Jakiś czas temu weszliśmy w posiadanie informacji dotyczącej katastrofy lotniczej, mającej miejsce kilkadziesiąt lat temu, a dokładnie w pierwszych dniach Września 1939r. Relacje świadków mówiły jednoznacznie o zestrzelonym samolocie, który spadał pionowo w dół kręcąc korkociąg. Zaczęliśmy mocno drążyć temat przeszukując treści internetowe oraz rozmawiając z ludźmi mogącymi cokolwiek wiedzieć na temat zestrzelonego samolotu. Na podstawie wstępnie zdobytych informacji udało się ustalić, że z wraku wydobyto pilota i pochowano nieopodal miejsca katastrofy, skąd w późniejszym okresie został ekshumowany i przeniesiony do mogiły na pobliski cmentarz. Źródła ogólnie dostępne mówiły niewiele więcej, aby wejść głębiej w tę historię musieliśmy uruchomić nasze kontakty do zadań specjalnych. O pomoc w tej sprawie poprosiliśmy zaprzyjaźnionego eksperta lotnictwa mieszkającego na stałe w USA, pana Arkadiusza Siewierskiego, który z kolei polecił nam dodatkowe wsparcie w postaci swojego znajomego z Fundacji Historii Lotnictwa Polskiego pana Marka Rogusza, specjalisty w dziedzinie wydarzeń Lotnictwa Polskiego we wrześniu 1939 r. dysponujący również wielkimi możliwościami docierania do historycznych archiwaliów. Te kontakty przyniosły nam nieocenione wsparcie merytoryczne dla naszej akcji, jak również sprecyzowały cel naszych poszukiwań. Pan Marek Rogusz sprawdził archiwa i ku naszej uciesze znalazł historię pasującą do przekazów zebranych od świadków. Treść wiadomości brzmiała następująco; 

“ChNarewodzi o PZL.23B Karaś z 64 eskadry.

Relacja pilota:
8 września 1939 r.,
“Po wykonaniu rozpoznania i zrzuceniu bomb na czołgi niemieckie wracaliśmy
na lotnisko. Około godz. 9.00 zostaliśmy zaatakowani od słońca przez dwa
Messerschmitty-110 nad m. Drozdowo Włościańskie k. Makowa Mazowieckiego
nad rzeką . Serie z karabinów maszynowych naszego “Karasia” nie
odstraszyły Niemców. Przewaga szybkości i siły ognia samolotów
nieprzyjacielskich zrobiły swoje. Samolot nasz stanął w płomieniach.
Kpr. Stronczak został śmiertelnie ranny. Obserwator i ja wyskoczyliśmy,
ratując się na spadochronie. Maszyna z zabitym strzelcem runęła na
ziemię. Odnalezione i zmasakrowana zwłoki kpr. Stronczaka pochowaliśmy w
pobliżu wiejskich zabudowań, gdzie spadł nasz samolot. Na grobie
postawiliśmy prowizoryczny krzyż z kawałka śmigła, na którym
umieściliśmy nazwisko, stopień Wojskowy i datę śmierci młodego” i
dzielnego strzelca. Ppor. Ząbik i ja ukrywaliśmy się przed Kilka tygodni
u rolnika p. J.Kolasińskiegó w Grądkach Zalewnych w pow. Maków Maz.,
gdzie leczyliśmy się z ran. Ppor. Ząbik miał przestrzeloną nogę i
oparzenia ciała, a ja pociski w plecach i łopatce.”
Pilot i obserwator po wielu perypetiach przedostali się na zachód i walczyli w polskich dywizjonach bombowych” 

