Akcje na Ziemi Świętokrzyskiej
23-25. kwietnia 2010 r.

No i jesteśmy znów gdzie indziej. A to za sprawą Dawida, czyli Prospektora, który przygotował dwie akcje dla naszego Stowarzyszenia. Przenosimy swe działania aż na Kielecczyznę. Dzięki uprzejmości gospodarzy terenów, na które się udajemy, a także Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Kielcach (Delegatura Sandomierz), mamy okazję sprawdzić dwa odrębne tereny. Ale o tym za chwilkę. Spotykamy się w jednej ze świętokrzyskich wsi, w wybranym przez Dawida hotelu. Od początku nie brak humorystycznych akcentów. Piątkowym popołudniem podjeżdżam pod wielki budynek hotelu, a dokładnie pod drzwi z olbrzymim napisem „recepcja”. Wypakowuję się, taszczę swe torby (torba „akcyjna”, torba z ciuchami, laptop…) do owego wejścia, gdzie w recepcji , po odebraniu kluczy, dowiaduję się, że… należy przejechać do innego budynku, w tyle parku. Pawilonik, w którym przyjdzie nam spędzić dwie kolejne noce (nasza baza) wygląda już tylko jak przybudówka do hotelu, hehe… Taki „chłyt małketingowy”. Po rozpakowaniu się i pierwszych spotkaniach, a także po obiadokolacji w sąsiedzkim barze, wieczorem siedzimy przy ognisku, w parku. W piątek tylko część z naszej ekipy przyjechała wcześniej, by m.in. poskanować teren, którym mieliśmy się zająć w sobotę. Wieczorem zaś jesteśmy już prawie wszyscy na miejscu… Reszta dojeżdża rano, oczywiście pod recepcję. Po kolei, jak jeden mąż, wszyscy przechodzą tę samą procedurę: rozpakowanie, recepcja, pakowanie… Gdy czekamy rano przed recepcją na przyjazd ekipy warszawskiej, żartujemy, że nic im nie powiemy i obejrzymy jak rozpakują się także (a co, czemu mają mieć lepiej).

Fot. 1. Sobota. Śniadanie w hotelu. Tu… nie mieszkamy.

Sobotę rozpoczynamy od śniadania w hotelu. Zapadają strategiczne decyzje co do kolejności działań na wybranych terenach. Obgadujemy szczegóły podczas symbolicznej odprawy przy naszym „baraczku”. Pora zatem na słów kilka o terenie i tematach działań. Akcje, prowadzone na podstawie odrębnych pozwoleń WUOZ, przeprowadzone mają być w dwóch oddalonych od siebie miejscach, a tematyka jest równie odległa jak dystans między nimi.

Fot.2. Odprawa przed wejściem do naszej noclegowni.

Pierwszym obiektem jest gospodarstwo w jednej z świętokrzyskich wiosek. Przygotowując tutejsze akcje Dawid (vel. Prospektor) natknął się na relację o zakopanej w tym gospodarstwie skrzyni o nieznanej zawartości. Ukrycia mieli dokonać Rosjanie, którzy w tym gospodarstwie urządzili szpital polowy. Relacja zaś pochodziła od potomków naocznego świadka, którzy cały czas byli właścicielami przedmiotowego terenu. Tam właśnie jedziemy po śniadaniu.

Fot.3. Przyjeżdżamy na miejsce. Tu poszukamy depozytu.

Teren, zeskanowany w poprzedni dzień przez naszych niezawodnych kolegów spod Opola (Ryszard, Laki, Galon, Burza – dzięki jak zwykle za sprzęt i wolę walki!) jest przyzagrodowym sadem. Ekipa wpada zatem na wytyczone, najbardziej prawdopodobne miejsce w owym sadzie i zaczyna się mozolne odkrywanie. Krok po kroku, sztych za sztychem, pogłębia się wykop w miejscu, gdzie skaner dał najsilniejsze znaki metalowych obiektów.

Fot.4. Pierwszy wykop w sadzie.

Emocji przybywa z każdym centymetrem, ponieważ tu i ówdzie pojawiają się metalowe fragmenty „czegoś”. jest to niestety w większości zagrodowy złom, choć tu i ówdzie pojawiają się fragmenty potłuczonej ceramiki. Nic nie wskazuje jednak na to, że jesteśmy w dobrym, poszukiwanym miejscu. raczej jest to jakieś byłe miejsce zrzutu lokalnych śmieci. Sygnałów nie ubywa, toteż poszukiwania sięgają coraz głębiej.

