W dniu 19. czerwca br. około godziny 21:05 na skrzynkę naszego stowarzyszenia otrzymaliśmy maila z następującą treścią:

„Szanowni Państwo, nazywam się Tomasz Licak i jestem wnukiem Józefa Zająca, pseudonim Tygrys. Mój dziadek działał w Armii Krajowej na terenie Rzeszowszczyzny [red. pominięto nazwę miejscowości]. Jego brat – Piotr Zając również działał w Polskim Państwie Podziemnym i przed śmiercią przekazał rodzinie informację, iż w jego ogrodzie, pod orzechem, zakopane są informacje dotyczące Polskiego Państwa Podziemnego. Podobno zakopane dokumenty znajdują się w butelce lub butelkach (…) W chwili obecnej gospodarstwo mojego stryja, Piotra [red. nazwikso pominięto], nie jest już w rękach rodziny, ale wielokrotnie tam przebywałem i myślę że jestem w stanie wskazać ogród, w którym rzekomo zakopane zostały przedmiotowe dokumenty. Ponieważ jednak nie posiadam jakiegokolwiek doświadczenia ani sprzętu do poszukiwań zwracam się z uprzejmą prośbą o wskazanie ewentualnie osób lub instytucji, które mogłyby pomóc w podjęciu próby dotarcia do tych dokumentów. Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż dokumenty te mogą dotyczyć Tadeusza Pleśniaka, który działał na tym terenie i w domu stryja Piotra prowadził tajne nauczanie.Oczekując na Państwa odpowiedź łączę wyrazy szacunku, Tomasz Licak”.

 Po otrzymaniu takiej informacji skontaktowałem się z panem Tomaszem telefonicznie. Po wysłuchaniu i zadaniu kilku kluczowych pytań, przeanalizowaniu odpowiednich źródeł historycznych stwierdziłem iż jest to na tyle prawdziwa historia, że warto podjąć kroki które pozwolą na wydobycie i poznanie tej tajemnicy. Kontakt z panem Tomaszem miałem praktycznie codziennie. Po każdym telefonie, odczuwając w głosie wyraźnie zaangażowanie, postanowiłem wraz z kolegami z SAKWY, że najbliższy wolny weekend poświęcamy na akcję pod kryptonimem „ARCHIWUM AK”. Nawiązałem również kontakt z Instytutem Pamięci Narodowej (IPN), gdzie od razu skontaktowano mnie z panem Mirosławem Surdejem ¬ – inspektorem Biura Edukacji Publicznej IPN O/Rzeszów, zajmującym się historią konspiracji niepodległościowej. Po omówieniu aspektów prawnych przy podejmowaniu tego typu działań i podjęciu czysto formalnych kroków nie pozostało nam nic innego jak tylko wydobyć dokumenty. IPN potwierdził zainteresowanie współpracą wysyłając do nas intencyjny list.

 Spotkaliśmy się w czwórkę czwartego lipca wieczorem, w domu Dawida (Prospektora), gdzie odbyliśmy ostatnią naradę „przedakcyjną”, która jak się okazało trwała do późnych godzin nocnych. Temat zbliżającej się akcji, jak i odmienne i nowatorskie metody poszukiwań zaprzątały nam głowę przez ostatnie dni. Rozmowy telefoniczne, wymiana maili i wreszcie końcowa narada miały jeden cel. Znaleźć skuteczny sposób by odnaleźć ukryte w butelkach, zakopane za stodołą pod koniec II Wojny Światowej (lub po jej zakończeniu) dokumenty podziemia. Umierający w 1985 roku świadek posiadający informacje dotyczące miejsca złożenia depozytu, powiedział na łożu śmierci, proszony o wskazanie „pod którym drzewem”…, powiedział krótko i wymownie: „ Jeszcze nie jest czas” i odszedł z tą tajemnicą tam, gdzie wszyscy jesteśmy sobie równi. Czekając na dzień akcji przeczuwaliśmy, że tuż za stodołą może znajdować się teren uniemożliwiający dokładne sprawdzenie gleby wykrywaczami. Zabraliśmy zatem także specjalne szpilki metalowe, którymi planowaliśmy nakłuwać ziemię w poszukiwania szkła.

 W sobotni ranek od strony Sandomierza, poprzez Rzeszów, Leżajsk i Przeworsk zbieraliśmy wszystkich uczestników, by koło południa dojechać w komplecie na miejsce akcji (jak to dobrze, że mamy ludzi w tylu miejscach!). Osoba, która przekazała nam informacje, ostatni raz była w docelowym miejscu ponad 30 lat temu. Poszukiwania samego gospodarstwa zabrało nam trochę czasu, ale dało też możliwość przeprowadzenia pierwszych wspólnych rozmów i analizy sytuacji. Wiedza historyczna pracowników IPN była naprawdę dogłębna. Każda opowiedziana przez nich historia dotycząca końca wojny rozbrzmiewała niczym film sensacyjny. Tym bardziej, że znajdowaliśmy się w sadzie, w którym kiedyś żołnierz AK zabezpieczył przed wrogiem dokumenty, najpierw ukrywając je w ulu, a potem przenosząc i zakopując w upatrzonym miejscu.

