W ostatni weekend zebraliśmy się w Poznaniu, w zaprzyjaźnionej salce, gdzie kiedyś mieliśmy już nasze Walne Zebranie, na segregowaniu i klejeniu elementów przedmiotów pochodzących z wykopów w Kargowej. Przypomnę, że są to przedmioty wydobyte z odkrytej pod ratuszem piwnicy oraz z przestrzeni pod podłogą jednego z pokojów biurowych, która też kiedyś najprawdopodobniej była pomieszczeniem użytkowym. Część z artefaktów, w tym np. fragmentów naczyń, była już scalana w większe elementy przez naszych kolegów: Przemka117 i Jezusa czyli Roberta (naszą łódzką brygadę; pokazywaliśmy efekty tego czyszczenia i klejenia na naszej stronie). Obecnie mieliśmy możliwość przejrzenia wszystkich wydobytych zabytków i m.in. zweryfikowania czy przedmioty znalezione w głębszych warstwach piwnicy nie stanowią przypadkiem „kontynuacji” czyli nie są elementami większej całości, już wcześniej odnalezionej. Co do części naczyń byliśmy wręcz pewni, że wykopane kawałki ceramiki będą uzupełniać dotychczasowe znaleziska. Były one bowiem tak charakterystyczne, że podobieństwa wychwytywane były na pierwszy rzut oka, zatem niektóre „garnki” zlepione przez kolegów „do połowy” doczekały się teraz szczęśliwego dopełnienia. Poniżej kilka fotografii sprzed kilku miesięcy – widać na nich te same naczynia, które zobaczycie za chwilkę w kolejnej odsłonie ich „reaktywacji”.

Na spotkanie przybyliśmy kilkunastoosobową grupką, jak to w Sakwie bywa, rodzinną. Tym razem w warsztatach dopasowywania i klejenia tych niecodziennych puzzli wzięli udział najmłodsi z naszych rodzin. W sumie nad „skorupami”, całą sobotę i pół niedzieli, przesiedzieliśmy w gronie 8 dorosłych i 4 milusińskich. Ku naszemu zaskoczeniu, dzieci wykazywały największą odporność na zmęczenie i wytrwałość w dopasowywaniu elementów. Byłem pewien, że po pewnym czasie niezbędne będą przyniesione przez rodziców zabawki lub zabezpieczona na tę okazję walizka z papierami, mazakami, klejami itp. atrakcjami. Wręcz odwrotnie. Zabawki i rysunki nie cieszyły się zbytnim popytem. Natomiast naczynia? A jakże!

Usadowiliśmy się dookoła dużego stołu konferencyjnego, przykryliśmy go malarską folią (dobry pomysł Robson!) i wystawiliśmy najpierw na tak przygotowaną powierzchnię znaleziska z pierwszego etapu prac, starając się przy okazji o to, by dopasować najmniejsze okruchy ceramiki do podobnych, co dawałoby jakieś szanse na sklejenie. Nie będę ukrywać, że na samym początku czułem presję chaosu z czasem. Zobaczywszy mnogość woreczków i pudełek z maleńkimi fragmentami „czegoś”, zacząłem odczuwać lekkie przytłoczenie postawionym wyzwaniem. Jednak powoli, systematycznie, a także z pomocą już przygotowanych przez Przemka i Jezusa części naczyń, zaczęła się z tego chaosu wydobywać – jedna za drugą – grupka różnego rodzaju ceramiki. A to cienka, to gruba, a ta w paski, a ta w grubsze paski, ta bardziej żółta niż tamta – pomarańczowa… jedna okopcona w ogniu, druga czysta jak naczynie nigdy nie użyte… Powoli zaczynaliśmy to jakoś ogarniać. Gdy naczynia i ich fragmenty stanęły na stole, rozpoczęliśmy dopasowywanie i klejenie. Praca była niełatwa, ale przyznam – bardzo wciągająca, wręcz uzależniająca, a w momencie przedłużających się kłopotów ze spasowaniem danego elementu – czasem także frustrująca. W takich momentach, przekonaliśmy się, że najlepiej zrezygnować z „trudnego przeciwnika” i zająć się innym. Z czasem zagadki rozwiązywały się same, bo na stole zostawało już mniej kawałków do wyboru.

Naczynia rosły w oczach! To świetne uczucie. Z uratowanych z bezładnej masy ziemi, kawałków cegieł i śmieci stanowiących wypełnienie piwnicy, na nowo powstawało coś, co kiedyś było użytkowym naczyniem, a zostało zniszczone być może około 200 lat temu! Wielka misa (dziś byłaby z pewnością świetnym naczyniem do prezentacji owoców, a czym była kiedyś?), duże i mniejsze garnuszki i dzbany, koło nich talerze i talerzyki. No i spoglądająca na to wszystko z dumą, jedyna nietknięta i wydobyta w całości, patelnia gliniana na nóżkach przypominających kozie rogi. Gdyby mogła nam coś powiedzieć, być może rzekła by: „tak, ten garnek pamiętam. Służył do przechowywania mleka w kuchni…”. Niestety, mimo dzisiejszych zaawansowanych technik poszukiwawczych nie umiemy niestety jeszcze rozmawiać z wykopanymi patelniami. Co nie znaczy, że niemożliwym byłoby zbadanie mikrośladów z ich powierzchni. Na kolejnych fotografiach zobaczyć możecie fazy odbudowy naczyń, w tym kilku tych, których zdjęcia przypomnieliśmy na początku artykułu. Do gigantów należy tu zielonkawy dzban z grubej jasnej gliny, szkliwiony zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz i posiadający na swej powierzchni mnóstwo odprysków. Podejrzewamy, że co najmniej część z nich powstała jeszcze za czasów świetności naczynia. Na niektórych dzbankach ślady pęknięć układają się w taki sposób, że można domyśleć się nawet, w którym miejscu naczynie otrzymało „decydujący cios”.