Fot.5. Koledzy znikają coraz głębiej…

Część ekipy (jest nas stanowczo za dużo, by zmieścić się w jednym dołku J ) sprawdza okoliczny teren działki wykrywaczami, dzięki czemu nie opuszczamy terenu z pustymi rękami. Zdarza się i tak, że kopiąc głęboko nie znajduje się nic, gdy tymczasem w innym miejscu, artefakty leżą na wierzchu i się z nas śmieją. 10 metrów od wykopu, na słońcu wygrzewa się pierwsza „blaszka”.

Fot.6. Znaleziska czasem z nas drwią – moneta na wierzchu…

Chwila zadumy nad wykopem i zastanowienie: co dalej? To na pewno nie to miejsce. Czas płynie szybko, więc decydujemy, że drugą część dnia spędzimy na drugim terenie (akcja 2), natomiast po południu wrócimy do sadu, ponieważ pozwolenie na tę akcję mamy tylko na ten weekend. Pora więc niestety zasypać wielki dół, który z takim wysiłkiem został wykopany. Jako efekt poszukiwań w tym miejscu, pozostawiamy spory kopczyk złomu.

Fot.7. Pomimo szczerych chęci i zapalczywej walki nie trafiamy na poszukiwaną skrzynię.

Fot.8. Pakujemy się i jedziemy na drugi teren. Tak wygląda samochód eksploratora!

Fot.9. Wydobyte „skarby”.

Z terenu sadu pozyskujemy kilkanaście monet (boratynki, kopiejki, 10gr 1840, a także oczywiście PRL), drobne wojenne ślady (łuski, ołowiane kule szrapnelowe), a także powojenne artefakty, np. odznakę „Wzorowy Żołnierz”. Są też nabijki, plomba, żeliwna kula i inne niezidentyfikowane przedmioty. W sumie do raportu trafia stąd 19 przedmiotów (łącznie z podejściem popołudniowym).

Fot.10. Jedna z odnalezionych ozdób – nabijka (fotografia z raportu).

Fot.11. Boratynki. Prawie wszechobecne…

Na teren drugiej akcji wyruszamy kolumną samochodów. Śmiejemy się, że jedziemy pod mocną eskortą, ponieważ przed i za naszym srebrnym, jadą tylko czarne samochody, w większości terenowe. Gdy pozdrawiam machnięciem rolnika uprawiającego pole, widzę jego zdumioną twarz. Pewnie do dziś myśli co to za dygnitarz jeździł po miedzach. Zjeżdżamy wąskim jarem do zapomnianej wioski. Pięknie. Dziko. Zatrzymujemy się na małej łączce, gdzie zostawiamy samochody. Teren za rzeczką to „nasz teren”. Tym razem jest to obszar dużo większy, obejmujący wzgórza i okoliczne pola… Pora rozpakować sprzęt i naprzód marsz.

Fot.12. Często najcenniejsze są rozmowy z mieszkańcami danego terenu. Oni bowiem wiedzą więcej niż mądre książki.

Po dużej stromiźnie wdrapujemy się na płaskowyż, gdzie ukazują nam się uprawne pola, łąki i nieliczne zabudowania. To miłe, gdy mam świadomość, że cały ten teren objęty jest zgodami właścicieli i pozwoleniem WUOZ i że będzie można spokojnie oddać się poszukiwaniom. Rozpełzamy się po kolejnych działkach, dokonując rekonesansu. Tutaj zgodę mamy do końca roku, więc istnieje nadzieja na kontynuację poszukiwań jesienią (jeśli wyniki okażą się ciekawe).

Fot.13. Rozpełzamy się legalnie.

Pośród pól można uchwycić między innymi fragment starej drogi wiodącej do wzgórza, a cały teren jest intrygująco pofałdowany, więc podgrupy szybko zaszywają się w okolicznych zakamarkach. Część ekipy sprawdza pola orne, na których nie ma jeszcze znaków upraw, a część łąki i piaszczyste nieużytki na górkach. Teren, niestety, oprócz malowniczości i bogatej historii (od budowli średniowiecznego zamku – pozostałości w ruinie – po okopy z lat 20. XX w.) nie grzeszy bogactwem znalezisk.

Fot.14. Dawid, organizator Akcji, na skraju średniowiecznej drogi.

