Depozyt 1939r. 

Za sprawą informatora nasze kroki skierowane zostały tym razem do starego, podworskiego parku, który rzekomo miał skrywać depozyt ukryty przez Polskich Żołnierzy we wrześniu 1939r. Świadek opowiedział nam swoją przygodę jaka spotkała go kilka lat temu podczas wieczornego spaceru po parku. Miał wtedy spotkać kilku mężczyzn siedzących nad głębokim wykopem w śród końskich kości, na dnie którego ponoć zauważyć można było metalowe wieko skrzyni, a że jest właścicielem tego terenu nakazał nieproszonym gościom zasypać wykop i wynosić się z jego posesji. O całej sprawie nie wspominał nikomu, zastanawiając się każdego dnia co ma począć z tym faktem. Lata mijały a “odkryty” depozyt wciąż czekał na swojego odkrywcę. Po wielu latach przemyśleń i snucia przeróżnych domysłów na temat zawartości skrzyni, mając na sercu legalne pozyskanie depozytu, postanowił w końcu skontaktować się z naszym stowarzyszeniem. Po kilkutygodniowych przygotowaniach do poszukiwań (niezbędne dokumenty, ludzie, sprzęt) przyjechaliśmy na miejsce akcji.

Cała sprawa wyglądała na prostą – poważny świadek z “mocną” historią, miejsce poszukiwań wskazane palcem, teoretycznie można od razu zabierać się do pracy, tak też się stało. Wskazany został nam kwadrat cztery na cztery metry w obrębie, którego miał znajdować się wrześniowy depozyt. Aby trafić wykopem w punkt domierzyliśmy sygnał ramą, która potwierdziła duży, głęboko zalegający obiekt. Nasza wyobraźnia zaczęła mocno pracować podsuwając marzenia o historycznie bezcennym depozycie jaki już za kilka chwil miał ujrzeć światło dzienne.

Do kopania nie trzeba było nikogo namawiać, wszyscy jak jeden mąż rzucili się do łopat. Okazało się jednak, że kilku chłopa na dwóch metrach kwadratowych prędzej pozabija się wzajemnie niż wykopie skarb. Wprowadziliśmy więc zmianowy system kopania, co w praktyce okazało się bardzo dobrym i skutecznym pomysłem. Systematycznie wgryzaliśmy się w ziemię i już po chwili pokazały się pierwsze gnaty końskich szkieletów, co było dla nas pierwszym znakiem potwierdzającym wcześniejszą opowieść naszego świadka.

Może wytłumaczę pokrótce skąd wzięły się w wykopie zwierzęce szkielety – otóż na samym początku II Wojny Światowej cały park, dwór oraz zabudowania przy dworskie zostały zrównane z ziemią przez niemieckie lotnictwo. Część parkowych zabudowań stanowiły stajnie, w których zamknięte były Konie. Żadne ze zwierząt podczas jakiejkolwiek katastrofy, bez pomocy ludzkiej, nie miało najmniejszej szansy na ucieczkę, a co za tym idzie skazane było na pewną śmierć. Archiwalne informacje przedstawiające tragiczne w skutkach bombardowania w brutalny sposób zweryfikowały wysnutą teorię. Opisy z tamtego okresu są makabryczne – końskie strzępy wiszące do około na koronach drzew… Pozostanę tylko przy tym krótkim opisie szczędząc wszystkim dalszych czarcich obrazów, których jednak bez większego wysiłku można się domyślić. Wszystko co po bombardowaniu pozostało z tych pięknych zwierząt zepchnięto do dołów po bombach i zasypano ziemią. Nic więc dziwnego, że i w naszym wykopie można było odnaleźć ślady tamtych wydarzeń. Wróćmy jednak do teraźniejszości i naszych współczesnych działań. Po kilkudziesięciu minutach machania łopatami udało się nam wykonać spory wkop. Na głębokości około 1,5 metra szpadel po raz pierwszy uderzył w coś metalowego. Wszyscy na moment zamarli w bez ruchu, aby po chwili wrzasnąć jednym głosem – JEST!!! Co to była za radość, adrenalina skoczyła na wysoki poziom i w sekundzie odeszło całe zmęczenie odczuwalne po kilkudziesięciominutowym kopaniu. Zaczęliśmy ostrożnie usuwać warstwy ziemi tak, aby nie uszkodzić skrzyni, a tym bardziej ewentualnej cennej zawartości.  Po kilkunastu minutach pracy naszym oczom ukazała się niesamowita, majestatyczna, dużych rozmiarów… blacha!? Okazało się, że pod końskie kości wsypano wapno i położono dosyć grubą metalową płytę. O ile wiemy po co do dołu wsypano wapno, to zabieg z metalową płytą jest dla nas zagadką. Nie chcieliśmy uwierzyć w porażkę, mieliśmy przecież mocny przekaz naocznego świadka, który na własne oczy widział wieko skrzyni w wykopie! Postanowiliśmy przebadać park na większym obszarze licząc na błąd we wskazaniu miejsca przez naszego informatora. Kolejne godziny poszukiwań przyniosły jednak rozczarowanie. Depozyt, za którym podążaliśmy okazał się kawałkiem blachy, a cała sytuacja jest kolejnym dowodem na to, co już wiemy od lat, że ludzka fantazja nie zna granic i bardzo łatwo z blachy może w umyśle podekscytowanego człowieka wytworzyć np.. skrzynie. No cóż, można powiedzieć, że przywykliśmy do tego typu sytuacji i w jakimś stopniu uodporniliśmy się na taki obrót spraw. Przez te wszystkie lata poszukiwań wyrobiliśmy w sobie cenną cechę charakteru jaką jest wytrwałość. Nie załamaliśmy rąk, ale chcieliśmy podjąć inny trop, byliśmy przecież na miejscu starego dworu. Poprosiliśmy właściciela terenu, aby opowiedział nam o wszystkim co mogłoby nas potencjalnie zainteresować. Gospodarz zaprosił nas na spacer parkowymi alejkami. W czasie przechadzki dowiedzieliśmy się o piwnicach pałacowych, które miały przetrwać bombardowanie, trzeba było tylko odszukać  wejście, które z dużą dokładnością zastało nam wskazane.

