Akcja poszukiwawcza na Lubelszczyźnie
25-27. września 2009 r.

Z wielką radością mogę nareszcie zakomunikować, że kolejna Akcja poszukiwawcza Sakwy już się odbyła, co nie znaczy, że się zakończyła, ponieważ – tak jak to miało miejsce w przypadku Łambinowic – otrzymaliśmy zezwolenie na działanie do końca 2009 roku (wydane przez WKZ Lublin, Delegatura B. Podlaska). Tak więc możliwe jest, że uda się jeszcze podjąć dodatkowe działania poszukiwawcze, mimo że obszar działań nie był wielki (kilkanaście hektarów). Tematem akcji było poszukiwanie śladów działalności ludzkiej w XIX/XX w. w jednej z małych miejscowości na bogatej historycznie Ziemi Lubelskiej. Akcję zaproponowali nasi przyjaciele (jeszcze nie stowarzyszeni, ale już niedługo J ), Kaśka i Przemek (niektórym osobom znani jako k2kaska) (Przyp. po czasie: Już Członkowie). Jako nieomal gospodarze tego terenu wystarali się zarówno o zgody z terenu (od rolników, będących właścicielami pól), przygotowali mapy i niezbędne informacje, załączniki do wniosku, a potem wraz naszym Prezesem, Piotrem Włodkowskim (ceram), kontaktowali się z WKZ. Z tego miejsca należą się im wszystkim wielkie podziękowania za ich zaangażowanie, które zaowocowało kolejną legalną akcją.

Fot.1. Rozmowy w ogródku w Górkach. Lada moment ruszamy w teren…

Do Lublina prawie każdy ma daleko, hehe (piszę to oczywiście z pozycji Poznania), a co dopiero do miejsca leżącego kilkadziesiąt kilometrów dalej. Kraina Poleskiego Parku Narodowego (mieszkaliśmy prawie na jego granicach) to przecudny krajobrazowo i kulturowo obszar, położony prawie na wschodnim skraju Polski. Stąd dyskusje o dojeździe na miejsce trwały długo, a część z Członków Sakwy raz to potwierdzała, to rezygnowała z udziału. Nie było nic pewnego w tej mierze. Ostatecznie jednak frekwencja była więcej niż zadowalająca. Oprócz większości naszych Członków (niestety z kilkoma osobami wciąż brak kontaktu) zaprosiliśmy także do uczestnictwa kilka osób, które złożyły już deklaracje Członkowskie, bądź też są osobami zaprzyjaźnionymi. Do tej ostatniej grupy trudno nie zaliczyć naszych „sakwowych” dzieciaków (tym razem oprócz Miłosza, syna Wiślanina, dołączył najmłodszy uczestnik – Sławek, lat 6, syn Przemka). Atmosfera zatem, jak zwykle, była niemal rodzinna. Najdłuższą drogę na miejsce pokonał właśnie Przemek ze Sławkiem, którzy zaofiarowali swą pomoc w transporcie grupie Niemodlińskiej (Laki, Galon i Wojtek, zwany Burzą), co oznacza, że za Lublin, spod Łodzi, jechali przez Opolszczyznę! J To się nazywa pomocna dłoń! A właściwie to koło, a nie dłoń.

Z powodu długich dystansów, na miejscu, w gościnnym gospodarstwie agroturystycznym Państwa Szczepańskich we wsi Górki koło Sosnowicy, które służyło nam w ten weekend za bazę, zjawialiśmy się w kilkugodzinnych odstępach. Przyjechaliśmy z Wiślaninem i Miłoszem oraz moim kolegą Wojtkiem (Rechot, obserwator akcji) już po ciemku. W gospodarstwie rozpalono jednak ognisko, które doprowadziło nas do celu. Było już kilka osób. Poznałem nowe twarze, to zawsze jest jeden z najfajniejszych aspektów spotkań w terenie – nareszcie wiemy jak wyglądamy! Na strudzonych drogą czekała „pełnowypasowa” obiadokolacja w postaci barszczu i „megaturbosmacznych” lokalnych pierogów – ruskich oraz serowo-kaszowych. Niebo w gębie! Dla tych pierogów warto właśnie zawitać u gospodarzy! No, nie tylko… ale jest to musowy punkt programu kulinarnego tej ziemi (dla zainteresowanych: Górki 16B; telefon: 082-5912240). Ostatnia ekipa, łódzko-niemodlińska, dojechała późno w nocy. Czekaliśmy na jej przybycie przy ognisku. W końcu byliśmy już w komplecie. Ustaliliśmy godzinę zbiórki i padliśmy na łóżka i materace (w końcu było nas tak wiele, że zabrakło regularnych miejsc, których jest 14).

