Rekownica, woj. warmińsko-mazurskie.

Spotkanie integracyjne Sakwy; 6-7.09.2008 r.

art2-5

Niedawno wróciłem. Ale chyba jakoś tak jeszcze trochę tam jestem. Rozmawiam w duszy. Także ze strażnikami leśnymi, hehe… ale… po kolei. Z Forum P-E straciłem kontakt w sobotę, około 21-ej. Umówiony z Shinem na dworcu o 2.30 w nocy, postanowiłem się zdrzemnąć. Cudem nie zabiłem telefonu, gdy zadzwonił o 1:15, właśnie w momencie gdy odkopywałem kawałek bursztynowej komnaty (na szczęście pamiętam ze snu, gdzie to było, hihi + odgłos zacierania rąk).

Shin zjawił się punktualnie, a nawet przed czasem. Nocą pociągi mają widać mniejsze tarcie i się dlatego nie spóźniają. Z ciemności wyjrzała długowłosa zjawa, której wcześniej nie widziałem, jak to się mówi teraz, w „realu” (nie mylić z Tesco itp.). Gość w moro, z plecakiem musiał być tą osobą, na którą czekałem, no i tak właśnie było. Ku mojemu zaskoczeniu nie przywitał mnie zdaniem w stylu „SPRG 29 4 32”, wszak znałem go do tej pory z oznaczania łusek, hehe. Gadało się tak fajnie, że postanowiłem jadąc nie spać, nawet na dłuższych prostych.

O świcie (piękny wschód słońca w lekkiej mgiełce), zahaczyliśmy o małe poletko w okolicach Drobina. Tak dla sprawdzenia sprzętu i wymiany uwag technicznych. Pole okazało się czyste jak łza, ale udało mi się znaleźć tam fant, potwierdzający fakt, że jedziemy na Mazury. Była to mała przypinka w formie żaglówki. Shin też znalazł przypinkę: podkówkę. Po takich fantach, upewnieni, że teraz czeka nas tylko szczęśliwy traf na spotkaniu, pojechaliśmy na miejsce. Jeszcze tylko mały postój w Mławie (kiełbasa, musztarda, chleb – pycha – oraz specjalność regionu: kiszka ziemniaczana na grilla – megasuperpycha!) i – minąwszy mławskie umocnienia – ruszyliśmy na miejsce. Zameldowaliśmy się z trasy telefonicznie SzuszE (odmiana nadal wątpliwa?) oraz WILKowi… a potem już spod sklepu, na miejscu, gdzie – ku naszej radości – wszyscy zeszli się z różnych stron, w tym ze sklepiku wychynęli Laki i KILER. Poczułem, że już jestem w domu.

SzuchA przyjął nas w letnim domku, który stał się naszym dachem nad głową na kilkanaście godzin. Tu: serdeczne podziękowanie za gościnę. Było mi bardzo miło gościć w tym miejscu. Za domkiem zaczynały się pola, a pola to to, co tygrysy lubią najbardziej, a w szczególności te konkretne, co nie? Ale o „konkretnych” trochę później. Na miejscu są już HuNtEr i wiślanin z synem Miłoszem (ekipa krakowska), SzuchA, WILK, ceram (W-wa) no i my. Czekamy tylko na Przemka117 – reprezentanta łódzkiej ziemi… Niestety, całe wielkie grono zachodnie (zach-pom, pn. wlkp i lubuskie) z powodów pracy, odległości, spraw rodzinnych i bieżących nie mogło dojechać. No, ale taki już lajf, jak to mówią…