W sobotę pracowaliśmy nieprzerwanie do około godziny 17-ej, kiedy to zrobiliśmy małą przerwę na spacer z dziećmi i obiad na poznańskiej Cytadeli. Powoli zapadał już zmrok. Po posiłku wróciliśmy jednak na salę i podziwiając kondycję najmłodszych kontynuowaliśmy pracę przez jeszcze około dwie godziny. W końcu jednak przyszedł kryzys, który u nas przybrał formę zamykających się oczu, a u dzieci płaczu i włączenia się trybu „marudy”. Do końca jednak podziwialiśmy formę młodych kandydatów na naukowców, zgłębiających niełatwą sztukę reanimacji naczyń. Gdy na placu boju pozostało kilka osób, postanowiliśmy zrobić przerwę do niedzielnego poranka, a wieczór spędzić jeszcze choć przez chwile na poznańskim starym mieście.

Rano przystąpiliśmy do pracy ze zdwojoną siłą, razem z Kilerem. Zakończyliśmy klejenie ostatnich elementów, pogrupowaliśmy to co pozostało w komplety (tam gdzie było to możliwe) i rozpoczęliśmy numerowanie artefaktów oraz fotograficzne dokumentowanie znalezisk. Praca, która jak się wydaje powinna zająć już tylko trochę czasu pochłonęła ponad 4 godziny. Znaleziska otrzymały numerki, sporządziliśmy „brudno-spis” przedmiotów, policzyliśmy wszystkie sztuki znajdujące się w kompletach i wykonaliśmy ponad 200 zdjęć katalogowych z przymiarem centymetrowym do raportu z badań. Na końcu mieliśmy jeszcze kwadrans by nacieszyć się widokiem całości wykonanej pracy, gdy wszystkie artefakty stanęły w jednej części roboczego stołu. 

Potem już szybko spakowaliśmy co mniejsze rzeczy do torebek strunowych i pudełek i razem ze zbiorem zwierzęcych kości (odpady kuchenne) oraz z większą ceramiką wszystko zostało zapakowane do kapitalnej skrzyni wykonanej przez Przemka 117 ze sklejki, zamykanej na kłódkę i opatrzonej wypalanymi logami Sakwy z napisami „RATUSZ KARGOWA”. Skrzynia, choć wielka, załadowana została po brzegi. Jedynie nieliczne wolne miejsca wypchaliśmy dodatkowo papierem w celu zabezpieczenia artefaktów. Ładunek przypominał wnętrze kontenera lub „tira” dowożącego różne towary do marketu. 

Po zakończeniu prac wybraliśmy się ponownie na zasłużony grupowy obiad, po którym niestety wszyscy rozjechali się do domów. Dwa dni później ustaliliśmy z archeologiem, p. Radosławem Hermanem z firmy Arch-tech z Łodzi, prowadzącym zeszłoroczny nadzór nad badaniami i odpowiedzialnym za końcowy raport, że skrzynia, wraz z dokumentacją fotograficzną oraz z opracowanym spisem znalezisk trafi do niego w najbliższym z możliwych terminie w celu wykonania ostatnich prac podsumowujących, w tym niezbędnych opisów i rysunków. Część drobniejszych znalezisk już znajduje się w jego rękach. W ten sposób pożegnamy się ze skrzynią i jej zawartością, której poświęciliśmy kilka miesięcy. Prawdopodobnie będziemy mieli jeszcze przyjemność uczestniczyć w przekazaniu zabytków i dokumentacji do Lubuskiego WKZ, tak więc na razie ta „rozłąka” nie jest jeszcze ostateczną. No, a potem? Potem mamy nadzieję odwiedzać nasze skarby w muzealnych gablotach wystawowych.

Serdeczne podziękowania za przyjazd do Poznania, na warsztat klejenia ceramiki pochodzącej z badań prowadzonych w 2014 r. w ratuszu w Kargowej, składam kolegom z Sakwy: Kilerowi, Robsonowi i Krisowi i naszym „piękniejszym połowom”: Magdzie, Joli, Ani i ponownie Magdzie oraz niezmożonym dzieciakom Ani i Krisa – Jagódce i Mikołajowi i córkom Joli i Robsona – Kamili i Gabrysi! Jesteście wszyscy wielcy! No, a bez tych sprytnych dziecięcych rączek, zapewne wiele kawałków nie doczekałoby się powrotu na swoje dawne miejsce. Dziękuję także Przemkowi117 i Jezusowi za wcześniej wykonane prace związane z czyszczeniem kości i naczyń oraz pierwszym klejeniem „podzespołów”, no i za przygotowanie niepowtarzalnego opakowania! Ta skrzynia, Przemku, to jest po prostu majstersztyk!!! Dziękujemy wszystkim raz jeszcze i… zapraszamy zawsze na stronę Sakwy, gdzie na pewno będziemy także informować o dalszych losach znalezisk z Kargowej.

/Uri/