Bardzo chcieliśmy, aby ta historia dotyczyła właśnie naszego miejsca poszukiwań. Niby wszystko się zgadzało – katastrofa na początku Wojny, pochowany nieopodal wraku pilot, wszystko zaczęło wyglądać naprawdę bardzo dobrze. No i Karaś – samolot legenda. Wiemy, ile poświęcili dla naszej wolności Piloci w walkach powietrznych II Wojny Światowej. Wiemy, przez co musieli przejść abyśmy my mogli dzisiaj żyć w wolnej Polsce. Mieliśmy głęboką wewnętrzną potrzebę przeprowadzenia tej akcji, która w swoim finale przypomniałaby heroizm polskich Pilotów biorących udział w Kampanii Wrześniowej. Historia samych samolotów Karaś przedstawiała się tragicznie. W pierwszych dniach Wojny zniszczonych zostało 90% Karasi. Ocalałe samoloty wyleciały do Rumuni, gdzie weszły w skład lotnictwa rumuńskiego i brały udział w walkach przeciwko ZSSR.  Po Wojnie pozostałe jednostki zezłomowano. Z tej to właśnie przyczyny do naszych czasów nie zachował się ani jeden egzemplarz Karasia. Mamy nadzieje, że już rozumiecie jakiej rangi znalezisko historyczne rysowało się przed nami na horyzoncie. Każdy, nawet najdrobniejszy kawałek tego samolotu uważany jest przez współczesnych badaczy za relikwie polskiej Historii Lotnictwa. Sama akcja wymagała od nas szczególnego planowania pod wieloma względami. Czekały nas trudne warunki pracy – brak prądu, wody, niezbędna logistyka. Akcję planowaliśmy na okres trzech dni, a więc cała ta maszynka musiała zostać dobrze zestrojona. Po zdobyciu potrzebnych dokumentów zezwalających nam w świetle prawa na rozpoczęcie poszukiwań ustaliliśmy weekend, w którym zamierzaliśmy przeprowadzić poszukiwania oraz ewentualne wydobycie pozostałości samolotu. Prawie cała ekipa zameldowała się już w piątkowe popołudnie, mieliśmy więc cały wieczór na przed akcyjną wymianę uwag i ostatnie szlify w planowaniu nadchodzących działań.

Wczesnym, sobotnim rankiem pojawiliśmy się na zamglonych łąkach zatrzymując się nad niewielkim, zarośniętym oczkiem wodnym.

Kolumna ciągnących się pojazdów zrobiła niemałą sensację w małej, sennej miejscowości, przez którą przejeżdżaliśmy. Początkowym etapem badań było wytypowanie najlepszego miejsca do założenia pierwszych wkopów. W tym celu wykonaliśmy skanowanie całego terenu przywiezionym ze sobą przeróżnym sprzętem. Tu zatrzymam się na chwilę pisząc w kilku zdaniach o nowych urządzeniach jakie ostatnio zakupiliśmy na stan naszego stowarzyszenia. Pierwszy raz mieliśmy możliwość testować nowe ramy zrobione na zamówienie przez pana Nowaka – tak zwane „Ramy Nowaka”. Porównywaliśmy nowe “zabawki” z innymi urządzeniami jakie wykorzystujemy w naszych poszukiwaniach i muszę napisać, że jesteśmy pod wielkim wrażeniem „Ram Nowaka”, które w niczym nie ustępowały ramom z “wyższej” półki. Jest to Polski producent sprzętu detektorystycznego, który jest naprawdę godny polecenia. Dedykujemy tę wiadomość wszystkim tym odkrywcom, którzy szukają świetnego sprzętu do swoich poszukiwań, a niekoniecznie chcą wydawać na ten cel dziesiątki tysięcy polskich złotych – Sakwa testowała sprzęt Nowaka i naprawdę poleca!

Wracamy do akcji. Na podstawie wyników badań wytypowaliśmy obiecujące miejsca i podzieliliśmy się na kilka zespołów roboczych. Już po kilku ruchach łopatą zaczęły pojawiać się pierwsze elementy poszycia samolotu i istotne części silnika oraz kokpitu. Bardzo zdziwiła nas duża ilość drewnianych elementów, co wprowadziło trochę niepewności w to, czy aby na pewno wyciągane przez nas szczątki są częścią polskiego samolotu Karaś. Kolejne minuty poszukiwań przynosiły sterty pogiętych blach i ewidentnych elementów szkieletu samego samolotu. Nagle z jednego z zespołów rozległo się wołanie – chodźcie zobaczyć, mamy element z numerami i napisem! Ruszyliśmy wszyscy do ekipy pracującej na pierwszym stanowisku.

Po dokładnym wyczyszczeniu elementu okazało się, że napis wyryty jest cyrylicą. To znalezisko zaczęło powoli rozwiewać nasze marzenia o polskim samolocie. Pocieszaliśmy się jednak wzajemnie uznając, że być może jest to efekt jakiegoś “miksu” historycznego i ten element trafił tu przypadkiem, ze znajdującego się w pobliżu w końcówce wojny obozu radzieckiego. Kolejne efekty naszych prac wydobywczych zdawały się coraz bardziej potwierdzać katastrofę radzieckiej jednostki latającej. Ostatecznie w przekonaniu, że nie jest to Polski samolot biorący udział w bitwach pierwszych dniach września 1939r. ugruntowały nas wyciągnięte taśmy z nabojami kaliber 37mm, ewidentnie pochodzące z wyposażenia radzieckiej maszyny. Naboje w środowisku bagiennym zachowały się w doskonałym stanie i bez najmniejszego problemu można było odczytać z nich datę produkcji wskazującą na rok 1943.

