może opiekany boczek? W tle eksperymentalna kanapka Sławka. Ser jeszcze lewituje.

Po śniadaniu przy ogniu zrobiło się całkiem ciepło. Udaliśmy się wszyscy na niewielki spacer po okolicznych polach. Zaduch był jednak coraz większy i na otwartej przestrzeni czułem się jak na grillu. Pora była wracać do przyjemnego cienia pod ścianą domu naszych gospodarzy. Kasia odgrzała wczorajszą leczo-miksturę, która zdała się być jeszcze lepsza niż poprzedniego dnia (zawsze bardziej smakuje mi coś co jest dziś, niż coś, co tylko wspominam z wczoraj, hehe). W miksturze pojawiły się tym razem nowe całe kiełbaski, co wywołało nasze miłe zdziwienie. Najwyraźniej danie przechowywane było w jakimś cudownym garnku, wykopanym na tutejszych ziemiach, powodującym odnawianie się zawartości…

Fot. Treściwy gulasz K2Kaśki – rewelacja kulinarna! Obok zaś „przyprawy” 🙂

W międzyczasie spakowaliśmy namioty. Samo rozkładający się namiot Dawida okazał się jednak nie samo składającym się i w jego powrotnym umieszczeniu nie pomogła Prospektorowi nawet wielka instrukcja. Ostatecznie wcisnął go w całości luzem do samochodu. Po drugim śniadaniu czas był już się żegnać, choć czułem się jak przytwierdzony do pnia, na którym siedziałem. Tak musi wyglądać raj… Pogoda, fajni ludzie, piaszczyste pola pełne zagadek i ciekawostek, pyszności z czarodziejskich garnków… Ech, rozmarzyłem się…

Fot. Około południa najlepiej jest w skrawku cienia przy domu (Shin, K2Przemek i Uri).

Żegnamy się i po kilku godzinach i naleśnikach w Leśniczówce koło Spały dopadamy A2 i po 22-ej jesteśmy w Swarzędzu, gdzie żegnamy Rechota. Potem dworzec w Poznaniu. Shin odtransportowany na pociąg do Leszna… I tu właściwie przygoda się kończy. Przygoda, która na długo wryje się pozytywnymi wspomnieniami w moją pamięć…

Fot. Po drodze mijamy okolice, w których roi się od dziwnych stworzeń. Na szczęście ostrzegają o nich tablice, podające nawet ich ilość 🙂

A wszystko to dzięki kilku ważnym rzeczom… Po pierwsze dzięki woli, ochocie i zaangażowaniu kolegów z Mazowsza (Ceram, Scorp, WILK), którzy odpowiednio wcześnie przed jesiennym sezonem wybrali się na wschodnie rubieże Polski załatwić zgody na poszukiwania od tamtejszych rolników. Chwała i wielkie podziękowania, koledzy!!! Po drugie dzięki wszystkim pozostałym osobom, które postanowiły oddać ten weekend Sakwie i spędzić z nami te kilkanaście godzin na bardzo interesującej eksploracji. Dzięki! Po trzecie dzięki woli współpracy, otwartości i umiejętności dzielenia się wiedzą Pana Bogdana, archeologa, który prowadził nadzór nad naszymi działaniami. Myślę, że wszyscy zgodzą się, gdy powiem, że ponownie zakończyliśmy akcję mądrzejsi o nową wiedzę, a przy okazji jeszcze bardziej przekonani, że współpraca pomiędzy poszukiwaczami a archeologami może mieć miejsce i może przynieść ciekawe efekty (absolutnie nie przeceniając efektów akurat tej akcji). Dziękujemy zatem Panu, Panie Bogdanie, za obecność i ciekawe rozmowy. Kasi i Przemkowi bardzo pragnę podziękować za gościnę, która jak zawsze była gorąca, sympatyczne i niepowtarzalna. Aż chce się być wrednym i znów przyjechać, hehe. Tradycyjnie, bardzo dziękujemy Przemkowi117 za prowiant w kociołku. Na marginesie: mam propozycję, by na kociołku pisać permanentnym mazakiem nazwy miejscowości i daty, gdzie kociołek nam towarzyszył. Wkrótce będziemy go z ciekawością oglądać z każdej strony… Twoja zupka nie ustępowała zupie żony, jestem pełen podziwu. Za dębinę i poranne rąbanie (no, no, bez skojarzeń) dziękujemy Prospektorowi. Mam nadzieję, że złożyłeś już namiot…

Fot. Prospektor: – Ha, to ja rozpaliłem i to mój boczek!

Wszystkim dziękuję za towarzystwo, atmosferę, która stała się niepowtarzalna, po prostu „sakwowa”, a także za wszelką pomoc w zbieraniu i pakowaniu artefaktów, fotografowaniu terenu i przebiegu akcji i za wszystko czego nie wymieniłem, a powinienem, chociażby Sławkowi za pełne zaangażowanie w poszukiwania i pomysł na kanapkę z serem nad ogniem, tudzież pikantny paprykowy wafel ryżowy z kostką czekolady, również zagrzewany w ognisku.

Fot. Pole nr 2: Sławek konsultuje swoje znalezisko u Scorpa.

Dzisiaj jestem już zupełnie gdzieś indziej, w południowej Wielkopolsce (delegacja)… Ponownie jest północ… Idę spać. Może jeszcze raz mi się to dziś przyśni? Życzę Wam i sobie wielu tak udanych wypadów i akcji poszukiwawczych.

Druga część akcji odbyła się po dwóch tygodniach. Możesz już o niej przeczytać w nowej relacji, w kolejnym artykule.

 

/Uri/

Linki do informacji o enkolpionie:

Ogólnie:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Enkolpion
http://pl.wikisource.org/wiki/Encyklopedia_staropolska/Enkolpion

Znaleziska polskie (źródła podają od 50 do 90 sztuk do tej pory):
http://www.krylow.info/malkow.html#enkoplion_z_malkowa
http://www.templariusze.org/platformy_new/viewtopic.php?f=36&t=173
http://www.mppp.pl/eksponat_arch5.html

Ciekawe wizualizacje noszenia enkolpionu:
http://www.dieter-philippi.de/en/ecclesiastical-fineries/pectoral-cross-enkolpion-panagia