Dziś chciałbym się podzielić z szerszą rzeszą naszych czytelników tematem, o którym Członkowie Stowarzyszenia mogli czytać na bieżąco na naszym forum w maju-czerwcu zeszłego roku. Chociaż nie do końca, ponieważ Sakwowicze poznali tylko część zeszłorocznych relacji, więc i dla nich będzie to materiał przynajmniej po części nieznany. Wiem, możecie powiedzieć, że sprawa przedawniona i co to za nowości sprzed roku. Macie po części rację. Ale zawsze pozostaje pytanie: czy lepszy taki „news sprzed 7 miesięcy” czy świeży akapit o trzeciej piersi Dody… A więc do rzeczy. Jako zadeklarowany miłośnik psów, spędzam często wolny czas w terenie – o, dziwo – nie tylko na poszukiwaniach, ale właśnie w towarzystwie mojego czworonoga Jazza, asystenta od kopania dołków 😉 W zeszłym roku wpadłem na pomysł, by aktywność tę połączyć z niewielką dozą rywalizacji i wystąpić w zawodach dog-trekkingowych. By działalność ta przyniosła również „sakwowy” wymiar i przysłużyła się do propagowania naszej działalności, zarejestrowałem się na liście startowej (a potem: zarejestrowaliśmy się, o czym za chwilkę) jako drużyna sakwa.org. W sumie, w 2012 roku wzięliśmy udział w trzech zawodach na terenie województwa kujawsko-pomorskiego i starty te, można śmiało rzec, zakończyły się powrotami z tarczą, a nie na tarczy. O tym wszystkim chcę Wam dziś opowiedzieć…

Pierwsze zawody: Toruń-Barbarka, 28. kwietnia 2012 r.

Długi weekend majowy sprzyja różnym pomysłom terenowym, a że nie zawsze można jeździć bardzo daleko – nad morze czy w góry – postawiliśmy zatem na coś nowego, a tą nowinką, jak już wspomniałem we wstępie stał się dog-trekking. Tak właściwie, to przeczytałem na temat „psich sportów” pewien artykuł w czasopiśmie „Dog & Sport”, które dodano nam kiedyś po prostu do zakupionej karmy dla psa. Najpierw, w zeszłym roku, obejrzeliśmy zawody we Frisbee (dyski) i bardzo nam się to podobało, ale charakter Jazza, bardziej pociągowy (po tatusiu pół-husky) raczej nie nadawał się do tego. Prędkość oczywiście, ale zjadanie talerza nie sprzyjało… Przynajmniej na razie nie odnosimy na tym polu większych sukcesów, ale nie poddajemy się, ćwiczymy… Tymczasem wpadł nam do głowy inny pomysł z tego samego artykułu, który doskonale wpasowuje się zarówno w predyspozycje psa, jak i w nasze „chodzone” hobby, a mianowicie dog-trekking. Poczytaliśmy, prześledziliśmy tematyczne serwisy i okazało się, że to sport dość niszowy, ale nie w znaczeniu „elitarny”, po prostu mało u nas rozpropagowany, natomiast dostępny absolutnie dla każdego, no, oczywiście każdego, kto ma psa Kotom nie polecam (na starcie w Toruniu było 70 psów, więc z punktu widzenia kota nieciekawie). Poszukaliśmy wydarzeń i od razu zdecydowaliśmy się na udział w wydarzeniu organizowanym pod nazwą „Kujawsko-Pomorski Puchar Dog-Trekkingu”. Po pierwsze to były najbliższe w czasie zawody, po drugie – bo było niedaleko (150km) i – po trzecie – Magda, moja żona, nie była nigdy w Toruniu, a to jest bardzo ładne miasto, z bogatą historią, które każdy powinien zobaczyć. I tak oto zrodził się pomysł na nową płaszczyznę łączenia aktywności ruchowej z poznawaniem historii, a o to przecież chodzi.

Zawody toruńskie rozegrane zostały na tzw. Barbarce, gdzie znajdują się rozległe lasy, jest też szkoła leśna, a pod względem historycznym, jest tu kilka miejsc związanych z martyrologią, w tym głównie pochodzących z okresu II WŚ., kiedy to Niemcy wywozili tu mieszkańców Torunia na masowe egzekucje (m.in. obsadę fortów Torunia). Obecnie jest to atrakcyjne, zróżnicowane pod względem upraw leśnych i ukształtowania terenu miejsce, popularne wśród Torunian, nadające się doskonale na imprezy terenowe.