Po chwilowym zastanowieniu się nad zaistniałą sytuacją i wzajemnym poklepaniu się po plecach dla pokrzepienia ducha poszukiwań, postanowiliśmy kontynuować akcję i z całym zapałem wydobyć jak największą ilość części z naszego bagniska. Pracę podzieliliśmy jednoczenie na kilka wykopów, wydobywając z nich co kilka minut nowe elementy wraku. W pewnym momencie na światło dzienne wyszły mrożące krew w żyłach niespodzianki – rakieta oraz dwa granaty ręczne, zrobiło się bardzo niebezpiecznie!

Liczyliśmy się z taka ewentualnością, wiedzieliśmy, że samolot wykonujący misje bojową “pluszaków” nie przewoził, wręcz przeciwnie, na swoim wyposażeniu posiadał poważne uzbrojenie. Niebezpieczne materiały zostały zabezpieczone, a o całej sytuacji powiadomiona jednostka policji. Praca w miejscu, w którym wyszły mroczne artefakty została wstrzymana, a my do czasu przyjazdu policjantów kontynuowaliśmy poszukiwania w pozostałych sektorach. Warunki wydobycia zaczęły się mocno pogarszać za sprawą wody gruntowej intensywnie napływającej do naszych wykopów. W niektórych miejscach woda zaczęła sięgać do pasa. Niezbędna okazała się pompa osuszająca teren wykopalisk. Dzięki założonemu ssakowi mogliśmy bez większych przeszkód odsłaniać kolejne warstwy pionowych ścianek, z których co rusz wystawały metalowe elementy samolotu.

Wszystko wydawało się iść dobrze do momentu, w którym dokonaliśmy kolejnego wstrząsającego odkrycia. Okazało się, że we wraku tego samolotu wciąż spoczywają szczątki załogi. Zwolniliśmy tempo wydobycia starając się jak najdokładniej powybierać pozostałości lotników. Wszystkie elementy szkieletów jakie udało nam się wydobyć zabezpieczyliśmy na oddzielnym miejscu i w tym momencie przyjechał patrol Policji.

Pracę eksploracyjne zostały wstrzymane, a na miejsce oprócz saperów wezwany został prokurator. Wiedzieliśmy, że wszystkie procedury potrwają kilka godzin, postanowiliśmy więc wykorzystać ten czas jak najbardziej produktywnie. Doprowadziliśmy do obozowiska wodę z rzeki i zaczęliśmy myć wszystkie odnalezione artefakty. Strumień wody odsłaniał coraz większą liczbę bić, numerów oraz napisów, dzień powoli zbliżał się ku zachodowi słońca. Mieliśmy w planach nocną eksplorację licząc na to, że prokurator po skończonych czynnościach da nam zielone światło na dalsze poszukiwania.

Aby móc prowadzić eksplorację po zachodzie słońca, musieliśmy rozstawić prowizoryczne słupy z lampami oświetleniowymi, pod które podpięliśmy agregaty prądotwórcze.

Jako pierwsi na miejsce przyjechali saperzy. Po zabezpieczeniu niebezpiecznego ładunku odjechali zabierając ze sobą oprócz niewybuchów informacje, że jeżeli następnego dnia będziemy kontynuować eksplorację, to prawdopodobnie spotkamy się ponownie. Zaraz po odjeździe saperów na miejscu pojawił się prokurator. Po zapoznaniu się z całą sytuacją oraz konsultacją z IPN-em i zabezpieczeniu szczątek załogi dał nam zielone światło na dalsze działania.