Sobota upływa nam na wędrówkach i poszukiwaniach… dróg i miejsc. Piękny spacer po drogach i lasach okolicy (cel: młyn, dziś nieistniejący) doprowadza nas w miejsce urokliwe, acz ślepe zarazem, to znaczy otoczone moczarami, zamykającymi dalsze przejście. Wracamy z lekko opuszczonymi głowami, ale nie na tarczy. Wszak 2gr (aktualne) to też fant, a co dopiero siatki grzybów, których są, licząc jednostkami Lakiego, gadziliardy. W tych ostatnich bryluje junior spotkania, czyli syn wiślanina, przyprawiając o siwy włos tatę, który potem musi wszystko czyścić w wielkiej misce na werandzie domku. Śmiejemy się, że w misce jest zaczątek wielkiej zupy grzybowej, tyle że widzimy tam potem pety… Ciekawa przyprawa (miska okazuje się pojemnikiem na odpady, a nie na grzyby wyczyszczone). Ilości grzybów ogromne. No, ale jak tu nie zbierać, jak rosną dokładnie wszędzie!?

art2-3

Wracamy do domku. Cel wyprawy zostaje namierzony dzięki… młodzieży! Shin jest jedyną osobą, której wpadło do głowy by wydrukować fragment starej mapy „setki” z okolicami. Jest mapa, więc jest młyn i jest jeszcze kilka innych ciekawych obiektów, w tym nieistniejące już dziś wioski. Tym razem wsiadamy w samochody i leśnymi duktami podjeżdżamy w miejsce, gdzie kiedyś był młyn. Co dziś z niego zostało? Niewielkie wzniesienie zarośnięte pokrzywami i samosiewami drzew. Robimy mały rekonesans po okolicy. Jest pięknie. Okoliczne drogi obsadzone są starymi pojedynczymi drzewami, starszymi niż połacie leśne. Kiedyś były tu zapewne pola. Na mapie są wręcz same pola. Dziś: same lasy! Aż trudno to sobie wyobrazić, że była to aleja lipowa, pojedyncze dęby, a wokół otwarta przestrzeń. No i młyn, którego dziś nie ma w ogóle. Test neodymu daje pozytywny skutek. Shin wyciąga scyzoryk z rzeczki. a więc coś jest! Niestety, oprócz scyzoryka znajduję kilka starych konserw. Wokół sporo dźwięczących śmieci. Ludzie nie mają umiaru, wywalają wszystko wszędzie…

Spode młyna jedziemy innym duktem do dawnego mostu. Tu znów konsternacja. Nie ma mostu, jest tylko bród. W wodzie magnetyczne kamyczki, które oblepiają magnes, mnóstwo mułu i… tyle. SzuchA wzbogaca się o złotówkę, też nieźle, hehe. Z mapy wynika, ze za ex-mostem kiedyś była spora ex-miejscowość. Z kościołem, cmentarzem i wieloma domami – dziś: leśna polana. Postanawiamy tam wpaść jutro. Wracamy, bo WILK odlicza czas do meczu ze Słowenią, co jest zrozumiałe. Wierny kibic nigdy nie odpuszcza. Niestety, odgłosy z domku podczas oglądania meczu to czyste świadectwo frustracji wąskiej grupki kibiców, jacy są wśród nas. Kończy się na 1:1, co sukcesem zapewne nie jest. Smutek topimy w kilku małych buteleczkach czarnkowskiego browaru. Powoli rozpoczynamy dyskusje Stowarzyszeniowe, na luzie rozmawiając przy stoliku, na werandzie. Klimat sprzyja. Dojeżdża wreszcie Przemek (najpierw pojechał do innej Rekownicy, o 120 km dalej na wschód). Rozmowy nie tylko stowarzyszeniowe ciągną się do późna.

Wieczór upłynął w doskonałej atmosferze, nie mogę powiedzieć, że szampańskiej, bo płyny zdrowotne były inne. Nie mniej jednak dowiedzieliśmy się, że konkretny noktowizor to taki, którym można działać „nawet w dzień” (tekst spotkania!), a także że technika poszukiwawcza pędzi do przodu. Zmartwiliśmy się nowymi wynalazkami, które ułatwią „hurtowym” eksploratorom dokładną penetrację terenu dzięki nowym urządzeniom elektronicznym, no, ale cóż, tak to już jest. Przemek zasugerował bicie monety Sakwy, co wydaje się bardzo ciekawym pomysłem. Propozycja dotyczy nawet stopu uzyskanego z różnych złomo-fantów, ale to chyba przerośnie nasze możliwości (głównie czasowe jak i techniczne).