Najczęstszym znaleziskiem, jakże by mogło być inaczej, są znów „polmosy” czyli kapsle od wódki i inne współczesne zanieczyszczenia. Pojawiają się też pojedyncze, skorodowane łuski. Na szczęście udaj się nam znaleźć kilka ciekawszych przedmiotów, w tym ciekawą obręcz z brązu (prawdopodobnie od uprzęży ze śladami tarcia rzemienia lub powrozu z jednej strony, gdzie pierścień jest ewidentnie cieńszy), interesujące wieczko (jakby od fajki?) czy medaliki (prawosławne). Najciekawszy przedmiot pokażę na końcu relacji. Łączy się on bardzo z naszym Stowarzyszeniem, więc zostawię go na deser J. Poniżej zamieszczam kilka fotografii znalezionych przedmiotów. Fotki z numerami to zdjęcia z raportu, jaki złożyliśmy z obu akcji do WUOZ (raporty zatwierdzono, przedmioty przekazano do WUOZ).

Fot.15. Z kapsla wyraźnie wynika, że gdzieś tu był zamek. Polmosy, jak zwiemy kapsle od wódki, to najczęstszy „skarb”, jaki znajdują poszukiwacze.

Fot.16. Ciekawe miedziane coś. Wyglądało na obrączkę, a tu nic… Kawałek miedzi…

Fot.17. Jedno z ciekawszych znalezisk: obręcz z brązu, najprawdopodobniej od starej uprzęży.

Fot.18. Wieczko, przykrywka… Od czego? Od fajki?

Fot. 19. Medalik prawosławny. Jeden z kilku medalików odnalezionych na badanym terenie. Zdjęcie z raportu.

Wiosna, piękne słońce i otwartość pól powodują, że ulegamy wysyceniu tym wszystkim (jest jak w raju: pogoda, tereny…). Po wyrywkowym sprawdzeniu wyznaczonych do poszukiwań pól spotykamy się na miedzy, gdzie dyskutujemy o wynikach, oglądamy znaleziska… Nie ma tego wiele. Mimo to jesteśmy zadowoleni ze spotkania i z efektów, takich jakie udało się osiągnąć w krótkim bądź co bądź czasie. Poza tym, wiosna rekompensuje wszystko…

Fot.20. Na piaszczystej górce lokalne nieużytki porosły pierwiosnki. Nic tylko tu się położyć i cieszyć oczy…

Postanawiamy, że jeśli czas nam pozwoli, na ten teren będziemy mogli wrócić jesienią, dopóty, dopóki obowiązywać będzie pozwolenie. Tymczasem pędzimy z powrotem do sadu, gdzie „czeka” rzekoma skrzynia, zakopana przez radzieckie wojsko. Na początek Laki i Przemek skanują wybrane do sprawdzenia dwa pasy, stanowiące międzyrzędzia w uprawie porzeczek. Pojawiają się jakieś sygnały…

Fot.21. Rama skanera w ruch. Laki i Przemek skanują porzeczki. Sławek (z prawej) zarządza ekipą.

Nie są to bardzo wyraźne impulsy. Początkowo trudno jest wręcz ustalić gdzie jest centrum, z którego ten sygnał pochodzi. Z pomocą przychodzi oczywiście oprogramowanie. Wyniki skanowania oglądamy na laptopie Lakiego. Zaczyna się żmudna interpretacja i zastanawianie się czy warto w danym miejscu kopać. Sygnały oczywiście mogą być słabe, wszak to mogła być drewniana skrzynia, a w niej np. dokumenty, toteż jedynymi śladami metalu mogły być np. gwoździe, śruby bądź zawiasy skrzyni… Interpretacja wykresów zawsze jest interesująca, toteż przy samochodzie Ryszarda zbiera się spory tłumek.

Fot.22. Weryfikacja skanu. Czy coś się pojawi na monitorze?

Fot.23. Jakby się nie przyglądać, na ekranie wciąż tylko zasępiona mina Lakiego…

Laki ocenia jedno z miejsc jako ciekawe do sprawdzenia, jest to miejsce, w którym słyszalne były również najmocniejsze sygnały dźwiękowe. Zaczyna się ponowne kopanie, tym razem między porzeczkami. Ponowne sprawdzenie skanerem nie daje jednak pozytywnego rezultatu i ten dół także zostaje zasypany. Pozostaje nam jeszcze tylko poszperanie w sadzie sprzętem powierzchniowym, jako że dzień chyli się już ku końcowi.