Rano pobudka, szybkie zęby, pakujemy się do samochodów i najpierw jedziemy pod sklep w Sosnowicy (najlepsze zaopatrzenie w rejonie), skąd konsumując przeróżne śniadania udajemy się w kilka samochodów na miejsce akcji. Tu szybkie przebieranie butów, czasem ubrań, montaż sprzętu i odprawa. Rozdajemy mapki, które perfekcyjnie przygotowali Kasia i Przemek. Przedstawiają teren podzielony na sektory, co ułatwia umiejscowienie znalezisk podczas późniejszego sporządzania raportu.


Fot.2. Jesteśmy na miejscu.


Fot. 3. Ostatnie ustalenia, montowanie sprzętu, przebieranie i odprawa…


Fot.4: Proszę Państwa, oto mapa… Z prawej nasi gospodarze:
Przemek i Kaśka (mapotwórcy).


Fot.5: Wszyscy gotowi. I duzi, i mali.
Na pierwszym planie Sławek, nasz najmłodszy poszukiwacz.

Z mapkami w dłoniach idziemy na wyznaczone pola działania. Mamy do sprawdzenia kilka sporych sektorów, na szczęście jest nas kilkanaście osób i prace postępują sprawnie. Wkrótce rozchodzimy się po wyznaczonym terenie i okazuje się, że jest to wystarczająca przestrzeń, by każdy mógł działać bez zakłócania sprzętu.


Fot.6.: Na pierwszym polu. (KILER).

W naszych woreczkach lądują pierwsze znaleziska. Są to przede wszystkim guzki, monety i drobne ozdoby. Zdarzają się plomby towarowe, czasem inne drobne przedmioty, niektóre nieznanego przeznaczenia. Każdy z nich trafi do rejestru z poszukiwań, jaki będzie przedstawiony wraz z dokumentacją fotograficzną w WKZ, celem sprawdzenia czy przedmioty te nie zasługują na miano zabytku i czasem nie powinny trafić do któregoś z lokalnych muzeów.


Fot.7: Nie zawsze od razu wiadomo, co kryje grudka ziemi….

Fot.8: Czasem okazuje się, że „piszczała” zwykła zakrętka, a czasem…
Kopiejka „srebrem”, 1840 r.


Fot.9: Terenowe konsultacje z Prezesem (Galon, Kaśka i Ceram).

Po wstępnym rozpoznaniu terenu jasnym się staje, że część sektorów jest raczej „pusta”, pozbawiona jakichkolwiek śladów, przynajmniej takich, jakie jesteśmy w stanie odnaleźć naszym sprzętem i w zgodzie z zezwoleniem (do 30cm głębokości). Część terenu jednak obfituje w drobne znaleziska i tę sprawdzamy w kilka osób po parę razy. Za każdym razem znajdujemy drobne artefakty, co najlepiej potwierdza regułę, mówiącą, że nieważne ile razy teren jest sprawdzany, zawsze jeszcze coś na nim można znaleźć.


Fot.10. Jedno z najciekawszych znalezisk: stary liczman (najprawdopodobniej).


Fot.11. Jak dzieje się coś ciekawego, dzieci się nie nudzą! Naprawdę!

Po kilkunastu przejściach wzdłuż i wszerz obszaru uznajemy jednak, że pora już przejść na kolejną działkę. I tak akcja trwa do późnego popołudnia, gdy nad żądzą poszukiwania górę bierze żądza… jedzenia J. Wracamy do Sosnowicy i – po kolejnych zakupach – na naszą kwaterę.

Fot.12. Powstaje rejestr. Najpierw numeracja, woreczki i lista, potem fotografie.

Wieczór schodzi nam na wstępnym podsumowaniu działań, co w praktyce oznacza sporządzenie rejestru znalezisk. Na listę, będącą załącznikiem do raportu, trafia niecałe 140 pozycji, co uważam jest niezłym wynikiem. Na zdjęcia jest już za późno, toteż postanawiamy wykonać dokumentację fotograficzną rano. Czas na ognisko, kiełbaski i znane wszystkim z takich okazji dodatki (oczywiście bezalkoholowe). Opowiastki poszukiwawcze, kawały i wspomnienia z zakończonej akcji wypełniają wieczór. Jest o czym mówić i myśleć…

Fot.13. Dobra, ode mnie to już wszystko… (szuchA). Ja mam jeszcze kilka… (Przemek). Matko, gdzie ja to znalazłam?… (Kaśka).