Zakończyliśmy grillowaniem kiełbasek, kiszek i sera. Przemek zrobił megaturbodobry sos ze świeżych grzybów i to była kropka nad „i” tego wieczoru. KILER sprawił wszystkim niesamowitą niespodziankę – każdemu przywiózł prezent… Co to było? Tajemnica! Nie było Cię z nami? No, to się nie dowiesz! Fakt jest taki, że wszystkim opadły szczęki i prezentom trudno było już dorównać. Piękny gest, wielkie dzięki! Przed zmrokiem pochodziliśmy jeszcze po okolicznych, ruderalnych łąkach. Otaczały nas mgły i tysiące maślaków. W glebie zaś kilka łusek i współczesne grosze…

art2-4
Niedziela to śniadanie, sprzątanie domku i od rana wyjazdy. Z Lakim i ceramem obgadaliśmy przy laptopie obsługiwanie strony www (przypisek po czasie: tu chodziło o poprzednią wersję strony www umieszczoną na darmowym serwerze). Ustaliliśmy, że każdy przejdzie sobie w domu strony admina i popatrzy co i jak. A potem do dzieła. Po dyskusji o stronie www zrobiliśmy sesję fotograficzną – kilka zdjęć grupowych na polu, w tym na pace samochodu Przemka. Wyszły chyba całkiem przyzwoicie (próbki w Galerii). KILER z Lakim zaraz potem uszli na Mazowsze, a reszta pociągnęła w korowodzie ponownie do lasu, szukać miejscowości namierzonej w sobotę „za brodem”.

Trafienie tam nie było łatwe. Stara mapa – dokładna w skali, ale nieaktualna topograficznie oraz nowa mapa aktualna, ale niedokładna, to za mało, by trafić od razu. Labirynt piaszczystych dróg wywiódł nas na manowce. Po pierwszym niepowodzeniu żegnają nas krakowianie. Postanawiają poszukać czegoś po drodze i mieć pewność, że do domu będą mieli już blisko. Żegnamy się, zawracamy i szukamy kolejnego wjazdu w busz. We wsi analizujemy mapy. Ruszamy inną drogą. Tym razem trafnie. Wszystko pasuje. Dojeżdżamy do miejsca, gdzie po zaparkowaniu, wśród traw, zauważam stare kocie łby. To była główna uliczka martwej dziś miejscowości.

Idziemy zwiedzać. Naszym oczom ukazują się przeróżne dziury w ziemi, fragmenty schodów, podpiwniczenia, a wreszcie… ruina wieży kościelnej ze smukłym zadaszeniem, na którym wciąż tkwi krzyż. Okolica bardzo ciekawa. Cóż z tego… Po połowie godziny z tego uroczego zakątka wyławia nas ryk z megafonu: „Kierowcy Fordów i Opla proszeni są do samochodów!”. Koniec bajki. Rozmowy ze Strażą Leśną (SL) są w miarę sympatyczne. Nie zmienia to jednak taryfikatora. Wypełnione zostają mandaty za jazdę po lesie i parkowanie w nieoznaczonym miejscu. Dyskutujemy spokojnie, rozmawiamy również o Stowarzyszeniu i ewentualnej współpracy w przyszłości. Jeden z Panów nawet zwierza się, że jego rodzina pochodzi z jednego z blisko położonych miejsc, gdzie dziś już nic nie ma. Wymieniamy się nawet na numery telefonów, jest dość sympatycznie… Do momentu, w którym… Panowie stwierdzają, że posiadamy wykrywacze. Rozmowa, już nie tak sympatyczna, rozgorzała na nowo. Pan straszy nawet Sądem Grodzkim, my tłumaczymy, że robimy tu tylko zdjęcia, a sprzęt jest na pace, że niczego tu nie szukamy. Nic to. Bloczek mandatowy otwiera się ponownie i tym razem bulimy za „niszczenie ściółki” (domniemane, wszak nikt nas na takim czymś nie złapał). Zgodnie jednak dochodzimy do wniosku, że dyskusje raczej nie zdadzą się na nic i nie chce nam się niczego udowadniać. SzuchA podpisuje kwit i wyjeżdżamy z ex-woski, nawet jej dokładnie nie obejrzawszy.

