Czasami pewne tematy dojrzewają niczym dobre wino. Tak było z nami w przypadku Ptkanowa. Ponad rok temu, po pierwszych oględzinach, już wiedzieliśmy, że temat chodź trudny organizacyjnie jest bardzo ciekawy, ze względu na Templariuszy, z którymi to miejsce jest związane, starymi rysunkami umieszczonymi w murach kościoła i z tajemnymi znakami i literami, starą ponad 50 metrową tajemną studnią  i sekretnymi lochami, o których opowiadali nam mieszkańcy. Wciągnął nas Ptkanów swą ukrytą historią, ciszą która wokół kościoła uderza w uszy, jak też jakimś odczuciem, że nie przypadkowo tu trafiliśmy.

Ponad rok czasu trwało zebranie wszystkich dokumentów i dokonanie ustaleń, które pozwoliłyby nam na przeprowadzenie akcji poszukiwawczej związanej z zakopanym pomieszczeniem i tajemniczym tunelem. Po uzyskaniu zgody sandomierskiego WKZ i ustaleniu terminu z księdzem tutejszej parafii, spotkaliśmy się jak zawsze u Dawida (Prospector) na wieczornej naradzie. Cel był jeden: odkopać wejście do lochu znajdujące się zasypanym gruzem pomieszczeniu. Przygotowania do akcji trwały prawie 3 tygodnie i obejmowały załatwienie bardzo dużej ilości sprzętu, którego do tej pory nie używaliśmy, takiego jak: olbrzymiej pompy powietrza, miernika wielogazowego, masek tlenowych, skafandra oraz butli tlenowej do nurkowania, które miały chronić nas przed niebezpieczeństwem czyhającym w powietrzu oraz lin, wiader, czekanów i lamp ledowych, które miały nam pomóc w odgruzowywaniu pomieszczenia.

 

Po przybyciu na miejsce zaczęliśmy rozkładać sprzęt rozmawiając przy okazji z kościelnym i mieszkańcami okolicznych wiosek. Każdy z nich wspominał o wejściu do lochów, które jako dziecko odwiedzał. Obiekt, którym byliśmy zainteresowani to stara piękna dzwonnica, w której wedle legend znajduje się zasypane wejście do lochów. By pozbywać się nadmiaru ziemi otrzymaliśmy wóz drabiniasty, na który przez okno wyrzucaliśmy wiadrami urobek, a potem siłą naszych rąk przepychaliśmy wóz na pobliską łąkę.

Podczas przeszukiwania ziemi odnaleźliśmy wiele fragmentów starych butelek jak też i potłuczonych ceramicznych naczyń, wszystkie one znajdowały się w około trzydziestocentymetrowej wierzchniej warstwie gruzu, pod którą była już tylko sama czysta ziemia.

Pracowaliśmy w podziałach podzieleni na grupy, zadaniowo, zmienialiśmy się obowiązkami mając nadzieje, że z każdym wypełnionym wozem zbliżamy się do wielkiego odkrycia. Podczas przerwy obiadowej, dzięki uprzejmości pobliskiego gospodarza, zostaliśmy zawiezieni bryczką do sklepu spożywczego. Podróż była niesamowita, tak samo jak opowieści i historie pana woźnicy. Sześć kilometrów podróży – niczym średniowieczni kupcy i wędrowcy. Brudni, zmęczeni, ale niestrudzeni.. To już kolejna nasza akcja i za każdym razem spotykamy się ze zrozumieniem i życzliwością mieszkańców. Jest to dla nas ważne wsparcie, za które jesteśmy wdzięczni, bardzo je doceniamy.

Przez 11 godzin pracy w sobotę udało nam się wydobyć siedem wozów pełnych ziemi, niestety do odkopania pomieszczeniach zostało jeszcze ponad połowa. W sobotę po pracy wypoczywaliśmy siedząc przy dzwonnicy i dyskutując o naszych poszukiwaniach. Doglądający nas przez cały dzień ksiądz Leszek również opowiadał o historii tego miejsca, a już po zmroku odbyliśmy nocną wycieczkę dookoła kościoła. Dzięki porządnemu oświetleniu zauważyliśmy wiele detali architektonicznych które ciężko było wypatrzyć za dnia w jasnym słońcu.

Sobotnia noc i mrok wokół tego miejsca wywoływał u nas poczucie przebywania w miejscu niecodziennym i magicznym. Zmęczeni, brudni, ale bardzo zadowoleni znaleźliśmy sen grubo po północy..

Niedzielny poranek przywitał nas upałem, wysoką temperaturą i zasadniczym pytaniem: „gdzie szukać, by dokopać się do wejścia do lochów?”. Nie mieliśmy zbyt wiele pomysłów, ale z pomocą przyszedł ksiądz proboszcz. Podczas mszy poprosił mieszkańców, by porozmawiali ze starszymi ludźmi w okolicy i popytali ich czy nie pamiętają gdzie dokładnie w dzwonnicy było wejście do lochu.. Pierwszy raz SAKWA została wymieniona z ambony podczas ogłoszeń duszpasterskich!