Po wypakowaniu sprzętów, rozpoczęliśmy wstępny rekonesans w sadzie. Niestety nasze obawy potwierdziły się. Co rusz odkopywaliśmy garnki, talerze, filiżanki i żelazne zardzewiałe fragmenty narzędzi rolniczych. Przeczuwaliśmy, że może być ciężko. Często bywa, że teren przyległy do gospodarstwa jest zaśmiecony, co sprawia, że w takim miejscu trudno jest znaleźć cokolwiek, np. butelki z dokumentami. Tym razem skala zaśmiecenia była istnie deprymująca. Dlatego bardzo ucieszyło nas odkopanie pierwszych (pustych) magazynków od karabinów samopowtarzalnych. Sprawne oko Mirosława Surdeja szybko określiło rodzaj broni z której pochodziły (SWT 40). W miejscu wydobycia magazynków, nadal pod ziemią wykrywacz dawał głębokie sygnały. Skupiliśmy się na tym miejscu i po paru godzinach, w twardej i ciężkiej glebie, udało nam się wykopać Ćmielowską ceramikę, parę sztuk garnków glinianych zasobowych, zardzewiałe żelazne fragmenty przedmiotów codziennego użytku i pomniejsze drobiazgi, które widać ułożone na zdjęciach. Gdy rozkopywaliśmy w trójkę dół „ceramiczno-magazynkowy”, około 10 metrów w linii prostej od nas Prospektor odkrył kolejny magazynek od karabinu.

 Dawid opowiada: „W czasie kiedy cała grupa zajęła się eksploracją wykopu, postanowiłem wspiąć się nieco wyżej. Kierunek marszu wyznaczyłem na podstawie jednej z hipotez, która mówiła o domniemanym ukryciu dokumentów w przedłużeniu linii wschodniej ściany stodoły. Powyżej miejsca, gdzie z zapałem pracowali koledzy, zrobiło się już ciszej w słuchawkach, teren okazał się przyjazny dla poszukiwacza, a wykrywacz spokojny i posłuszny. Po przebyciu ok. dziesięciu metrów natrafiłem na mocny sygnał, zacząłem ostrożnie zdejmować warstwy ziemi bojąc się domniemanego granatu zabezpieczającego dokumenty, o którym nam powiedziano. Po paru ruchach łopatą pojawił się pierwszy zgrzyt stali o stal. Oczyściłem wykop rękawicą i zobaczyłem, że odkopany przedmiot ma okrągły zarys, pierwsza myśl pobiegła w dwie strony – mina? Czy tylko magazynek? Jednak przedmiot leżał spodnią stroną do góry i praktycznie od razu zobaczyłem wylot amunicji, byłem już pewien, że jest to znalezisko, które w obecnym stanie w żaden sposób nikomu krzywdy nie zrobi, zacząłem więc śmiało wyciągać je z ziemi. Wróciłem do grupy, gdzie pracownicy IPN zidentyfikowali znalezisko bezbłędnie, jako magazynek talerzowy od karabinu maszynowego DP-28”.

Nasze nadzieje na odkrycie kolejnych ciekawych artefaktów znacznie wzrosły. Według Pana Bogusława Kleszczyńskiego, inspektora Biura Edukacji Publicznej z rzeszowskiego Oddziału IPN, poukładane jeden na drugim puste magazynki, mogły być śladem jakiejś potyczki, która miała tu miejsce. Liczyliśmy zatem na więcej. Po godzinie 18:00, świadek znający tę historię, jak też pracownicy IPN musieli już ruszać w drogę powrotną. Zrobiliśmy pożegnalne zdjęcia, porozmawialiśmy przy autach o dzisiejszej akcji, planując jej kontynuację oraz kolejne wspólne przedsięwzięcia. W końcu, znacznie później niż planowali, odjechali razem z naszym kolegą Dawidem.

Wieczór nadszedł szybko, nie wiadomo skąd i zakończył naszą pracę. Przez cały dzień towarzyszył nam męczący upał, a w sadzie i na krzewach czaiły się tysiące komarów, meszek, kleszczy, bąków i pająków. Zmęczeni i wyczerpani skorzystaliśmy z gościny gospodarza, u którego otrzymaliśmy pokój gdzie przenocowaliśmy w trójkę. Dostaliśmy również drewno na ognisko, płyn na komary, kawę wypitą w przerwie prac na zacienionym tarasie… Jednym słowem – spotkaliśmy dobrych ludzi, którzy zaskoczyli nas gościnnością i otwartością. Podczas całej akcji kibicowały nam także dzieci gospodarzy, które w pewnym momencie dostały od nas wykrywacz i spacerowały sobie po sadzie eksplorując teren „na sucho” czyli przysłuchując się jedynie dźwiękom oszalałych przez ilość zdeponowanego w ziemi żelaza wykrywaczy.

 Jeszcze przed akcją wiedzieliśmy, że za pierwszym razem osiągnąć zaplanowany sukces może być ciężko. Dlatego w drugim podejściu planujemy już użyć georadar. Ziemia w sadzie nie była ruszana od dawna, toteż jest nadzieja, że tym sprzętem uda się dokonać prawidłowych odczytów. Dodatkowo pozyskaliśmy nowe informacje, które znacznie ograniczają teren poszukiwań.

 Reasumując, akcja odbyła się w bardzo trudnym terenie, informacje które posiadaliśmy nie określały dokładnie miejsca zdeponowania. Jednak jedno jest pewne. Dokumenty tam są i czekają na nas. Zrobimy wszystko, by kolejnej zimy już nie marzły zakopane w ziemi.

/Kiler; Wiślanin; Prospektor/

 

Uczestnikami akcji z ramienia IPN, O/Rzeszów byli: pani Maria Winter – kierownik Referatu Udostępniania i Informacji Naukowej Oddziałowego Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów oraz inspektorzy Biura Edukacji Publicznej – panowie: Mirosław Surdej i Bogusław Kleszczyński. Serdecznie dziękujemy za otwartą współpracę i merytoryczne wsparcie podczas prowadzenia prac.

Oprócz Członków Sakwy w pracach wspierał nas, nie pierwszy zresztą raz, Paweł. Wielkie dzięki!

Zapraszamy do zgłaszania do Stowarzyszenia Sakwa kolejnych tematów poszukiwań. Korespondencję prosimy kierować na: kontakt@sakwa.org