Jutro zaczyna się maj… Majówka. Każdy ma z nią jakieś skojarzenia… Pochody pierwszomajowe (to skojarzenie nie dotyczy już młodszych czytelników), Konstytucja, a przede wszystkim długi weekend… Trzeci maja to także zwyczajowe wyjście w teren, tak już się utarło w poznańskiej sekcji Sakwy… Ale jest jeszcze coś, co zakiełkowało właśnie pierwszego maja i to nie tak dawno, a mianowicie 1.05.2012 roku.

„Witam ponownie Panowie! Na wstępie – seria tych wiadomości nie powinna pod żadnym względem trafić do Pioniera! Ugadamy tu co i jak z weselem Pioniera i niespodzianką dla niego.
No więc pozwolę sobie zacząć, bo dziś po telefonicznej konsultacji z Urim dokonałem pierwszego kroku w tym kierunku. Mam nadzieję, że będzie OK. Mianowicie, byłem w ogrodzie botanicznym i trafiłem na stoisko z wyrobami z gliny. Zadzwoniłem do Uriego i podjęliśmy szybką decyzję, że można już zakupić gar…” Taką prywatną wiadomość otrzymałem na Forum Pasja-Eksploracja od Robsona 1. maja dwa lata temu. Jaki gar? – zapytacie. A taki zwykły, gliniany…

Wiadomość ta nie była tak naprawdę pierwszą, rozpoczynającą naszą ciekawą przygodę z garem – rozmawialiśmy o tym w wąskim gronie już wcześniej, od kiedy Pionier, nasz kolega ze Stowarzyszenia, zaprosił nas na… swój ślub i wesele! A trzeba tu dodać dwie rzeczy. Po pierwsze – w Sakwie jest jak w rodzinie. Poszukiwania są ważne i wszelkie tajemnice, ale przygoda w gronie znajomych to najfajniejsza rzecz, na której wszystko jest oparte. Po drugie – kumpel to kumpel, czyli ktoś najważniejszy, dla którego znajdzie się czas i któremu czasem… wykręca się numer lub robi niespodziankę… Nasza „przygoda z garem” była zatem wydarzeniem rodzinnym, niespodzianką, dobrą zabawą i wszystkim tym, co „tygrysy lubią najbardziej”, ponieważ okazało się, że wyjazd na ślub Pioniera będzie miał wiele wspólnego z eksploracją i tajemnicą… Ale po kolei, choć… nie bardzo…

Od zakupu gara do wesela upłynęło ponad 2 miesiące (o tym co wydarzyło się do tego dnia napisze, ale – z konieczności – później). Do Siemczyna koło Czaplinka (woj. zachodniopomorskie) przyjechaliśmy 14. lipca 2012 r. Mieliśmy w planie akcję niemal komandoską. Rozpoznać teren, przebrać się, zdążyć na ślub, który odbył się w zupełnie innej miejscowości, wcale nie blisko, a potem wrócić jak najszybciej, by zainstalować się z elementami naszego planu, który dopiero teraz mogliśmy dopasować do topografii terenu. O pałacu w Siemczynie i urządzonych w budynkach pofolwarcznych pokojach hotelowych i sali, w której miało odbyć się wesele wiedzieliśmy wcześniej prawie nic. Adres i kilka fotek ze strony internetowej plus Geoportal, dzięki którym mniej więcej rozplanowaliśmy akcję. Ślub był jak letnie marzenie… Ale nie o tym będę pisał, bo powiecie, że to nie jest „forum ślubne”. Trzeba jednak oddać Marlenie i Pionierowi, a więc młodej parze, że wszystko zaplanowali perfekcyjnie, a miejsce – zarówno ślubu jak i wesela – to wybór znakomity… Zresztą sami popatrzcie, co się działo… (Na ostatnim zdjęciu: Marlena w samochodzie, po ceremonii ślubnej… Jej uśmiech mówi wszystko… „Już go mam!”)…