Myśleliśmy, że się spóźnimy na start, ponieważ przyjechaliśmy co najmniej 1,5h po rozpoczęciu odprawy weterynaryjnej (sprawdzanie szczepień, chipów itp.), ale byli i tacy, którzy przyjechali na sam koniec, 5 minut przed faktycznym startem. Zdążyliśmy zatem wszystko pozałatwiać, pobrać pakiety uczestnika (koszulka, rogal słodki, butelka wody) i spokojnie się rozejrzeć… Biuro zawodów mieściło się w dwóch rozstawionych zadaszeniach (Wojtek, nasz syn, z plecakami na pierwszym planie):

Na pół godziny przed startem zaprezentowano mapy wzorcowe z zaznaczonymi punktami kontrolnymi, które trzeba było znaleźć w terenie. Towarzystwo ruszyło do odpisywania map. Każdy dostał swoją kopię mapy, na której należało sobie zaznaczyć punkty kontrole (ściągnąć z mapy wzorcowej). Organizatorzy przysolili ostro, bo aż 16 punktów kontrolnych (PK) na 25 km trasie (dystans średni, zwany „MID” i dla kategorii rodzinnej, a więc naszej). Na szczęście nie należało zdobywać punktów po kolei, można było dowolnie zaplanować swoją trasę, so jest ważnym z punktu widzenia taktycznego momentem całej zabawy. Uczestnicy podczas odpisywania map:

Do kategorii rodzinnej przystąpiło 11 ekip, z czego część to wyjadacze, których nazwiska widywałem na zestawieniach wyników zeszłorocznych zawodów… Na szczęście byli też tacy debiutanci jak my, co zdecydowanie poprawiło nam humor. Tuż przed startem odbyła się odprawa techniczna (podanie wszystkich najważniejszych zasad zaliczenia trasy itp). Z prawej moja rodzina, w tym główny zawodnik, czyli Jazz):

Zawodnicy (to znaczy psy) oraz ich opiekunowie zebrali się dookoła i stanowili fajną mieszaninę ras, wieku… wszystkiego i to mi się bardzo spodobało, ponadto prawdziwie piknikowa, rodzinna atmosfera, bez atmosfery napiętej rywalizacji – po prostu piknik i relaks, czyli to, czego tak bardzo nam wszystkim potrzeba:

Upał był nieziemski. Większość psów, w tym i Jazz, już przed startem miało języki do ziemi. Nasz – choćby przez dwuipółgodzinną jazdę samochodem (z czego 40 minut przez Toruń)… Nie zdziwiło mnie zatem, że zanim doszliśmy do jakiegokolwiek PK, Jazz zwęszył pierwszy strumień (uszliśmy może 400 m) i już nie chciał z niego wyjść:

Wkrótce jednak ruszyliśmy z kopyta. Już po chwili widać było, że wiele osób ma w ogóle problemy z nawigacją (tą w błędniku, inna jest niedozwolona), bo spora grupka rozkraczyła się już na pierwszej krzyżówce. Wzdłuż strumyka dotarliśmy do pierwszego punktu, a stamtąd szliśmy już sami. Szczerze powiedziawszy czekałem na tę chwilę, bo chodzenie w tłumie mi się nie uśmiecha. Drużyny wybierały drogę po swojemu, więc na trasie nie było żadnego ścisku, a ludzi z psami można było spotkać w różnych miejscach późnej w lesie. I to jest to. Dotarliśmy do PK3:

Jak widzicie kontrola na PK polegała na przepisaniu z naklejonej gdzieś na drzewie kartki pewnego symbolu na swój formularz mapy. Na dodatek trzeba było to zrobić kredką określonego koloru, zamieszczoną w foliówce, przy punkcie. To po to, by ktoś nie próbował odpisać od kogokolwiek znaku z jakiegoś PK. Mały odpoczynek na trasie, w okolicach punktu nr 5:

Tu spotkaliśmy kilka grup uczestników. Niektórzy pędzili szybciej, ale to ci na dystansie FITNESS (10km), co oznacza w tych zawodach sprint, a niektórzy wolniej jak my… Najwolniej przemierzają oczywiście zawodnicy dystansu LONG (z reguły jest to nawet 50km), ale śmiałków do tego dystansu wraz z gotowymi na to psami, jest dwóch, czasem trzech… Tu grupa sympatycznych kundelków z Bydgoskiego Schroniska z właścicielkami (tez sympatycznymi):

Zmieniamy kierunek na bardziej północny i dochodzimy ponownie do strumienia. My przechodzimy po kładce… a Jazz wybiera oczywiście drogę dołem. Tu, na fotce, ma taką minę jakby chciał powiedzieć: „Tu jest fajnie, nie wiem jak Wy, ale ja tu zostaję!„:

Mijamy kolejne punkty (7 i 8), w tym pierwszy ulokowany przy mostku, gdzie można ponownie schłodzić psa. Jazz kombinuje jak może, pokazując nam zmęczenie, ale podpuszczony do biegu przed PK8 śmiga jak wystrzelony z procy, więc wiem, że ma jeszcze spory zapas sił. Jakiś czas idziemy bitą drogą, a kolejny PK (12) ukryty jest przy harcerskim pomniku. Trochę nam schodzi na szukaniu, ale go znajdujemy. Kolejny jest jeszcze lepiej ukryty. To tunel pod koleją i jednocześnie skrzyżowanie dróg. Sporo miejsc do ukrycia. Szukamy nawet daleko w lesie, a okazuje się, że trzeba było wejść na wierzch torowiska (nad tunel), bo kartka została umieszczona tam wysoko. Wczołguję się zatem z Jazzem na górę. Kartka jest cala… podziobana przez ptaki. Być może chciały dostać się do apetycznej żółtej kredki świecowej :

Na szczęście symbol do przepisania był nietknięty i mogliśmy zaliczyć ten „dziobnięty” punkt kontrolny. Przez chwilkę idziemy główną szosą, by przekroczyć most na rzeczce, ale zaraz potem znów jesteśmy w lesie… Wojtek pyta: Kiedy robimy postój? Jazz – jakby na to czekał – od razu padł, jak zastrzelony, z głową przy ziemi w miejscu wyschniętej kałuży…

Po kilku tego typu przerwach dochodzimy do wniosku, że przy tej pogodzie musimy szanować psa – ma on ewidentnie dość sportu na dziś. Modyfikujemy zatem trasę, by opuścić trzy najdalej odsunięte od nas PK. 13 z 16 to i tak wiele, biorąc pod uwagę upał i nasz debiut i pierwszy tak długi spacer Jazza w jego krótkim życiu. PK 13 to słusznie oznaczony akurat trzynastką punkt, ponieważ jest dość trudny do zlokalizowania w lesie (słabo widoczna droga trawiasta wzdłuż leśnej drogi głównej (na mecie okazuje się, że nie tylko my mieliśmy z tym problem). W końcu namierzamy 13-tkę. Wojtek łapie chwilę relaksu w cieniu drzewa, na którym widnieje kartka PK:

Kolejny punkt (ozn. 6) to leśne uroczysko będące miejscem pamięci wymordowanych mieszkańców Torunia (X, XI i XII 1939 r.; detale na tablicy pamiątkowej na zdjęciu). Aż nie chce się wierzyć, że tak piękne miejsce mogło być światkiem tak okrutnych wydarzeń:

Odpoczywamy chwilkę na murku, przy pomniku… Widać, że sporo ludzi z Torunia przyjeżdża tu rowerami i samochodami w celu spaceru dobrze utrzymanymi ścieżkami… Nie chce nam się iść dalej… Głównie Jazzowi…

Teraz jeszcze do PK10… Tu Jazz kopie sobie na ochłodzenie spory dołek w ziemi…

Chwilkę później punkt nr 2 i długi odcinek do Barbarki, gdzie organizatorzy czekają na nas na mecie. W samej Barbarce zaliczamy jeszcze jeden PK (16), który specjalnie zostawiliśmy sobie na „deser” i po raz ostatni chłodzimy psa w wodzie (strumienie były na trasie zbawienne: brawo organizator!):

Zdajemy mapę (jest to moment dokumentujący zakończenie marszu i chwila pomiaru czasu. Okazuje się, że na razie jesteśmy pierwsi zarówno spośród rodzin, jak i w kategoriach MID w ogóle. Zaliczamy napoje i lody na mini molo przy pobliskim jeziorku, potem dowiadujemy się, że druga rodzina dotarła, ale ma aż 7 niezaliczonych PK (my 3). Nie możemy niestety dłużej czekać na kolejnych uczestników i wyniki, ponieważ planujemy jeszcze zaczepić o Toruń. Żegnamy się z organizatorem, który żartując mówi: „jeśli będziecie na podium to poinformujemy” Wsiadamy i odjeżdżamy nie czekając na pozostałych uczestników…

W Toruniu po standardowym marszu po starówce oraz wzdłuż murów (krzywy dom wciąż stoi, spoko), Magda z Wojtkiem ustawiają się w kolejce tak długiej, jak za komuny, po lody… Ale warto… Pycha, a porcje słuszne. Polecamy…

Jeszcze tylko rzut oka na ratusz…

… i można wracać. Po drodze rozpatrywaliśmy w dyskusjach rożne elementy organizacyjne zawodów itp. Między innymi rozmawiamy o możliwym kolejnym starcie… (Sępólno Krajeńskie; za 2 tygodnie)… Fajna sprawa. Taki sport przypadł nam do gustu. Nie wszystkim w takim samym stopniu, bo Jazz miał ewidentnie dość, ale on akurat nie rozpatrywał już ani za, ani przeciw – zasnął jak kamień. Zresztą jak i pozostała część ekipy… Po dwóch dniach zmieszczono wyniki udziału… No i Jazz zdobył… 5 miejsce! (w kat. rodzinnej). Rewelacja. Zyskaliśmy dobrym czasem. Żadna z drużyn, nawet wyjadacze, nie zdobyła wszystkich PK. Wszystkie drużyny z miejsc 1-4 miały po 2 opuszczone PK, a my 3 i świetny czas, więc generalnie start debiutancki należy uznać za bardzo udany. Zestawienie wyników, w tym klasyfikacja drużynowa, poniżej (zobaczcie nasz czas, hehe, i kto tu jest wyjadaczem 🙂 ). W drużynowej oczywiście nie mieliśmy szans, bo dla wielu ekip na jedno konto pracuje więcej psów i ich opiekunów startujących w danych zawodach:

01_dogtrek_torun_wyniki

Po powrocie postanowiliśmy, że na kolejnych zawodach będziemy uczestniczyć w koszulce Sakwy… Jak promocja, to promocja

Drugie zawody: Waganiec, 26. maja 2012 r.

Zanim wyruszyliśmy na drugie zawody, spotkałem się kilka razy z naszym kolegą ze stowarzyszenia, Wojtkiem (Rechotem) i razem z naszymi psami zaliczyliśmy kilka treningów. Psy na dobre oswoiły się z uprzężami i szły równo jak renifery Mikołaja. Moja rodzina tymczasem odmówiła uczestnictwa w zawodach w Wagańcu (koło Nieszawy, nad Wisłą), więc byłem zmuszony wystartować w kategorii indywidualnej. Rechot zaś zwerbował syna, Marcina, dzięki czemu stanowili drużynę spełniającą wymogi kategorii rodzinnej. Po raz pierwszy, w sakwa.org wystartowały więc dwie ekipy zbierające punkty dla jednej „stajni”.

Waganiec jest małą wsią posadowioną na lewym brzegu szerokiej Wisły. Punktem startowym była polanka koło zabytkowego, XIV-wiecznego kościoła. Jest to malownicze miejsce. Kościół stanął na szczycie wyróżniającego się w krajobrazie wzgórza morenowego, skąd rozlega się szeroki widok, z jednej na pola, z drugiej zaś strony na dolinę Wisły i leżące za nią lasy (arena zawodów). Miejsce startu:

1_kosciol

Powoli zaczynają się zjeżdżać uczestnicy… Jest już drużyna bigli:

2_bigle

No i przyjechała Nuka, to znaczy przyjechał Rechot z Marcinem i Nuką (labradorka, mama mojego Jazza). Pora wysiadać z bagażnika…

3_nuka_bagaznik

Biuro tym razem zostało praktycznie zminimalizowane do małego stoliczka pod rozkładanym daszkiem wystawowym:

4_biuro

Wyróżniającą się uczestniczką zawodów jest Kraksa. Jej imię pozwala domyśleć się co było powodem utraty władzy w tylnych kończynach. Na szczęście Kraksa spotkała na swej drodze odpowiednich ludzi, którzy dali jej nowy sposób poruszania – wózek. Kraksa jest jedną z najdzielniejszych zawodniczek, a po zawodach, nawet po wyprzęgnięciu z wózka, zawsze wiernie czołga się za swoją Panią. Byliśmy pod wielkim wrażeniem tego psiaka (pozdrawiamy)… Kraksa wystartowała na dystansie LONG, który w Wagańcu miał 30km. No i… wygrała! Może ma też jakiś dodatkowy napęd??? 😉

5_kraksa

A pod kościołem coraz większy tłok chętnych do startu w zawodach…

7_kosciol_auta

Wykorzystując chwilkę czasu wchodzimy też do środka tego zabytkowego obiektu, by przez chwilkę popodziwiać jego drewniane wnętrze. Ołtarz:

6_otarz

Powoli wszyscy zaczynają przygotowywać się do startu i do odprawy zawodników.

8_zbiorka

Oto drużyna sakwa.org przed startem (od prawej: Nuka, Rechot, Marcin, Jazz i Uri):

9_sakwa_team

Startujemy. Pierwszy odcinek to dla nas czasówka. Chcemy jak najszybciej załapać się na prom na drugą stronę Wisły. Kolejność odnajdywania punktów kontrolnych jest jak zawsze dowolna, możemy najpierw zostać na tym brzegu lub płynąc na drugi. Wybieramy tę drugą opcję i do promu, dzięki podbieganiu, zyskujemy kilka minut przewagi.Dwaj goście przed nami to nie nasza konkurencja. Startują na dystansie LONG. Potem żałowaliśmy, że nie zapisaliśmy się na długi dystans, bo nasz MID miał tu tylko 15km i przebiegł zdecydowanie za szybko.