Fot.24. Drugi wykop „porzeczkowy”.

Fot.25. Część ekipy dalej prowadzi prace powierzchniowe.

Fot.26. Mimo ewidentnej aureoli nad zafrasowanym czołem, Laki nie odnajduje już innych śladów wartych weryfikacji łopatą.

Zjeżdżamy zatem do hotelu, gdzie czeka nas jeszcze przygotowanie opisu znalezisk oraz ich fotografowanie do raportu. Jako stół reporterski służy nam tym razem paka samochodu Przemka. Sławek, syn Przemka, zapewnia nam atrakcje i cały czas kołysze pojazdem, co by ułatwić ostre fotografowanie J. Koniec końców udaje się wszystko oznaczyć, opisać i sfotografować, po czym zdobycze wędrują wstępnie do trzech woreczków, oznaczonych jako S (sad), G (góra) i O (ogólne, pozostałe). Na segregację szczegółową i raport przyjdzie jeszcze czas.

Fot.27. Samochód Przemka117 i pudełka od pizzy posłużyły jako stanowisko do raportowania. Robimy fotki…

Fot.28. Znaleziska podzielone wstępnie na worki odpowiadające badanym obszarom, w tym worek z małowartościowymi rzeczami
(łuski, blaszki, fragmenty metalu o nieznanym pochodzeniu).

Fot.29. Złom militarny i inne znaleziska nieistotne…

Pora na zasłużony odpoczynek, który przyjmuje formę ogniska z kiełbaską w przypałacowym parku. Pomiędzy głównym budynkiem hotelu, a miejscem, gdzie mieszkamy stoi bowiem stary dworek, otoczony kilkuhektarowym parkiem. Wszystko to stanowiło zapewne kiedyś jeden majątek, a sam hotel to twór nowych czasów. My nocujemy najprawdopodobniej w dawnych zabudowaniach gospodarczych, przerobionych na pokoje. Ognisko to zawsze świetny pomysł na koniec akcji. Mamy czas na podsumowania, opowieści i przeżywanie emocji z akcji raz jeszcze. Na twarzach tylko i wyłącznie uśmiechy. Kiełbaski raz po raz lądują w popiele, jest wesoło i można już uznać spotkanie za bardzo udane. Po ognisku wracam do pokoju i pakuję znaleziska w oddzielne, opisane numerami woreczki gotowe do sporządzenia raportu. Reszta prac wykonana będzie w Poznaniu na podstawie opisu i zdjęć. Artefakty mogą dzięki temu pozostać u Dawida, który później, po otrzymaniu raportu złoży je wraz z dokumentacją w WUOZ.

Fot.30. Ognisko to gwarant dobrego zakończenia spotkania.

Fot.31. Wielkich skarbów nie odkryliśmy, ale efekty pracy i tak dają wielkie zadowolenie (co widać).

Rano spotykamy się przed pawilonem i idziemy na śniadanie do hotelu. Potem zdjęcie grupowe na parkingu (część osób wyjechała lub konsumowała śniadanie, więc na zdjęcie się nie załapała) oraz pakowanie. Opuszczamy bowiem miejsce noclegu i jedziemy jeszcze na zwiedzanie okolicznych atrakcji. To element nieodzowny każdej wyprawy.

Fot.32. Większa część Członków Sakwy obecnych na Akcjach Świętokrzyskich
– tuż przed wyjazdem.

Fot.33. „Tato, te śmierdziuchy to Twoje?”

Jako cel zwiedzania przyjmujemy Ossolin. Znów przemieszczamy się ładny kawałek świętokrzyskiej ziemi, by znaleźć się w innym lecz ponownie uroczym jej zakątku. Zwiedzamy ruiny zamku, który – jak mówią przekazy historyczne – jeden z Ossolińskich wysadził w powietrze za karę za… nieodpowiednie zachowanie syna! A mówią, że to teraz dzieci są źle wychowywane i że panuje agresja wobec nich, hehe. Nic bardziej mylnego J Wchodzimy na skarpy ruin z obu stron drogi. Piękny widok. Szkoda, że obiekt nie doczekał naszych czasów, musiał być piękny, a lokalizacja (na pojedynczej, oddzielonej od sąsiedniej moreny skarpie) jego była doskonała (czy to ze względów obronnych, czy też rozpatrując charakter romantyczny – w obu przypadkach trudniej o lepsze położenie).