Z ceremonii popędziliśmy pierwsi z powrotem do Siemczyna… W pokoju hotelowym trwały gorączkowe przygotowania do misternego planu, w którym wspomniany gar miał pełnić kluczową rolę. Impreza rozkręciła się jak rozkręca się wesele. Bawiliśmy się świetnie, nie zapominając jednak o tym, co za chwilę się wydarzy… Po którymś z kolei tańcu i którymś posiłku przyszedł czas na przejęcie władzy nad imprezą. Zamach był zaplanowany w najmniejszym szczególe, wszak spędziliśmy nad tym ponad 2 miesiące… Przejąłem mikrofon i ku zaskoczeniu rodziny i Młodej Pary, po krótkim wstępie na temat hobby Pana Młodego czyli Pioniera, Robson wręczył mu księgę traktującą o wykopaliskach w Polsce, w której to księdze Młodzi znaleźli list stary, na czerpanym papierze spisany, z którego wyczytana podpowiedź mówiła, że na terenie majątku…

„Nowożeńcy Drodzy! Skoro oczęta Wasze spoczęły na księgi tej zapisach, znaczy to jedno – iż wybrańcami losu, a jednako wykonawcami pragnienia ostatniego hrabiego von der Goltza (przyp. właściciela majątku w Siemczynie) niechybnie stać się musieliście. Onegdaj na zamczysku tym i majątku, w którym dziś weselisko wyprawiać Wam jest dane, legendę o pewnym hetmanie, zarówno szlachta, jak i służba, po basztach i lochach szeptem do ucha prawiła. Hetman ów, człowiek zacny i walecznego serca, niejedną batalie stoczywszy za swego żywota i honoru rycerskiego broniąc, wiedzę posiadł, która skarbu w majątku tym przed wiekami ukrytego tyczyła. Hetman ów mości PUTEK się zwał, i wiedzę swą z pokolenia na pokolenie przekazywał.
Szczęśliwcy – wśród gości swych, licznie na bal przybyłych, potomka hetmana PUTKA szukajcie, a klucz do bogactw posiadać on będzie…”

Na marginesie, przygotowując się do tej zabawy, nasz kolega Kriss (grafik i webmaster naszej strony) opanował wszelkie techniki preparowania starego papieru, a także wynalazł starą czcionkę, która razem z owym papierem wyglądała iście jak strona ze starej księgi. Czcionki były tak dobre, że… Młodzi mieli problem z ich rozczytaniem. Okazało się, że bez pomocy w czytaniu nie da rady…  Pierwsza kartka była oczywiście początkiem całej serii. Umieściliśmy kolejne kartki w kieszeni teścia (to n był potomkiem legendarnego hetmana), u zespołu muzycznego czy też na starej studni, znajdującej się na dziedzińcu… Młodzi czytali i wędrowali od kartki do kartki. Wszak na końcu skarb miał się odnaleźć …

Potomek hetmana wręczył list zalakowany poszukiwaczom skarbu, a w liście tym stało:

„Już w pradawnych czasach dźwięki harfy, lutni i instrumentów wszelakich, ludzkie waśni i swary łagodziły. Grajek zaś, na kunszcie swym znający się przednio, dostatku i spokojnego żywota graniem swoim dożywał. Przeto muzyka wskazówką bywała, na morzach i oceanach choćby, gdzie zbłąkanych podróżników ku brzegom spokojnym wiodła. I Wy, drodzy Nowożeńcy, za dźwiękiem muzyki podążajcie… A gdy grajka napotkawszy, co z maszynerią do wiosła podobną stać będzie i hasło tajemne mu podacie, kolejny klucz do bogactwa i dostatku posiądziecie…
Hasłem niechaj będzie zdanie: „Ile Ci Waszmości płacą za szarpanie?”…

Po dotarciu do zespołu i odczytaniu hasła, Marlena i Pionier stanęli przed z jednym z ciekawszych zadań, ponieważ by otrzymać kolejną podpowiedź musieli skrzyżować się w walcu razem z… wykrywaczem, który także dostarczyliśmy potajemnie do muzyków podczas trwania zabawy.

„A oto i wskazówka, pomocą będąca zarazem. Ona Wam będzie przewodnikiem i drogowskazem.
Jednako Panna Młoda po dni swoich kres dzielić będzie musiała miejsce w sercu Pana Młodego z tą oto przedziwną, żółtą szkaradą (przyp.: przygotowaliśmy do tej zabawy specjalnie wyczyszczonego z błota wielu pól „kanarka” czyli ACE 250). Niechaj dzisiejszy dzień połączy ich zatem w tańcu walcem zwanym, onegdaj na dworach i pałacach przez szlachtę na balach wytwornych pląsanym. Zapląsajcie w rytm muzyki, obejmując się czule pospołu z tym dziwnym, żółtym potworem. Niech to będzie sprawdzian z męstwa dla Pana młodego i miłości sprawdzianem dla Panny młodej, a jeśli w zadaniu ów się sprawdzicie, mistrz lutni wskazówkę kolejną, do skarbu Was posuwającą, na ręce Wasze węzłem małżeńskim związane złoży”.