Ta informacja rozpaliła nas na nowo. Myśl o podziemnym „świecie” czekającym od ponad trzech dekad na swojego odkrywce mocno zmotywowała nas do działania oraz wlała w nas eksploracyjną świeżość.  Niestety nie byliśmy przygotowani podczas tej akcji sprzętowo do takich poszukiwań, temat jednak spodobał nam się tak bardzo, iż postanowiliśmy w późniejszym terminie, w ramach trwającego pozwolenia konserwatorskiego zbadać ten wątek. Ponadto dotarła do nas kolejna bardzo ciekawa informacja godna wciągnięcia na listę poszukiwań. Istnieje mocny przekaz historyczny mówiący o tunelu ucieczkowym prowadzącym z dworu do oddalonego o kilkaset metrów lasu. Co ciekawe miał on przebiegać przez katakumby cmentarne rodu Cichomskich, co było bardzo ciekawą dodatkową informacją. Podsumowując całą sytuację można śmiało stwierdzić, że skrzynia, po którą przyjechaliśmy zmieniła się w dodatkowe, fantastyczne tropy, za którymi grzech byłoby nie podążyć.  Zdecydowaliśmy się odwiedzić cmentarz rodu Cichomskich herbu Wąż i poszukać śladów legendy na miejscu. Po krótkiej pieszej wycieczce naszym oczom ukazał się zaniedbany, zdewastowany cmentarz z centralnie stojącą kaplicą grobową z 1860 roku. Żal było patrzeć na piękne, połamane płyty nagrobne. Wszystko w około pochłaniała nieubłagana natura. Samą kaplicę grobową dodatkowo zniszczyli wandale. Można więc rzec, że zabytek dostał od losu z każdej możliwej strony. Patrząc na ten przykry widok nie wytrzymaliśmy, postanowiliśmy od razu zrobić coś dobrego w tym miejscu. Po krótkiej naradzie wpadliśmy na kilka pomysłów, które postaramy się w najbliższej przyszłości wprowadzić w życie. Ale, żeby nie odkładać wszystkiego na później chcieliśmy zrobić coś od razu, postanowiliśmy ustawić na swoim miejscu ołtarz zrzucony zapewne przez chuliganów do krypty pod kaplicą. Wysiłek się opłacił, po kilkunastu minutach ołtarz stanął na swoim miejscu. Tym drobnym gestem sprawiliśmy sobie na wzajem dużo przyjemności oraz może chociaż w małym procencie odkupiliśmy winy “rodzaju ludzkiego”.  Widzimy sens w każdym, nawet najmniejszym dobrym uczynku – dobro jak i zło zawsze powraca, tylko od nas samych zależy co do nas wróci.  

Powróciliśmy do parku z poczuciem dobrze przeżytego dnia. W planach mieliśmy nocleg pod namiotami, musieliśmy wiec przed zmrokiem rozbić obóz oraz rozpalić upragnione ognisko.

 

Ogień daje poczucie bezpieczeństwa, sprzyja biesiadowaniu, snuciu planów, opowiadaniu niestworzonych historii, dlatego tak bardzo lubimy akcje, które kończą się właśnie w ten sposób. Kiler i Radek zgłosili się na ochotnika do zorganizowania drewna i rozpalenia ognia.

Czas spędzony przy tym ognisku uważam za jeden z ważniejszych ze względu na ilość planów na przyszłość, które udało nam się poruszyć i przedyskutować. A i nie jedno było do wspominania, wszak niedługo obchodzić będziemy dziesięciolecie założenia stowarzyszenia „SAKWA”, a co za tym idzie naszej wzajemnej przyjaźni.   Humory dopisywały jak zawsze, żartom również nie było końca. Dla takich chwil warto żyć! 

Do parku wrócimy jeszcze w tym roku, musimy tylko rozszerzyć pozwolenie konserwatorskie. Liczymy na wspaniałe odkrycia zwłaszcza związane z podworskimi piwnicami. Może na koniec poszukiwań, w ramach toastu, będzie nam dane wychylić lampkę szampana rocznik 1930r. znalezionego w piwnicznych zapasach ówczesnych właścicieli włości rodu Cichomskich.  

pro.