Niestety wszystko przeciągnęło się dłużej niż mogłoby się wydawać. Tego dnia pozostało nam jedynie spakować do samochodów cały sprzęt i wrócić do hotelu. Wszyscy mocno odczuliśmy trudy tego dnia i marzyliśmy jedynie o prysznicu i zasłużonym odpoczynku. Wieczorem zdążyliśmy powysyłać zdjęcia pozyskanych elementów samolotu naszym zaprzyjaźnionym ekspertom. Materiały zostały wysłane również specjalistom w Rosji oraz do placówki dyplomatycznej Ambasady Rosyjskiej w Polsce, z którą od dłuższego czasu mamy bardzo dobre stosunki. Noc po wyczerpującym dniu okazała się krótką chwilą. Kolejny poranek przywitał nas piękną pogodą, szybkie śniadanie i mogliśmy komfortowo wyruszyć na teren katastrofy lotniczej. Poprzedniego dnia straciliśmy wiele godzin zanim prokurator pozwolił wznowić dalsze działania. Pozostał nam ostatni dzień akcji, musieliśmy wiec przyśpieszyć. Umówiliśmy na rano koparkę, co w późniejszych godzinach okazało się bardzo dobrą decyzją. Operator bez najmniejszego wysiłku usunął gęste zarośla oraz zepchnął wierzchnią warstwę ziemi.

Od samego rana eksperci na podstawie przesłanych przez nas materiałów “bombardowali” nas co rusz nowymi rewelacjami, w końcu samolot został zidentyfikowany! Okazało się, że odnaleziona przez nas maszyna, to bardzo rzadki egzemplarz radzieckiego samolotu IŁ2 z drewnianymi skrzydłami. Od kolegów z Rosji przyszła do nas informacja na temat załogi tego samolotu. Wszystkie wiadomości jakie udało nam się pozyskać tchnęły w nieme szczątki wraku ducha historii, który zaczął do nas przemawiać. Tego dnia odnaleźliśmy w rozszerzonych wykopach kolejne ciekawe artefakty, ale również, tak jak przewidywaliśmy poprzedniego dnia ziemia oddała niebezpieczne pamiątki w postaci kolejnej rakiety, granatów i pocisków różnego kalibru. Na miejsce ponownie wezwana została policja oraz grupa saperska.

Dzień poszukiwań dobiegał końca, ponowne badania terenowe nie wskazały praktycznie żadnych większych elementów metalowych. W takim wypadku koparka mogła przystąpić do porządkowania terenu, a my spokojnie siedliśmy przy małym grillu wspominając weekend oraz przygrywając sobie na gitarach i harmonijce ustnej.

Podsumowując – Na akcję przyjechaliśmy z marzeniem odnalezienia Polskiego samolotu Karaś, relikwie polskiego lotnictwa z okresu II Wojny Światowej. Na początkowym etapie badań zorientowaliśmy się, że mamy do czynienia z rzadkim egzemplarzem radzieckiego samolotu Ił2. Przekazy ustne na przestrzeni lat nabrały pewnego błędu i zmiksowały dwie katastrofy lotnicze umiejscowione geograficznie blisko siebie, lecz w rzeczywistości mające miejsce w całkowicie różnych okresach Wojny. Z doświadczenia wiemy, że w życiu nie wolno się poddawać i do końca wierzyć w swoje marzenia. Na potwierdzenie tych słów napisze tylko, że w tej akcji odnaleźliśmy dwa samoloty. Jeden, to wspomniany w tej relacji radziecki samolot IŁ2. Drugi natomiast, to jeszcze nie wydobyty, wymarzony Polski samolot Karaś! Zapytacie – jak to możliwe!? Już tłumaczymy. Podczas całego zamieszania jakie towarzyszyło akcji wydobycia radzieckiego samolotu, weszliśmy w posiadanie niesamowicie dobrze udokumentowanej historii, wskazującej miejsce kolejnej katastrofy lotniczej z okresu II Wojny Światowej. Ta historia z pewnością tym razem dotyczy polskiego samolotu Karaś. W miejscu w którym spadł samolot do dzisiaj podobno spoczywają szczątki polskiej załogi. Taka nagroda spotkała nas za doprowadzenie akcji wydobywczej do końca. Nowy temat naszych zainteresowań rozpalił nas do nowych poszukiwań, o których napiszemy z pewnością w kolejnej fotorelacji.

Dokładny opis wydobytego przez nas samolotu IŁ2, identyfikacja załogi wraz z jej historią oraz wszystko co uda nam się ustalić opiszemy w kolejnym artykule.

Poniżej udostępniamy galerię przedstawiającą najciekawsze fragmenty wydobytego przez nas samolotu IŁ2

 Poniżej udostępniamy szkice oraz zdjęcia Samolotu IŁ 

Prospektor

Kiler