Taniec odbył się namiętny (saperki już Młodym darowaliśmy), co uspokoiło nas, ponieważ zobaczyliśmy, że na nowej drodze życia Pioniera na wykrywacz miejsce się znajdzie! Kolejna kartka przyczepiona była oczywiście do wykrywacza… Stąd droga była już prawie prosta… Najpierw do studni gdzie umieściliśmy mapę…

„Jeśli Wać państwo tekst ów czytacie, znaczy to nie mniej niż tyle, że trud zadania przed Wami postawionego dzielnie znieśliście. Dzielność Wasza sowicie nagrodzona zostać zatem musi. Na wirydarzu naprzeciw wyjścia z sali tej balowej studnia od wieków nieprzerwanie stoi. Z dawien dawna rycerze i podróżnicy, w majątku tym na odpoczynek i strawę dotarłszy, konie swe znojem długiej drogi strudzone poili. Dla Was Państwo młodzi studnia ta będzie krużgankiem do bogactw, jakie w niewielkiej odległości od niej spoczywają…”

… a potem – z mapą w ręce – w miejsce ukrycia skarbu…

I gdy wszystko wydawało się już proste i Pionier sięgnął po – wydawałoby się – ostatnią kartkę, to co zobaczył na pewno go zadziwiło. Zamiast średniowiecznego pisma na pożółkłym czerpanym papierze, z jutowego woreczka wyciągnął butelkę siwuchy i notatkę sporządzoną na druku z PGR Siemczyno! Notatkę sporządził majster, a jej treść wyglądała następująco (uwaga: błędy zamierzone! Oczywiście druk sporządzony w klimacie PGR to znów zasługa Krissa, za co wielki szacunek!):

„Ten garnek, co tu w ziemi leżał, taki ciężki, jakiś taki gliniany czy coś, to żeśmy go tam z chłopakami 5 kroków w stronę pałacu włożyli w dziure, bo tu nam szef kazał rure od melioracji położyć i nam ten fajans kurde troche przeszkadzał. Jakby go kto nie mógł poszukać, to dzwońcie na nr PGR Złocieniec 25-63-23. Wołać do słuchawki Mariana, na warsztatach robie. Siemczyno, 14.07.1973. Pisał Marian Brzeszczot, Starszy Majster przy Państwowym Gospodarstwie Rolnym w Złocieńcu, filia Siemczyno”.

Gdy Pionier odczytał te słowa rozległ się śmiech sporej już grupki gości, która za Młodymi wędrowała w poszukiwaniu skarbu… No, ale skarb został przeniesiony przez chłopaków z PGR-u… I co teraz? Na szczęście odstąpiliśmy od pierwotnego planu, w którym widzieliśmy Pioniera kopiącego w ziemi w garniturze i umieściliśmy skarb na powierzchni ziemi, pod drzewem… Odczytawszy PGR-owską kartkę, Pionier i Marlena – dzierżąca zdobyczną siwuchę od Majstra Brzeszczota – podeszli do widocznego w świetle reflektora gara. Gar wypełniliśmy monetami – starymi miedziakami i oczywiście aktualnym bilonem, a także świecidełkami, które od razu skonfiskowała Marlena. Perły pasowały zresztą do ślubnej sukni, więc skarb był jak znalazł, zresztą dosłownie! Zresztą sami spójrzcie – nie chcielibyście choć raz trafić na taki gar? Po ogólnej radości wywołanej odnalezieniem skarbu, Pionier odczytał jeszcze jedną kartkę, tym razem wyciągniętą z gara…