Postanowiliśmy zatem nie rozpoczynać poszukiwań oczekując na jakieś informacje od mieszkanców. Natomiast udaliśmy się z księdzem do pobliskiego klasztoru, położonego około kilometra od miejsca poszukiwań, w którym wedle legendy znajduje się wyjście z naszego lochu. Po przyjechaniu na miejsce i szybkiej analizie terenu odszukaliśmy wejście – niestety jak się okazało również i ono zostało zasypane bardzo dużą ilością ziemi. Wiemy już, że następnym razem pojedziemy większą ekipą i może dzięki temu uda nam się odgruzować wszystkie pomieszczenia, a być może także odkryć zakopane lochy. Prawdopodobnie istniał jakiś powód dla którego obydwa wejścia zostały zasypane mniej więcej w tym samym czasie. I to zasypane tak, by nikomu nie przyszło do głowy te lochy odkopywać. Ale gdy je zakopywano, nie było jeszcze Sakwy, bo gdyby już istniała, to sądzę że wejścia zostały by zalane betonem 😉

 Po powrocie ustaliliśmy, że już nie będziemy eksplorować piwnicy. Ponadto były już godziny popołudniowe i każdy powoli myślał o obowiązkach czekających na nas w życiu codziennym. Niemniej historia związana z Henrykiem Sandomierskim i jego dwoma wyprawami do Ziemi Świętej, a także informacjami o sprowadzeniu przez niego w okolice Opatowa templariuszy nie daje nam spokoju i pewnie nie da – do momentu, aż coś z tamtych czasów nie odkryjemy.

 Jak pisał Długosz:

 „A gdy przybył szczęśliwie do Ziemi Świętej, uczciwszy pobożnie grób Zbawiciela, złączył się z rycerstwem króla Jerozolimskiego Baldwina i z wielką odwagą i poświęceniem walczył przeciwko Saracenom, pragnąc pozyskać wieniec męczeński. Lecz gdy nie udało mu się tego szczęścia dostąpić, zabawiwszy tam rok cały i straciwszy znaczną liczbę rycerzy, już to w boju poległych, już odmienności powietrza znieść niemogących, wrócił zdrowo do ojczyzny. Tu od braci swoich, Bolesława i Mieczysława [prawdopodobnie chodzi o Mieszka], i przedniejszych panów polskich z wielką czcią i radością powitany został. Z jego to opowieści poczęła się dopiero szerzyć i upowszechniać w Polsce wiadomość o stanie, położeniu i własnościach Ziemi Świętej, niemniej o krwawych i zaciętych wojnach, które w jej obronie toczono z barbarzyńcami…”

Są tacy którzy twierdzą że ani razu nie dotarł na miejsce, do celu swej wyprawy.. Ale jak wielką odwagą wykazać się musiał ten książe, według mnie nie doceniany przez współczesnych historyków, by dwa razy wyruszać na wyprawę krzyżową, podczas gdy braci jego w tym czasie walczyli o podział ziem miedzy sobą. Widać po tych działaniach że książe ten inne miał serce i inaczej pojmował współczesny mu świat. Zadowolony z ziemi i księstwa któremu dowodził, nie myślał o tym by wojować przeciw bratom swoim, a marzenia i wizje realizował niczym dzisiaj sakwa realizuje swoje akcje poszukiwawcze..

 Może dlatego jest niedoceniany i mniej znany, bo nie ma w kronikach opisów jak z braćmi walczył lub jak grabił tereny sąsiednie swego księstwa.. Rozmyślań o jego odwadze, rycerstwie i życiu zakończyć nie sposób. Na pewno są tacy którzy wiedzą o nim znacznie więcej niż my. Ale na pewno naszego szacunku do odwagi jego czynów nie sposób ukryć czy zniwelować. Mam nadzieję, że on tam na nas czeka. Gdzieś w zakamarku, między kamieniami..

 Dziękujemy księdzu Leszkowi, który zgodził się na poszukiwania, zapewnił nocleg i robił co w jego mocy by dotrzeć do przydatnych nam informacji. Dziękujemy również firmom i osobom, które użyczyły nam sprzętu.

Serdeczne podziękowania kierujemy dla Pana Adama Bocianowskiego z firmy A&K SERWIS z Wołomina, za wsparcie sprzętowe w postaci miernika wielogazowego, który doskonale sprawdził się podczas eksploracji, niejednokrotnie ostrzegając nas przed zagrożeniem niskiej zawartości tlenu jak i obecności innych niekorzystnych gazów zagrażających zdrowiu. Firma Pana Adama wsparła nas również specjalistycznym HALOGENEM ISKROBEZPIECZNYM oraz kombinezonem specjalistycznym, który również zaskoczył nas mega wytrzymałością i odpornością na przetarcia. Dziękujemy również Panu Oskarowi „OZZI” Orzechowskiemu z firmy „MEANDER” z Głogowa, za wypożyczenie masek z filtrami, dzięki którym przebywanie w zatęchłej piwnicy było bezpieczne i umożliwiały one ciężką, fizyczną pracę w tych niegościnnych warunkach. Warto zaznaczyć że w/w firmy użyczyły nam sprzętu bezpłatnie. Serdecznie zapraszamy i zachęcamy do korzystania z usług firmy A&K SERWIS oraz firmy „MEADNER” których z dumą dodajemy do naszych partnerów i przyjaciół stowarzyszenia SAKWA.

 Wielkie słowa uznania należą się żonie Dawida – Ani, która za każdym razem gości nas wspaniale i ma do nas dużo cierpliwości, zwłaszcza podczas naszych burzliwych wieczorno-nocnych narad. Kolejna akcja jeszcze podczas wakacji!

 Więcej o firmach na www.akserwis.pl oraz www.sklep.meandersport.pl.

/Michał Wiślanin/