W ostatnich latach, jeżdżąc tu i ówdzie po terenie Wielkopolski, kilkukrotnie zaglądałem do niewielkiej wsi w pobliżu Pyzdr. Powodem mojego zainteresowania był wyraźnie zauważalny w krajobrazie, karykaturalnie wykrzywiony, osłabiony przez czas i warunki atmosferyczne wiatrak. Właściwie już kilka lat temu jego zgarbiona sylwetka budziła moją obawę – czy wytrzyma on miesiac, tydzień, a może tylko kolejny dzień? Czy nie upadnie zaraz, moknąc na deszczu, albo rozsychając w slońcu? Przyjeżdżając w to miejsce i robiąc zdjęcia, dla pewności, nie parkowałem pod wiatrakiem. Miejscowi śmiali się z tego, mówiąc „Stoi już tyle lat, to postoi i drugie tyle”.

Tymczasem wiatrak, przypominający chatkę Baby Jagi, jak domek na kurzej stopce, nie mając żadnej laski, na której mógłby się podeprzeć, przechylał się coraz bardziej. Za dnia był niczym więcej niż żałosną, drewnianą ruiną. Pod wieczór, w zachodzącym słońcu, przypominał zgarbioną postać przemierzającą pola… W międzyczasie przyjeżdżaliśmy w to miejsce kilkukrotnie, także z kolegami z Sakwy. Odwiedziliśmy też raz Muzeum w Pyzdrach, deklarując chęć współpracy i prowadzenie poszukiwań na tych terenach. Potem próbowaliśmy kilkukrotnie przypomnieć o sobie drogą telefoniczną i mailową. Do współpracy nie doszło, czego bardzo żałujemy, tym bardziej, że zyskaliśmy już sympatię okolicznych właścicieli sadów i pól, otwartych na możliwość prowadzenia badań… Za każdym razem zaglądaliśmy pod wiatrak, tak jakbyśmy odwiedzali starego, niedomagającego wujka, by zapytać go „Jak tam? Co u Ciebie?”… Teraz, bardzo doceniam to, że zawsze wszędzie robię zdjęcia. Wiatrak wciąż na nich jest…

Wszystko dookoła nas przemija. Dzięki wszechobecnej technice cyfrowej wykonujemy wielkie ilości fotografii, nie zawsze celowych, ale przy okazji utrwalających otaczającą nas rzeczywistość. A ta, okazuje się, zmienia się dość szybko… Jadąc po raz nie wiadomo który drogą ciągnącą się wzdłuż Warty w kierunku Pyzdr wypatrywaliśmy drewnianego staruszka między domami starej wsi. Stojąc z dala zabudowań, zawsze był widoczny z wielu miejsc, a przejeżdżając główną drogą, z łatwością można było go zobaczyć jak „przemyka” między stodołami i budynkami mieszkalnymi. Tym razem jednak musiał przyczaić się w ukryciu, bo nie mogłem go namierzyć. W pierwszej chwili pomyślałem, że może nie pamiętam dokładnie, w którym miejscu stał, ale tak samo szybko jak wpadłem na tę myśl, tak i od razu zdałem sobie sprawę, że sam się oszukuję. To tak, jakbym szukał Pałacu Kultury, stojąc koło dworca centralnego w Warszawie. Wiatraka po prostu nie było. Ani za domem, ani za kolejnym, ani po wjeździe w uliczkę prowadzącą na pola, w samo pobliże budowli, z którą tak się zaprzyjaźniliśmy… Widać było natomiast to czego się obawialiśmy. Bezładny stos drewna, blachy, która pokrywała dach i charakterystycznych „wnętrzności” – zębatych, drewnianych kół mechanizmu, pośród których leżały młyńskie kamienie…

Wysiedliśmy przyjrzeć się wiatrakowi z zupełnie innej niż dotąd perspektywy. To, co kiedyś wymagało zadzierania do góry głów, leżało teraz u naszych stóp. Misterna stolarka drewnianych zębów olbrzymiego koła głównego mechanizmu górowała nad nami. Koło, podparte na swej głównej belce, nie tak dawno pionowej osi, przypominało gigantycznej wielkości element wyjęty z zegarka Guliwera. Na belce odkryliśmy wyrzeźbioną datę. 1900 rok. W innym miejscu ta sama data napisana ołówkiem. Tak, jakby zrobił to ktoś tuż przed naszym przyjazdem…

113 lat. Niezły wynik. Z drugiej zaś strony, zdrowe drewno serca konstrukcji mówiło za siebie… Wiatrak istotnie mógł postać „drugie tyle”. Nie był jednak odpowiednio zabezpieczony. Dziurawy dach i braki w deskach obudowy oraz przegnita podstawa spowodowały to, co nieuchronne. Wiatrak upadł. Napotkany mieszkaniec wioski poinformował nas, że oryginalnie wiatrak postawiony był na Mazowszu, skąd przeniesiony został po wojnie. Istotnie, na pozostałościach podstawy znaleźliśmy kolejną datę – 1948. Prawdopodobnie wtedy właśnie wiatrak przybył pod Pyzdry i sporządzono dla niego nową podstawę albo jej brakujące elementy.

http://www.sakwa.org/images/art/wiatrak/4/22_w.jpg

Zapytaliśmy co było bezpośrednią przyczyną upadku, czy może feralnego dnia padał deszcz lub wiał wiatr… Okazuje się, że nic takiego. Wiatrak upadł koło południa, w piękny, słoneczny i bezwietrzny dzień. Po prostu umarł ze starości i z braku ludzkiej pomocy. Dowiedzieliśmy się, że jego elementy mają trafić do muzeum w Pyzdrach… Jakiś czas potem podjechałem w to miejsce raz jeszcze. Nie było już blachy dachowej i wielu drewnianych elementów. Inne pocięte były już na mniejsze kawałki. Najprawdopodobniej na opał. Na trawie leżały jeszcze osamotnione kamienie młyńskich żaren, na których widoczne były precyzyjnie wyrzeźbione rowki, którymi kiedyś wysypywała się mąka z roztartych ziaren… Gdyby mechanizm działał, z pewnością spełniałyby nadal swą funkcję…

Okolice Pyzdr, jak informują stare mapy, obfitowały w wiatraki. Pozostały po nich głównie wspomnienia, nie licząc kilku wybrakowanych sztuk zlokalizowanych na zabudowanych już dzisiaj działkach w samym miasteczku. Szkoda, że nie zachował się choćby jeden działający świadek dawnej kultury i techniki, który z pewnością cieszyłby oczy zwiedzających. Upadł wiatrak, tak jak upadają inne obiekty zabytkowe pozostawione samym sobie. Łoskot tego upadku niech niesie się echem przestrogi. To co upada już nie wraca. Zostają tylko… fotografie i pamięć, ale ta jest zawodna i krótka.