„Dotarliście do końca tej małej zabawy. Wykazaliście się przy tym jednością i zgodą, której zapewne nigdy na tej nowej drodze życia Wam nie zabraknie. My jako Wasi przyjaciele życzymy Wam na tym kolejnym etapie życia samych sukcesów, jak ten garniec pełen monet, do którego właśnie dotarliście. Niech ludzie napotykani na co dzień na Waszej drodze będą równie życzliwi jak Wasi dzisiejsi „pomocnicy”, natomiast uśmiech i radość pokonywanych wspólnie problemów i zadań szarego dnia zawsze goszczą w Waszych sercach i na Waszych twarzach. A jeśli jakiś skarb stanie się trudniejszy do odszukania niż ten dzisiejszy, zawsze możecie zwrócić się do nas – Waszych przyjaciół w doli ni niedoli. Tego wszystkiego, jak również tego, czego słowami nie można wyrazić życzą Wam Krzysiek „Krissek” z żoną, Grzesiek „Uri” z żoną oraz Robert „Robson” z żoną – przyjaciele ze Stowarzyszenia SAKWA.

PS. Apel do Panny Młodej – jutro o 7.00 porwiemy Twojego oblubieńca na 3 godzinki na to malutkie poletko za pałacem…

Wróciliśmy do Sali na dalszą część zabawy (Pionier rzucił groszem z gara i zamówił dymiącego świeżością prosiaka). Goście, którzy zostali na Sali patrzyli na nas złym okiem. Któż to taki, na dodatek właściwie obcy, wyrwał im parę Młodą na tak długo z Sali? He he, jednym słowem – porwanie udało się… Zamykając za sobą drzwi prowadzące na dziedziniec, rzuciliśmy jeszcze raz okiem w stronę pałacu… Stał okaleczony i piękny zarazem, oświetlony sztucznym światłem, a niebo tliło się jeszcze odrobiną granatu pozostałą z kończącego się dnia. Cudny widok. pałac zaczarował nas po raz pierwszy. Tak jak Marlenę i Pioniera, gdy trafili tutaj dawno temu i stwierdzili, że jeśli wesele, to właśnie powinno odbyć się tu…

Pora zatem oderwać się trochę od samego wesela, choć na początek będzie trudno.  Barokowy pałac w Siemczynie (do 1945 r. Heinrichsdorf, a jeszcze wcześniej najbardziej na północny zachód wysunięta ostoja polskości otoczona prawie zewsząd „obczyzną”) to istna perełka architektoniczna. Wieś posiada długą, sięgającą XIII wieku, historię, a pałac jest najjaśniejszym dowodem dawnej świetności okolicy. Była to rodowa siedziba rodziny von Goltz, jednej z największych arystokratycznych rodzin pomorskich, która przez wiele wieków utrzymywała ścisłe związki z Polską.. Właściciel Siemczyna, w czasie potopu szwedzkiego stanął po stronie króla polskiego. Co ciekawe, obecny właściciel majątku, u którego gościliśmy, Pan Bogdan Andziak, wraz z powołanym lokalnie Stowarzyszeniem Henrykowskim (Henrykowo to polski dawny odpowiednik nazwy Heinrichsdorf), utrzymuje doskonałe stosunki z potomkami rodziny Goltz, a efektem wielowiekowych dobrych relacji jest wspólne postanowienie odnowienia pałacu, który dziś wymaga totalnego remontu. Jest to jednak, jak już napisałem, fantastyczna budowla usytuowana w krajobrazowym, zadbanym parku, od której ciężko oderwać oczy. Nie dziwota więc, że dla Marleny i Pioniera, pałac w Siemczynie był także scenerią ślubnej sesji fotograficznej, z której poniżej (za pozwoleniem właścicieli fotografii) przedstawiamy kilka wspaniałych ujęć. Oprócz pięknej pary, spójrzcie na obszerność pomieszczeń, skalę budynku i zachowane elementy wyposażenia…