10_jazz_nuka_start

Drugi punkt kontrolny położony jest w uroczysku leśnym, nad ukrytą w gęstwinie rzeką. Most, który tutaj stoi walczy z próchnicą i trzyma się siłą woli. Jazz zażywa kąpieli. To jego ulubiony element zawodów 🙂

11_most_pk5

12_jazz_w_rzece

Punkty kontrolne na trasie są tym razem usytuowane w dość łatwych miejscach. Tu Rechot odnajduje kolejny z nich:

13_pk

Gdy tylko ktoś znajdzie się w przodzie, pies zostający z tyłu zaczyna holować i starać się odzyskać pozycję na przedzie. Teraz holuje Jazz:

14_jazz_holuje

Okolice PK nr 10. Widać jak mijamy drużyny, które wybrały inną kolejność zaliczania punktów. Ludzie poruszają się w rożnych kierunkach, tak jakby zabłądzili:

15_kolo_pk10

Ostatnia prosta prowadząca z powrotem w kierunku Wisły, to najpierw odcinek asfaltu:

16_asfaltem

A potem, będąca jego przedłużeniem polna droga, na której mijamy znajomo wyglądającą grupkę uczestników… Przez chwilkę zastanawiamy się czy nie zawrócić i pójść z nimi, ale… jednak kontynuujemy zawody 🙂

17_grupka_schr

Dochodzimy do rzeki, skręcamy w prawo, w kierunku przystani promowej i usytuowanego po drodze, ostatniego na tym brzegu punktu kontrolnego. Za Wisłą widać wzgórze, na którym stoi kościół w Wagańcu, gdzie startowaliśmy:

18_wisla_kosciol

Punkt kontrolny przyczepiony do pnia wierzby na brzegu Wisły (numer widoczny: 7, a do przepisania na kartę uczestnika symbol „SK” należy nanieść kredką zamieszczoną w foliówce w punkcie kontrolnym:

19_pk_wierzba

Teraz już tylko złapać prom, więc znów podbiegamy wzdłuż rzeki… (zawsze podbiegamy, gdy widać, że nas ktoś goni, to jest ciekawe 🙂 )

20_do_promu

Czas przy promie jest notowany i odliczany. Mamy zatem czas na kąpiel, z czego Jazz korzysta skwapliwie. Na twarzy ma ewidentne zmęczenie, a jęzor do muszki. W tle widać już zbliżający się prom.

21_jazz_prom

Na promie – mieszana menażeria uczestników zawodów…

22_na_promie

23_na_promie

Po zejściu z promu czas zostaje ponownie zanotowany dla każdego uczestnika i prujemy w stronę mety, która jest w tym samym miejscu. Wydaje się, że jesteśmy już prawie u celu. Opuszczamy Nieszawę:

24_z_nieszawy

Gdy droga zaczyna wydawać się prostą to jest to tylko ułuda 😉 – przedostatni PK okazuje się być ukryty w zarośniętym różą i tarniną wąwozie. By tam dotrzeć przedzieramy się przez okrutne chaszcze. Spotykamy kilka zaplątanych w gałęzie ekip. Wszyscy klną i szukają punktu. W końcu udaje mi się go namierzyć. Praca okazała się niepotrzebną i zgubną. Dała nam oczywiście sporo satysfakcji, bo na końcu okazało się, że ów punkt (PK nr 2) znalazły tylko 2 ekipy. Zguba polegała na tym, że na końcu okazało się, że organizatorzy pominęli ten punkt w rozliczeniach, ponieważ był za trudny. Cóż z tego, gdy straciliśmy na niego dobre 20 minut, a to potem okazało się decydujące w ostatecznej klasyfikacji, o czym poniżej. Wołam resztę drużyny i zmierzamy w stronę kościoła. Na moment obchodzimy go z drugiej strony, gdzie znajdujemy zostawiony na koniec PK nr 1, ulokowany w krzewach, przy figurze, na krzyżówce dróg.

25_pk1_rechot

Stąd pięć minut do mety. Nuka otrzymuje zasłużoną wodę (nie, to nie lody, choć zapewne nie miałaby nic przeciwko). Na marginesie: pudełko od lodów to świetny patent na lekka miskę dla psa na trasie marszu:

26_nuka_algida

Kolejne ekipy rejestrują swe przybycie na metę:

27_na_mecie

Odpoczynek przed wejściem do zabytkowego kościoła w Wagańcu:

28_pod_kosciolem

Biuro w warunkach polowych dokonuje trudnych obliczeń, w których należy odliczyć dla każdej drużyny i każdego zawodnika czas, spędzony na promie. Trudno ustrzec się pomyłki…

29_obliczenia_czasow

Jazz odpoczywa pod drzewem…

30_jazz_przy_drzewie

A Nuka… śpi pod samochodem…

31_nuka_pod_autem

Zbliża się moment wręczania nagród. Czasy już policzone… Nasi też czekają. Mój czas w kategorii MID (solo) nie jest istotny (piąte miejsce, poza pudłem), ale „Rechoty” mają duże szanse…

32_czekanie_na_nagr

No i stało się. Rechot i Marcin odbierają nagrodę za pierwsze miejsce w kategorii MID, rodzinna!!! Gratulacje!!!