Fot.14. Ciekawostka. Odważnik? Żeton? Coś tu jest napisane…


Fot.15. Jak zawsze, każde znalezisko otrzymuje numer w rejestrze i jest fotografowane. Potem trafia do odrębnego ponumerowanego woreczka.
Tutaj: trojak Stanisława Augusta Poniatowskiego. Stan raczej nieszczególny, szkoda….

Rano, rozpoczyna się sprzątanie po wieczornej biesiadzie, a potem, przy stole w przydomowym ogródku rozkładamy z powrotem ponumerowane torebki i próbujemy wykonać dokumentację foto. Światło jest jednak dość szare i zdjęcia wychodzą ciemne. Może to nieznajomość aparatu (mojego niestety nie miałem), może kwestia światła, ale z fotek do rejestru zadowolony do końca nie jestem (za ciemne i niewyraźne). Zajmuje to trochę czasu.


Fot.16. Nasz warsztat pracy w niedzielny ranek…


Fot.17. Jedna z ładniejszych monetek: Pół grosza dla Prus Południowych.


Fot.18. Oprócz monet i guzików zdarzały się i inne „perełki”. Tu: Obrączka z wyrytym wewnątrz napisem „BOG MOIA NADZEJA” (to nie są błędy, tak jest napisane).

Po fotografiach żegnamy się z gospodarzami, jak i z częścią ekipy (kto ma dalej już wyjeżdża. Jeszcze raz wielkie ukłony dla Przemka, który znów do Łodzi wraca przez Opole). Śniadanie sklepowe i ponownie trafiamy na pola objęte terenem akcji. Tym razem chodzimy tam już na zasadzie pobieżnego rekonesansu, bardziej podsumowując działanie i rozmawiając na temat właśnie przeprowadzonej akcji. W końcu i na nas przychodzi pora, musimy zdążyć podrzucić Wiślanina i Miłosza do Radomia na pociąg do Krakowa. Żegnamy się zatem z wszystkimi pozostałymi uczestnikami i wyruszamy w drogę powrotną. Z samochodu dzielimy się już pierwszymi wrażeniami ze znajomymi przez telefon, a jest o czym gadać…

Fot.19. Bardzo ciekawe znalezisko. Przypuszczalnie fragment zdobionego okucia z pochwy szabli lub sztyletu.

Każda akcja daje sporą dozę satysfakcji, jest sprawdzeniem działających mechanizmów i metodyki w terenie, sprawdzeniem samego siebie i etapem w dążeniu do coraz lepszej organizacji. Osobiście uważam akcję za bardzo udaną – zarówno pod kątem merytorycznym, jak i towarzyskim. O elementach do poprawy nie będę pisał, bo to nie miejsce, zresztą zawsze jest coś do poprawienia… i dobrze, bo najgorzej jak osiądzie się na laurach, prawda?

Natomiast chciałbym na koniec oczywiście podziękować… Przede wszystkim Delegaturze WKZ w Białej Podlaskiej za udzielenie nam pozwolenia na poszukiwania i obdarzenie nas zaufaniem. Mam nadzieję, że będzie to przyczynek do innych wspólnych działań. (Raport już jest w opracowaniu, niedługo zostanie przesłany!)… Po drugie wszystkim gospodarzom: Kaśce, Przemkowi, kolegom Dzikom (dziq x 2) oraz Piotrkowi (ceram) za organizację i doskonałe towarzystwo! Po trzecie wszystkim osobom zaangażowanym w poszukiwania w ramach akcji, jak i w pomoc w sporządzeniu raportu i dokumentacji foto! Po czwarte: Gospodarzom z Górek, którzy tak miło i serdecznie nas ugościli! Po piąte: Przemkowi117, Scorpowi i Prospektorowi za fotografie! A na koniec malowniczemu regionowi „Za Łęczną”, który obdarzył nas pięknymi widokami i pogodą, którą w końcu września mogliśmy sobie tylko wymarzyć. Mamy nadzieję, ze jeszcze tam wrócimy! Dzięki wszystkim!


Fot.20. Uczestnicy Akcji Lubelskiej, od lewej (nicki z Forum Pasja-Exploracja oraz ogólnie stosowane): Przemek i Kaśka (gospodarze), SzuchA, Rechot (obserwator), ceram, WILK, dziq 1 (obserwator), KILER, dziq2 (obserwator), na dole: Przemek117 z synem Sławkiem, Uri, Scorp, Papciosmerf (obserwator), Miłosz (syn Wiślanina), Galon, Wislanin, Burza, Lakivis.

(Dziękujemy także naszym wyrozumiałym rodzinom, za to że tolerują nasze dziwaczne weekendowe hobby i pozwalają nam na uczestnictwo w akcjach!).

/Uri/