Ku naszemu wielkiemu zadowoleniu, nazajutrz, Pan Andziak sam wyszedł z propozycją do weselnych gości, że jeśli tylko mamy taką ochotę, po śniadaniu możemy wszyscy zwiedzić pałac wewnątrz. Oczywiście nie trzeba było nas namawiać dwa razy. Wykorzystując chwilę, w której zwiedzający wchodzili do budynku, zagadaliśmy kilka słów do właściciela na temat Sakwy i tego czym się zajmujemy. W oku Pana Bogdana pojawił się niewielki błysk. Zrozumieliśmy, że być może połaczy nas więcej tematów historycznych i w istocie nie pomyliliśmy się. Pan Andziak okazał się wielkim pasjonatem historii, w tym – z oczywistego punktu widzenia – historii Siemczyna, pałacu i rodu go zamieszkującego. Dzięki niemu zajrzeliśmy do wszelkich możliwych zakamarków budowli – od ciemnych, głębokich, podobnych lochom przyziemnych komnat, po wysoko sklepiony strych, na którym przyjrzeliśmy się fantastycznej wręcz konstrukcji dachu i śladom ciesielskim na starych belkach. Jak poinformował nas Pan Bogdan, niespotykana gdzie indziej konstrukcja więźby dachowej siemczyńskiego pałacu była już nawet przedmiotem kilku prac magisterskich z architektury. Budynek fascynował… A najbardziej zagadkowe ułożenie kondygnacji (parter patrząc od frontu jest pierwszym piętrem oglądając budynek od strony parku, z tyłu, stąd komnaty mieszczące się na samym dole przypominają ciemne piwnice, a cześć ich okien zamurowano). zapraszamy na krótki spacer przez pokoje, piwnice i strych pałacu…

Wychodząc z pałacu zatrzymaliśmy się jeszcze na krótką rozmowę z właścicielem, który emanował zamiłowaniem do tego, co przed chwilą prezentował wszystkim gościom. Wymieniliśmy kilka zdań o burzliwej historii, o godnym propagowania przykładzie stosunków polsko-niemieckich i o innych pokrewnych rzeczach, w tym nawiązując ponownie do działań Stowarzyszeń – Henrykowskiego i Sakwy. Pan Bogdan zainteresował sie naszymi działaniami i powiedział, że w takim razie być może warto byłoby przeprowadzić na terenie majątku, a może i w okolicach Siemczyna poszukiwania śladów działalności ludzkiej z dawnych lat. Rozmowa była sympatyczna i otwarta, co dało nam dodatkowy zastrzyk pozytywnych emocji i nadzieję na ciekawe działanie w przyszłości…

Przy weselnym stole niektórzy musieli  już podtrzymywać swe głowy i powieki. Nie dziwne. Tyle emocji, atrakcji, niespodzianek i zabawy w jednym… Starczyło nam jednak jeszcze sił na to, by zwiedzić okalający pałac park (na jednej z fotek nasza cała „sakowa rodzinka”, odwiedzająca Siemczyno)

W końcu przyszła pora pożegnań. Na pamiątkę otrzymaliśmy od Marleny i Pioniera piękne fotografie ze ślubnej sesji. Ale fotografie niezwykłe, bardzo nam bliskie. Zresztą sami spójrzcie…

Wracaliśmy do Poznania śmiejąc się i wspominając. Zarówno samo wesele i zabawę z garem, ale i całe dwumiesięczne przygotowanie, z którego relację wydrukowaliśmy Młodym i wręczyliśmy w postaci skryptu z naszych dyskusji prowadzonych na forum P-E. Całość przygotowań trudno jest opisać, a przede wszystkim nie oddam tu śmiechu i radowi jaka nam towarzyszyła w momencie wpadania na kolejne pomysły, choćby ten z karteczką od majstra Brzeszczota… Ale by przekazać choć trochę klimatu z tych przygotowań, poniżej zamieszczamy fotki z dnia „smażenia średniowiecznych listów”, na które – po ustaleniu treści na odległość i ich wydrukowaniu na specjalnym papierze – umówiliśmy się u Krisska w domu. Kartki z wydrukiem (z tą nieszczęsną, trudną czcionką… No, ale kto to widział, żeby stare pismo było łatwe do odczytania, prawda?) były maltretowane fizycznie, pokrywane herbatą i wypiekane w piekarniku kilkukrotnie. Na koniec wyglądały na serio jak wydarte z przepisywanego ręcznie dzieła… Oto kilka fotek z tego dnia, w tym wygląd starego druku jednej z podpowiedzi, a także zdjęcia ode mnie z domu, gdzie przygotowywałem pieczęcie lakowe do zamykania listów z instrukcjami… (przepraszam, ale te zdjęcia wykonane nie mają dobrej jakości):

