16 marca br., wracając w deszczu i szarudze z Wyszogrodu, z Walnego Zebrania Sakwy (o którym pisaliśmy w poprzednim artykule), zjechaliśmy z utartego traktu wschód-zachód na bitą drogę, by odwiedzić zlokalizowane na uboczu obecnego miasta Koło, nieco zapomniane ruiny zamku, kiedyś dumnej budowli położonej nad samą Wartą. Dziś właściwie trudno nazwać je już zamkiem, tak jak i rzeka nie jest już tą samą co w czasach, gdy warownia broniła się przed najeźdźcą także dzięki szerokim rozlewiskom i moczarom. Obecnie Warta, w uregulowanym korycie, przepływa u stóp murów, którym czasy nowożytne dobudowały kontynuację w postaci przeciwpowodziowego wału…

Jak podaje Wikipedia, „zamek warowny w Kole, wzniesiony został wg. Jana Długosza przez króla Kazimierza Wielkiego jeszcze przed rokiem 1362 (kiedy osada Koło uzyskała prawa miejskie). Zamek zabezpieczał drogę prowadzącą z Wielkopolski w kierunku Łęczycy – kierunek Łódź – przez dolinę Warty. Budowla znajduje się na sztucznym wzniesieniu w zakolu rzeki. W czasach jej wznoszenia, rzeka posiadała w tym rejonie liczne odnogi, które często wylewały, skutecznie wzmacniając jego walory obronne”. Czasy te przypomniały się zapewne starym murom, gdy w 1997 roku, podczas powodzi, zamek umoczył „stopy” w wysokiej wodzie.

Zaparkowaliśmy przy samych ruinach. Obecne miasto ulokowane jest daleko od tego miejsca. Głównym tego powodem są właśnie potencjalnie wylewowe tereny nadwarciańskie. Staraliśmy się wyobrazić sobie jak mogła wyglądać ta okolica za czasów świetności zamku. Gdzie była brama wjazdowa? Po samych murach trudno coś dziś ocenić. Została jedna wieża o ciekawej konstrukcji, po innej widać zarys kamieni fundamentu na poziomie powierzchni ziemi. Podwyższony dziedziniec jest dziś osłonięty długim murem tylko od zachodu oraz niewielkim fragmentem ściany od północy. Od strony rzeki gęsta sieć prostopadłych murów sugeruje już na pierwszy rzut oka, że tu znajdowała się gmatwanina pomieszczeń magazynowych lub część mieszkalna zamku. Gdzie był wjazd? Prawdopodobnie w tej części murów, których dziś już nie ma…

 

Pod darnią trawy porastającą dziedziniec widać grubą warstwę pokruszonych cegieł z pozostałych ścian. Mury, które do dziś stoją są „tablicą” dla odwiedzających dziś to miejsce kibiców-plastyków. Ślady na ziemi mówią, że jest to również miejsce idealne do świętowania Sylwestra. Niestety, śmieci jest mnóstwo. Najwięcej na dnie wieży, do której prowadzi wykuty u jej podstawy niezabezpieczony otwór. Dno znajduje się sporo niżej niż dziedziniec. Upadek do tego śmietniska może nie byłby fatalny w skutkach, ale wydostanie się z powrotem mogłoby okazać się wyczynem. Tym bardziej otwór prosiłby się o zabezpieczenie… Sama wieża pnie się dumnie ku niebu, a w jej wnętrzu, na ścianach widać wciąż wyraźne otwory, w których mocowano belki wewnętrznej konstrukcji drewnianej. Dziś wieża ma innych mieszkańców – jest ulubionym miejscem gniazdowania ptactwa, które w lukach między cegłami tłumnie ją zasiedla.

 

 

Badania archeologiczne (według M. Żemigały, za Wikipedią) wykazały, że pierwszym obronnym elementem założenia zbudowanym jeszcze przed okresem panowania Kazimierza Wielkiego była wieża – donżon skonstruowana na planie prostokąta, zbudowana z cegły na fundamentach kamiennych i odwiedziona wałem drewniano-ziemnym, którą mógł wybudować Bolesław Pobożny. Wieża ta, nawet po rozbudowie była najważniejszym elementem warowni, jednak to właśnie ta część zamku była ulokowana od strony rzeki i z czasem zawaliła się, rokrocznie podmywana przez Wartę.

Po znamienitej historii związanej z poselstwami kolejnych królów, Związku Jaszczurczego oraz debatami po Bitwie pod Grunwaldem, mniej więcej od połowy XVI wieku, zamek zaczął podupadać. W 1655 roku zajęli go Szwedzi. Rozbiórkę murów, mającą na celu uzyskanie materiału budowlanego dla odbudowy zniszczonego klasztoru, rozpoczęli Bernardyni kolscy, którzy nieruchomość tę otrzymali w XVIII w. od Augusta III. Silna zaprawa łącząca cegły uniemożliwiła jednak całkowitą rozbiórkę budowli i to dzięki niej zapewne możemy oglądać pozostałości zamku po dziś dzień.

Stojąc na dziedzińcu staraliśmy się odnaleźć ślad traktów wiodących ku zamczysku. Istotnie, od południa i zachodu zmierzają w tę stronę dwie drogi, jednak spotykają się one zdala od obecnych murów. Być może są to drogi powstałe już po upadku zamku, w czasach osuszenia okolicznych pól, a więc po regulacji Warty. A być może do zamku prowadził drewniany most przez moczary, rozpoczynający się gdzieś u końca owych dróg? Kto dziś to wie? Widząc budowlę po raz pierwszy możemy się tylko domyślać, jak było naprawdę. Niemniej jednak, kreowanie wizji dawnej świetności takich miejsc to ciekawe zajęcie… Polecamy odwiedzanie zapomnianych budowli i chwilową zadumę nad tym, że właśnie na dziedzińcach obecnych ruin, w miejscach, w których dziś pije się piwo w lipcowy wieczór, zapadały niegdyś najważniejsze decyzje o losach Rzeczypospolitej, toczyły się walki – z wrogiem i żywiołem powodzi, a ludzie, pozbawieni dzisiejszych wynalazków techniki, cieszyli się z tego, czym obdarzyły ich pola i los.

Poniżej zdjęcia okolic, w tym widok Warty z podwyższonego sztucznie dziedzińca zamku.

/Uri/