Fot.34. Na miejsce pożegnania wybieramy Ossolin. Piękne pozostałości zamku pobudzają wyobraźnię: Jak to wyglądało kiedyś? Po chwili zwiedzania rozjeżdżamy się na cztery strony Polski.

Po zwiedzaniu ruin żegnamy się u stóp byłego zamku, gdzie nad drogą wciąż rozciąga się pojedynczy łuk, będący najprawdopodobniej pozostałością dawnego wjazdu. Mając nadzieję na szybkie ponowne spotkanie wszyscy ruszamy w swoje strony…

Na koniec kilka słów podsumowania. Łącznie oba działania zajęły nam 2 dni (netto, wliczając skanowanie w piątkowy wieczór wykonane przez część ekipy). Objęliśmy akcjami dwa tereny opisane powyżej, w dwóch odrębnych miejscowościach regionu. Wraz z raportami przekazano do WUOZ w Sandomierzu odpowiednio 19 i 21 znalezisk uznanych za istotne i umieszczonych na listach, będących załącznikami do raportów. Artefakty wraz z raportami i dokumentacją fotograficzną (obrobioną w Poznaniu, taką jak ta z numerkami, powyżej) przekazaliśmy do WUOZ Kielce, Delegaturze w Sandomierzu. Dokonał tego Dawid, gospodarz terenu, za co – jak i za całe przygotowanie akcji – należą się wielkie podziękowania, co niniejszym czynię. W niedługim czasie otrzymaliśmy list i potwierdzone kopie raportu z WUOZ. W liście otrzymaliśmy informację, że przekazane przez nas przedmioty trafiły do Muzeum Regionalnego w Sandomierzu. Czego chcieć więcej? … Jak dla mnie, a myślę, że będzie to zdanie znamienitej większości Członków „Sakwy”, była to bardzo udana akcja (przepraszam, dwie akcje), która przyniosły ciekawe efekty metodyczne (skanowanie i poszukiwania) i merytoryczne (znaleziska), jak i oczywiście była doskonałą okazją do dalszego spajania naszego środowiska.

Obiecałem jeszcze jedno zdjęcie, więc oto jest… Dlaczego tak drobny przedmiot tak nas ucieszył? A dlatego, że jest to, było nie było, najprawdopodobniej zapięcie… sakwy! No, może sakiewki. Jest to oczywiście również jeden z przedmiotów przekazanych do WUOZ.

Fot.35. Odnalezione podczas Akcji zapięcie sakiewki, a może… sakwy?

Dziękujemy serdecznie właścicielom udostępnionych do badań terenów. Zgodnie z postanowieniami Stowarzyszenia (z Walnego Zgromadzenia w Siedlcach, początek br.) nie przekazujemy do publicznej wiadomości żadnych szczegółowych opisów miejsc, ani nazw geograficznych, ponieważ chcemy zapobiec w ten sposób penetracji terenu przez osoby działające na własną rękę, bez zezwoleń. Nie udało nam się ustrzec takiego błędu w przeszłości i wiemy jakie to może mieć konsekwencje, toteż teren pozostanie w niniejszej relacji anonimowy, a konkretne położenie badanego obszaru jest znane jedynie WUOZ oraz Członkom Stowarzyszenia „Sakwa”.

Dziękujemy WUOZ w Kielcach, Delegaturze w Sandomierzu, za okazane nam zaufanie i pozwolenie na przeprowadzenie obu akcji. Cieszymy się, że efekty działań, aczkolwiek skromne, przysłużyły się poszerzeniu zbiorów lokalnego muzeum. Bardzo nam zależy na fakcie, by lokalne zasoby i zbiory udostępniane były lokalnie i by podkreślały walory miejscowego dziedzictwa historycznego. Deklarujemy gotowość współpracy przy kolejnych projektach, w tym oczywiście możliwość kontynuacji działań jesienią 2010 r.

Dziękuję moim kolegom ze Stowarzyszenia za zaangażowanie i wolę działania w każdym miejscu kraju. Jak widać idea powoduje wydatne skurczenie się dystansu. Okazuje się, że Polska nie jest aż tak wielka, gdy myśli się o wspólnym hobby i ciekawych efektach będących w silnym sprzężeniu z celami „Sakwy”. Do zobaczenia następnym razem!

/Uri/