I właściwie na tym historia powinna się zakończyć. Ale co powiecie, jeśli napiszę, że to wszystko to było tylko preludium? No, może nie preludium, ale pierwsza część przygody z Siemczynem… A w istocie tak się stało… Kilka dni po naszej wizycie w pałacu, wymieniliśmy kilka pism miedzy stowarzyszeniami i na zaproszenie Pana Bogdana Andziaka zjechaliśmy, ponownie rodzinnie (w tym Robson z dzieciakami!), do Siemczyna. Postanowiliśmy, dzięki uprzejmości gospodarza, spędzić w tym uroczym miejscu weekend, podczas którego mieliśmy sprawdzić czy wskazanym byłoby przeprowadzenie akcji poszukiwawczej na terenie majątku. Tak na marginesie, teraz śmiać mi się chce nadal z tego, co zrobiliśmy wcześniej i tak sobie myślę, że cała logistyka z garem dla Pioniera to było większe organizacyjne wyzwanie niż przeprowadzenie akcji poszukiwawczej, ha ha… Ale to tylko taka dygresja. W majątku przywitał nas Pan Bogdan. Do naszej dyspozycji oddał tym razem komfortowe pokoiki urządzone w osobnych budynkach usytuowanych po bokach wjazdu (prawdopodobnie kiedyś tzw. „czworaki”). Plan pobytu był dwutorowy. Wszyscy bowiem musieli mieć zagwarantowany dobrze i ciekawie spędzony czas. Nasze żony udały się zatem do zlokalizowanego w centrum dziedzińca warsztatu ceramicznego, gdzie uczestniczyły w zajęciach wykonywania naczyń glinianych. Zajrzeliśmy tam potem dwukrotnie i myślę, że miały z tego zabawę jeszcze większa od naszej.

My natomiast mieliśmy prosty plan. Sprawdziliśmy pobieżnie sprzętem elektronicznym powierzchnie trawników i dalszą część parku w celu namierzenia istotnych sygnałów, które w przyszłości mogłyby być przedmiotem odkrycia. Niestety, lata powojenne wycisnęły na terenie piętno PGR-owskiego śmiecia, który pod postacią kapsli i nakrętek czaił się na każdym metrze kwadratowym terenu. To powodowało, że poszukiwania powierzchniowe nie miały większego sensu i odstąpiliśmy od planów organizowania dalszej akcji. Mimo to, udało nam się – spośród wielu śmieciowych sygnałów – wyodrębnić jeden ciekawy przedmiot, który – o dziwo – praktycznie leżał na powierzchni trawnika. Był to żeton zastępczy miasta Szczecinek z początku XIXw.  Cieszyliśmy się z tego znaleziska jak dzieci, tym bardziej, że niczym innym nie mogliśmy się pochwalić. Żeton (na fotografii poniżej) trafił do rąk właściciela i prawdopodobnie zasilił pamiątkową gablotę, zlokalizowaną w pałacu (widoczną na jednym ze zdjęć ze zwiedzania wnętrza – powyżej w treści reportażu). Nie odebraliśmy efektów naszych powierzchniowych poszukiwań za porażkę. W tym hobby trzeba się z tym liczyć. Na wielkie poszukiwania się nie nastawialiśmy, ponieważ o pełne pozwolenie planowaliśmy wystąpić tylko w przypadku, gdyby zaistniała do tego jakakolwiek istotna przesłanka. Toteż nie prowadziliśmy w parku prac ingerujących w powierzchnię ziemi. Los nie obdarzył nas takim znaleziskiem, jak gar Pioniera, stąd szybko podjęliśmy decyzję o zaprzestaniu dalszych działań.

Natomiast natrafiliśmy w parku na miejsce, które zaciekawiło nas bardzo, a mianowicie na właz do starego podziemnego kanału, będącego najprawdopodobniej połączeniem przypałacowego stawu z innym zbiornikiem lub odpływowym rowem. Ciekawość oczywiście sprowadziła nasz do wnętrza tego solidnie wymurowanego tuneliku, a wyobraźnia podpowiadała być może godne zweryfikowania hipotezy. Kanał ten składa się z dwóch odnóg położonych w stosunku do siebie prostopadle. W miejscu połączenia obu części znajduje się studzienka, na która natrafiliśmy i w której wkrótce zniknął najpierw Pionier (foto poniżej), potem ja. Pytań mieliśmy wiele… Dlaczego kanał jest zasypany na końcach? Czy tak solidnie wymurowany tunel mógł służyć jedynie odpływowi wody? A może było to także tajemne wyjście z pałacu? jeśli tak, to gdzie się ono zaczynało??? Sami wiecie, jak to jest… Kto wie, może warto będzie kiedyś wrócić do Siemczyna i sprawdzić co kryje zasypana część tunelu? Ostatnie chwile w parku spędziliśmy na próbie wyłowienia ciekawych pozostałości metalowych ze stawu za pomocą magnesu neodymowego. Staw był jednak wielokrotnie czyszczony i regulowany, toteż i tym razem nie przyniosło to rezultatu…