Szkoda. Nawet nie kasy. Szkoda, że tak to wszystko jest skonstruowane. Obiekt, który znajduje się na mapach jest atrakcją turystyczną, nawet w tej formie, wszak to bardzo ciekawa ruina. Dojechać do niego nie wolno, bo drogi są leśne (droga jest utwardzona i nie kojarzy się z drogą wewnętrzną, leśną, brak jakichkolwiek tablic o zakazie wjazdu – wszystko przypomina drogę gminną, biegnącą między lasami. Taka droga-pułapka do łapania na mandaty?). Wolelibyśmy z pewnością wydać tę samą kasę w tym samym miejscu, we wsi, lub gdziekolwiek, nabyć jakąś książkę, folder na temat tych wysiedlonych wsi, albo zakupić pamiątkę, czy bilet wstępu… Nie, takiej opcji nie ma. Jak zwykle: narzekamy w Polsce, że brak jest pieniędzy na renowację, udostępnienie obiektów itp, a tymczasem uwikłani jesteśmy w przepisy, które blokują rozwój turystyki itp. Zamiast materiałów informacyjnych mamy mandaty, choć na nich też jest informacja. Ta najważniejsza brzmi: termin – 7 dni…

Czy jestem zawiedziony z tego powodu? Nie. Zobaczyłem piękne miejsce (trochę szkoda, że nie do końca, Pan ze SL polecił mi rower, z Poznania będzie trudno, ale kto wie…). Nabyłem doświadczenie: na następny zlot czy spotkanie wysiedzę godziny w necie i dowiem się więcej o okolicy, zadzwonię do leśnictwa, pogadam z ludźmi. SL to też ludzie. Na dodatek tylko dwóch strzegących, w tym wypadku, kilkudziesięciu tysięcy hektarów i to nie tylko przed osobami takimi jak my, ale w większości zapewne przed intruzami gorszej maści. Nic się nie stało, nie padało, przygoda była, wszystko zgodnie z planem, hehe… Konkretnie…

Opuszczamy las prawie pod eskortą, zatrzymujemy się we wsi na ostatnie pożegnanie. Przemek pędzi do siebie, a my jeszcze na stację benzynową w Niedzicy, gdzie po krótkiej pogawędce na temat tego co się stało, żegnamy cerama i Szuchę. Z Shinem węszymy jeszcze po atlasie, jakie po drodze mamy atrakcje do zwiedzenia, takie, które nie będą łączyły się z mandatami i wybór pada na Kuchary, koło Drobina, gdzie odwiedzamy mały pałacyk. Umiejscowiono tu centrum… buddyjskie! Tak, tak. Stoją tu dwie stupy, jest piękny staw z lotosami i „Dharma Shop”, ale zamknięty. Podziwiamy wielkie pieczarki i inne grzyby siedzące na trawnikach. Ciekawe, trochę nierealne, jak na Polskę, miejsce. Polecamy. Do Poznania wjeżdżamy na 10 min. przed pociągiem do Leszna, który łapie jeszcze Shin na dobieg. Wieczorem spotykam Was wszystkich ponownie… na P-E (link-baner do forum P-E na dole strony głównej). Wszystko wraca do normy.

art2-5

Życzę sobie i Wam wielu takich fajnych spotkań. Dzięki wielkie!

/Uri/