33_wreczanie

Laureaci z dyplomem i nagrodami:

34_laureaci

Na drugi dzień okazuje się, że czasy zostały jednak źle policzone i różnicą… uwaga… 1 minuty… nasi przegrali jednak pierwsze miejsce z drużyną Artefaktu (teraz rozumiecie jaki sens miało szukanie przez 20 minut punktu, który i tak nie został ostatecznie nikomu wliczony). Nazwa drużyny konkurencji (Artefakt) pozwala jednak szybko wybaczyć :). Tak więc drugie miejsce. Wielki sukces, przy pierwszym starcie!

Wracając do Poznania jedziemy najpierw do „letniej rezydencji sadowniczej” Rechota, gdzie ucztę dla mistrzów przygotowała Wioletta, żona Rechota (na fotce po lewej). To było zwieńczenie tego świetnego dnia. Pycha… Rechot chyba już śpi na siedząco:

35_w_sycewie

No i nareszcie domu. Zawodnik padł:

36_jazz_w_domu

Na koniec tabele wyników. Kategoria rodzinna, wielka chwała zawodnikom Sakwy! Jedna minuta do zwycięzców, ale wyraźnie zaznaczony punkt kontrolny nr 2 – zaliczony. I to się liczy, satysfakcja olbrzymia!!! 650 punktów dla sakwa.org 🙂

waganiec_rodzinna_nuka

No i ja też coś dorzuciłem do sakwowej sumy (580 pkt). Przy okazji zachęciło mnie to do przyszłych startów solowych. Zawody w tej kategorii wygrali koledzy z Sochaczewa, z którymi niedługo później stoczyliśmy ciekawą rywalizację w Grudziądzu (o czym napiszę w trzeciej części relacji):

waganiec_mid_jazz

Waganiec okazał się rewelacyjną areną zawodniczą. Tereny „za Wisłą”, czyli po jej wschodniej stronie, to wielki, niezabudowany obszar leśny, gdzie spotyka się mało ludzi (tylko zawodnicy, hehe). Polecam jako miejsce rekreacji. Można też zahaczyć o to miejsce planując przeprawę przez Wisłę w Nieszawie, na jakiejś dłuższej trasie. Prom kursuje w linii drogi publicznej, a jego przystań znajduje się w samej Nieszawie. Na drugim brzegu praktycznie… nie ma nic. Tylko lasy.

Trzecie zawody: Grudziądz, 1. czerwca 2012 r.

No i tak się w sumie stało, że do Grudziądza pojechałem sam. To znaczy z jazzem, oczywiście, bo inaczej nie spełniałbym kryteriów zawodów, chyba że pobiegłbym na 4 łapach 😉 Rechot pomylił dni, w sumie mógł pojechać – zgadaliśmy się telefonicznie dopiero jak już jechałem na start – ale zdawało mu się, że to jest w inny dzień. Rodzina natomiast stwierdziła, że taki kawał to im się jechać nie chce, wolą odpocząć. Wolna wola, jasna sprawa. Zapakowaliśmy się zatem w dwójkę i dojechaliśmy na miejsce na 5 minut przed startem. Nie miałem zatem czasu w ogóle na to, by robić jakiekolwiek fotki na początku imprezy. Nie wiem jak dałem sobie z tym razem, ale jakoś przepakowałem plecak by było w nim to co potrzebne w trasie, poleciałem odrysować mapę (zero czasu na zorientowanie się co i gdzie jest, to jest fatalne, zawsze wolę mieć z pół godzinki na jakąś strategię, a tu – nic). Jak już wszyscy stanęli na linii startu (tym razem profesjonalna dmuchana brama, jak przy maratonach, zegar elektroniczny, normalnie bajery…), to… lunęło! I to srogo. No, tak. Piękny start. Zero znajomości mapy, woda na głowę, pies się kręci bo się do tej pory nie załatwił, na dodatek wokół sto innych psów, więc chce nawiązywać znajomości… na szczęście, po ogólnej galopadzie z tłumem przez pierwsze 200 metrów, stanąłem z boku pod drzewem. Ja w celu obejrzenia mapy a Jazz – wiadomo. Kilka konsternacji na złożonych krzyżówkach, kilka rozbieżności – mapa sprzed dziesięcioleci, a wokół nowe drogi i zabudowa, której tu kiedyś nie było. Ale o tym mówił organizator na odprawie, by mieć oczy wokół głowy – taki element zabawy. Po kilkunastu minutach i pierwszym punkcie kontrolnym wybieram już własną ścieżkę na orientację, niebo rozjaśniło się i wlał się w serce ogrom optymizmu. Pierwsze punkty kontrolne są dobrze pochowane. Udaje się namierzyć drugi, a potem widzę spore wyzwanie. Trzeci jest cholernie daleko, a by do niego dotrzeć kroi się wielkie obchodzenie bagien lub jakichś innych podmokłych terenów – tak mówi do mnie mapa, ale wiem, że ona jest stara. Zestawiam kilka faktów ze sobą: stara mapa, tereny może kiedyś były podmokle, może teraz nie są, może je zmeliorowano… Na dodatek widzę jakąś kropkę w środku tego terenu, która, gdyby była gdzieś indziej, głowę bym dał, że oznacza domostwo. Ale w środku moczarów? Decyzja zapad szybko: walę w środek tego obszaru. Kilka prób spełza na niczym, ale w końcu uczepiam się jakiejś zarośniętej leśnej drogi, która kluczy i w końcu wychodzi na to domostwo, którego nie byłem pewien. Bingo. Od domu prowadzi już ekstra droga (nie ma na mapie) na przeciwległą stronę, a na jej końcu dostrzegam rów, przy którym – jak byk – wisi kartka z punktem kontrolnym. Bingo podwójne. Zyskaliśmy sporo. Czas na pierwszą fotkę, bo to ważne miejsce:

1_jazz_pk_za_bagnami

Teraz warto przyspieszyć. Mając sporo przewagi, warto powalczyć. Część odcinków zaliczamy zatem biegnąć. Dopiero za jakiś czas mijamy pierwszą drużynę, zmierzającą w przeciwną stronę. Oczywiście to nic nie znaczy, bo nie wiem ile punktów już oni zaliczyli… Potem mijamy też drużynę z terierami:

2_mijamy_foxy

Tak jak w Wagańcu, stwierdzam, że na tempo najlepiej wpływa konkurencja. Na długiej prostej w lesie słyszę jak biegnie za mną ktoś, kto również startuje w kategorii indywidualnej. Nie wiem na jakim dystansie, ale zasuwa ostro. Próbujemy dotrzymać tempa, ale gość jest wytrawnym biegaczem i w końcu jest już z przodu. Prawie razem dobiegamy do kolejnego punktu…

3_jazz_w_pk

Następna część trasy wiedzie przez pola. To znaczy ja sobie tak wytyczyłem kolejny odcinek, by nie nadrabiać głównymi drogami bitymi. Koleś „szybkobiegacz” popędził w innym kierunku. Czasem na takich zawodach mam wrażenie, że jest to jakieś współzawodnictwo chorych psychicznie – wszyscy biegną w inną stronę, jakby nie wiedzieli gdzie jest meta 🙂

4_jazz_pola

Po przejściu przez wieś odnajduję krzyżówkę, przy której powinien być PK nr 5. Tracę tu sporo czasu, ale ewidentnie punktu nie ma. Przychodzi dwóch zawodników. To dobrzy znajomi z Sochaczewa, których pamiętam z Wagańca (wspominałem wyżej). Razem zastanawiamy się co z tym punktem. Dochodzimy do wniosku, że go chyba w ogóle nie ma. Jazz też wypatruje co będzie dalej…

5_jazz_rozstaje_gdzie_pk5

Rozstajemy się z napotkanymi zawodnikami. Ja udaję się drogą na północ, oni na zachód. Jeśli się nie mylę – tak sobie kalkuluję – to mają oni podobną trasę do przebycia w kierunku mety. Traf chciał, że wybrana przeze mnie droga dochodzi po kilkuset metrach do kolejnej, bliźniaczo podobnej krzyżówki i wybałuszając ze zdziwienia oczy stwierdzam, że widzę tam PK nr 5, którego szukaliśmy dopiero co. Wyjaśniła się zagadka. Po prostu punkt został źle naniesiony na mapie. A tu wisi sobie spokojnie, razem z kredką. Chyba nikt ją jeszcze dziś nie pisał, hehe:

6_jest_pk5

Mając „piątkę” zaliczoną, od razu krystalizuje mi się plan. Mam do zaliczenia jeszcze trzy punkty w północnej części terenu. Pruję zatem główną asfaltówką na północ, by w jak najprostszy sposób znaleźć się w odpowiednim sektorze. Po drodze mijam samochód organizatora. Pozdrawiamy się – ja machnięciem, on mrugnięciem światłami, ale na zatrzymywanie się czasu nie ma. Pogadamy na mecie. Biegnie mi się świetnie. jazz zaczyna reagować na nowe komendy, które udaje się wypracowywać w biegu. Na „biegniemy biegniemy” daje susa do przodu, a na „hoooo” (jak w przypadku koni i reniferów Św. Mikołaja) zwalnia lub staje. Rozumiemy się coraz lepiej. Kolejny punkt jest przy asfalcie, a dalej poruszam się labiryntem prostopadłych leśnych przecinek. Przed przedostatnim punktem skręcam w długą leśną drogę i za sobą dostrzegam sochaczewską dwójkę. Są za mną jakieś 300 metrów. Wiecie co się wtedy dzieje, nie? Adrenalina rośnie w żyłach, a zmęczenie znika. Biegnę ja, ale biegną i oni. Zabawa na całego. Teren jest nieco pofałdowany, więc dochodząc do punktu i widząc już go z daleka, z prawej strony, robię manewr mylący – znikając za małą moreną idę ewidentnie w lewo, by potem, już nie na widoku odbić w prawo do punktu. Nie wiem czy na coś się to zdało. Sam się z siebie śmieję – niezła konspiracja. Grunt, że udaje mi się spisać punkt i zniknąć w prostopadłej drodze zanim grupka pościgowa wyszła na morenę. Od tej pory specjalnie kluczę raz w lewo, raz w prawo, by nie złapać z nimi kontaktu wzrokowego. To umacnia psychicznie uciekającego zawodnika, a osłabia pogoń :). Ostatni punkt kontrolny jest już blisko ośrodka, z którego startowaliśmy. Spisuję oznaczenie i pruję biegiem na metę. Mamy niewielką przewagę, czuję to. Ponadto, nie widząc goniących, nie wiem jaką drogą się udali i czy nie zaskoczą nas jeszcze tuż przed metą, wychodząc z jakichś bocznych krzaków. W końcu jest. Widzę żółto połyskującą dmuchaną bramkę mety i świecący intensywnie zegar. Mamy dobry czas. Okazuje się, że przewaga nasza nad „ścigantami” wyniosła 4 minuty.

9_meta_zegar

Pora na zasłużony odpoczynek, przekąski, miskę i rozmowy z zawodnikami. Nie znam jeszcze tych ludzi tak dobrze, jak niektórzy w tym towarzystwie znają się nawzajem, ale atmosfera jest świetna. Adrenalina rywalizacji już opadła i teraz razem z Sochaczewianami śmiejemy się już do siebie i rozmawiamy o dziwnym punkcie nr 5. Organizator przyznaje, że punkt był mylnie wpisany na mapę, ale będzie on z tego powodu w ogólnej klasyfikacji odjęty. Jazz leży i cieszy się z tymczasowej miski.

7_jazz_algida

Przychodzą kolejni zawodnicy, w tym z dystansu LONG, z którym kiedyś muszę się zmierzyć. Biorąc pod uwagę, że samemu wyznacza się trasę miedzy punktami i idzie się na azymut, długość trasy wydaje się względna. Można ją znacznie wydłużyć, ale można też znacznie skrócić przez dobrą taktykę i rozpoznanie terenu.

9_meta_zegar

Tym razem odczekaliśmy aż przyjdą wszyscy zawodnicy i już zupełnie po ciemku uczestniczyliśmy w uroczystości wręczania nagród i dyplomów. No i był to dla nas miły moment, bo Jazz po raz pierwszy stanął na pudle! Trzecie miejsce w kategorii MID solo to jest już coś (600 pkt dla sakwa.org). Gdybym mógł tak się cieszyć jak Jazz z nagród-smakołyków, to pewnie bym bardzo mocno merdał :). Wyjeżdżamy już zupełnie po ciemku i w Poznaniu jesteśmy bardzo późno. Jazz jeszcze drugiego dnia wydawał się nie do użycia…

15_jazz_pi_gowa

Jako ze zasłużył sobie na odpoczynek, to nawet mocno nie strofowaliśmy za takie nadużycia jak to:

11_jazz_ko

W końcu odespał i mógł zapozować do zdjęcia z dyplomem:

13_jazz_dyplom

Gdy odpoczął na hasło „jedziemy na zawody” już skakał z radości, regeneracja u psa następuje bardzo szybko, a w miejsce zmęczenia od razu pojawia się ekscytacja nową, możliwą przygodą. Ale na tych zawodach nasze przygody w 2012 roku się skończyły, na kolejne nie było czasu, a szkoda. Mam zamiar odrobić te zaległości w tym roku. Zachęcam kolegów ze stowarzyszenia do wzmocnienia ekipy sakwa.org i wystartowania w tym roku na którejś z planowanych tras. Daty ogłaszane są na portalach tematycznych, wystarczy wpisać Polska Liga Dog-trekkingu i na pewno z łatwością namierzycie kalendarz imprez, który mam być dopięty do końca lutego. A od marca już zawody. Mam nadzieję, że tego typu relacja, z innej niż poszukiwawcza, ale również terenowej zabawy, choć trochę Wam się spodobała. A może zainteresowałem Was nowym hobby? Kto wie…

12_my

Dziękuję Magdzie, Wojtkowi, Rechotowi i Marcinowi za towarzystwo na zawodach w Toruniu i Wagańcu. Mam nadzieję, że w tym roku też wystartujemy ku chwale Sakwy i po prostu – by się poruszać i coś przeżyć. Psom dziękuję za to, że… są!

grudziadz_mid_jazz

/Uri/