Po obiedzie, który przeniósł nas w czasie, ponieważ znów zasiedliśmy na tej samej sali weselnej, dzięki uprzejmości gospodarza, weszliśmy jeszcze raz do wnętrza pałacu. Tym razem po to, by sprawdzić podłogi sal i niektóre ściany sprzętem elektronicznym – w tym samym celu, to znaczy by zweryfikować czy w murach pałacu nie „czai się” jakaś pamiątka pozostawiona przez dawnych właścicieli. To było ciekawe wrażenie, móc ponownie zgubić się w korytarzach, w szczególności mrocznego przyziemia. Czołówki przydały się ponownie, ponieważ część komnat jest kompletnie zaciemniona. Zaciekawiła nas różnica konstrukcji przyziemia (ewidentnie starsza, oparta o bardzo grube mury, łukowe sklepienia, ciaśniejsze pomieszczenia i wąskie przejścia) i kondygnacji wyższych (wysokich jasnych sal rodem z późniejszych epok). Najbardziej zaś ciekawą kwestią jest wspominana powyżej różnica poziomów ziemi, powodująca, że po wejściu z frontu i skierowaniu się do piwnic, wychodzi się z nich z drugiej strony na trawnik koło stawu. Piękna i ciekawa budowla, która – jak się wydaje – może jeszcze kryć szereg tajemnic… Niestety i we wnętrzu nie znaleźliśmy „komnaty tajemnic”, ale same rozmowy o pomieszczeniach i tym, co dawniej się w nich zapewne działo, dostarczyły nam ciekawych emocji. Dawna architektura dostarcza takich przeżyć, których nie odnajdziemy w nowych bryłach opanowujących miasta…

W drugim dniu pobytu w Siemczynie zwiedzaliśmy także malownicze okolice Siemczyna i Czaplinka, znanego nie tylko z ukrytych kamer, z powodu których otrzymujemy po wakacjach „pocztówki” od policji, ale przede wszystkim z malowniczego krajobrazu pełnego pofalowanych wzgórz i ukrytych za nimi jezior. To piękna okolica. Częściowo zaburzyły nasze wędrówki przelotne deszcze, jednak nie zmąciły one naszego pozytywnego odczucia jakie pozostało w nas po wizytach w Siemczynie. Wszystkim przejeżdżającym przez Czaplinek polecamy odskocznię od utartych dróg prowadzących nad morze. Z Czaplinka, w kierunku zachodnim, do Siemczyna dotrzeć można w kilka minut. Oprócz zwiedzania pałacu i parku można tam zatrzymać się na kawie i deserze w restauracji i po prostu doskonale odpocząć. Wyroby ceramiczne naszych żon, wykonane w garncarskim warsztacie, oczekiwały w Siemczynie na wypalenie i pewnie nadal leżą gdzieś na półce. Mamy zatem doskonały pretekst by jeszcze raz tam po nie wpaść i powspominać przygodę z garem Pioniera.

/Uri/

PS: Dziękujemy Panu Bogdanowi Andziakowi za zaproszenie do Siemczyna. Pomimo że nie udało nam się dokonać wielkich odkryć przeżyliśmy w pałacu i jego okolicach niezapomniane chwile. Trzymamy kciuki za przeprowadzenie prac mających na celu restaurację obiektu, jak również za powodzenie w rozwoju przedsięwzięcia prowadzonego w siemczyńskim majątku. Na niwie stowarzyszeniowej natomiast życzymy dalszych ciekawych działań, być może także we współpracy z Sakwą.

PS II: Marleno i Pionierze! Dziękujemy za niezapomnianą zabawę i finał przygody z garem w Siemczynie. Mamy nadzieję, że nie zaburzyliśmy mocno planu wesela…