Wstęp.

Temat niniejszego artykułu, wydawałoby się łatwy i krótki, nie jest bynajmniej prosty do zgłębienia, a aspekty z nim związane budzą w Polsce wiele emocji i niezrozumienia, co w połączeniu z tendencją mediów do przedstawiania negatywnych wydarzeń, w tym przykładów nielegalnej eksploracji, powoduje chaos informacyjny, w którego świetle wszyscy poszukiwacze (zwani pejoratywnie również kopaczami, czasem detektorystami) postrzegani są przez statystycznego odbiorcę informacji jako przeciętni przestępcy. Należy również na wstępie lojalnie dodać, że jak w każdym środowisku, tak i wśród poszukiwaczy, istnieje silna polaryzacja. Mamy więc faktycznie do czynienia zarówno z „czarnymi owcami” prowadzącymi swe działania metodami, które można określić hasłem „po trupach do celu” (gdzie słowa „po trupach” znajdują się jak najbardziej na miejscu, bo jak inaczej określić np. rozkopywanie mogił), jak i z liczną grupą hobbystów podejmujących poszukiwania sporadycznie, głównie na terenach pól ornych (częściowo jako formę spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu – ta grupa wydaje się najliczniejsza) czy wreszcie z coraz liczniejszą grupą poszukiwaczy, którzy swe działania prowadzą w ramach zorganizowanych, legalnych organizacji (np. stowarzyszeń), zgodnie ze wszystkimi wymogami prawa (co, biorąc pod uwagę ich interpretacje, bywa często utrudnione). Jak wspomniałem, silna polaryzacja środowiska nie jest czymś nadzwyczajnym, wszak media dostarczają nam codziennie wiadomości o wykroczeniach prawnych w każdym nieomal środowisku (od służby zdrowia, przez prawników nawet po policję czy duchowieństwo). Nie podkreślam tego bynajmniej w celu usprawiedliwiania jak najbardziej negatywnych zachowań, tylko w celu zwrócenia uwagi, że tak mocno wytykana środowisku poszukiwaczy „przestępczość” jest tak samo właściwa dla innych grup zawodowych, w tym niestety także i archeologów, o czym nie raz również słyszeliśmy i nad czym ubolewam. Jednoznaczne przedstawianie poszukiwaczy w kanałach masowego przekazu stawia tym większe wyzwania legalnie działającym jednostkom lub grupom na drodze do eksploracji prowadzonej zgodnie z prawem. Daje się to odczuć podczas podejmowania prób rozmów na temat poszukiwań z kustoszami muzeów, przedstawicielami samorządów czy wreszcie ze środowiskiem archeologów i konserwatorów. Wysiłki poszukiwaczy kierowane są zatem niestety nie tylko na samo prowadzenie działań eksploracyjnych, ale niestety w dużej mierze na przełamywanie stereotypów i przekonywanie potencjalnych partnerów do swych czystych intencji. Nierzadko budzi to wielkie frustracje starających się o zezwolenie na poszukiwania, biorąc pod uwagę, że działanie np. w formie stowarzyszeń opiera się na wolontariacie i poświęceniu swego prywatnego czasu (nierzadko urlopu) i pieniędzy (dojazdy czasem i po kilkaset kilometrów). Duża część tego wkładu idzie zatem na przysłowiową „parę w gwizdek” czyli działania związane z przekonywaniem partnera (np. muzeum lub WUOZ) do tego, że nie reprezentujemy środowiska przestępczego, mimo że nie jesteśmy karani, nikt nie zarzucił nam konkretnych czynów przestępczych i należałoby liczyć na „kredyt zaufania” lub przynajmniej „domniemanie niewinności”. Jest to dość przykre, gdy otrzymuje się podczas rozmów wyraźne przesłanie, które można streścić słowami „ja tam wiem swoje, większość z was to złodzieje”. Nie ukrywam, że wola i wiara w sens działań przy takiej postawie maleją, a zwycięża przekonanie, że faktycznie w Polsce nic nie można, nawet, gdy chcemy bezinteresownie zrobić coś od siebie. Oczywiście, wszystko to jest efektem naświetlania przykładów działalności wspomnianych „czarnych owiec”, budzących konkretne skojarzenia. A jak mówi stara zasada, przykłady negatywne bardzo szybko rozprzestrzeniają się z ust do ust, w zdwojonej niestety sile, a pozytywne – z wielkim trudem torują sobie drogę. Na szczęście, również w środowisku muzealników i archeologów poziom zrozumienia problemu jest zróżnicowany i nie postrzegany jednoznacznie, co w poszczególnych regionach pozwala na podejmowanie konkretnej współpracy, której efekty są najlepszym argumentem przemawiającym za realizacją tego typu projektów.

Niniejszy artykuł na pewno nie odzwierciedla poglądu wszystkich poszukiwaczy. Nie dokonuję w nim syntezy różnych wypowiedzi i – co byłoby chyba najgorszym wyjściem – nie próbuję konstruować średniej z deklarowanych tu i ówdzie stanowisk eksploratorów. To tylko i wyłącznie mój punkt widzenia, uzupełniony o komentarze kilku osób znających specyfikę tematu (za co bardzo dziękuję). Chciałbym zatem by tekst ten nie był traktowany przez innych poszukiwaczy jako nieuprawnione wystąpienie całego środowiska, ale jako kolejny element w toczącej się w sposób nieuregulowany debacie.

Prawo a eksploracja – interpretacja i improwizacja.

Nie jest moją intencją analizowanie tutaj wszystkich zapisów prawnych. Zrobiło to już wiele osób publikujących swe treści na tematy związane z poszukiwaniami. Zakładam, że osoby czytające ten artykuł mają podstawową wiedzę na ten temat. Pokrótce jednak warto przypomnieć, że w Polsce można legalnie nabyć sprzęt poszukiwawczy (sklepy, Internet), można go posiadać i – jak to jest często śmiesznie określane przez poszukiwaczy – można go wyprowadzać na spacer celem przewietrzenia. Gorzej już z włączaniem i użytkowaniem. Tu problemy zaczynają się nawet na własnym gruncie, gdzie jak wiadomo, wszystko co zabytkowe i zalega w ziemi należy do Państwa, a poszukiwanie potencjalnych zabytków wymaga zezwolenia. Paradoksalnie, wbicie szpadla w ziemię koło domu celem eksploracji bez zezwolenia jest niedozwolone, a przeoranie przez rolnika stu hektarów pługiem-głęboszem na 50cm podczas zabiegów agrotechnicznych jest dozwolone. Pozostała działalność (oprócz jeszcze np. „kopania robaków” przez wędkarzy i poszukiwania meteorytów, które zabytkami nie są) wymaga zezwolenia Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków (WKZ), na wniosek składany do Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków (WUOZ).

Nie brak zatem improwizacji i stosowania wybiegów upraszczających życie hobbystów, choćby w postaci eksploracji pod płaszczem poszukiwań meteorytów. Swoją drogą, prawdziwi poszukiwacze meteorytów też nie powinni się cieszyć z wygodnej pozornie sytuacji. Po pierwsze mogą być posądzeni o pozyskiwanie zabytków pod przykrywką innego hobby, a po drugie: co ma w sumie zrobić poszukiwacz meteorytów, który znajdzie zabytek? Dla spokoju sumienia zakopać znalezisko z powrotem czy ryzykując posądzenie o planowaną, nielegalną eksplorację zgłosić w WUOZ? No i wreszcie: czy poszukiwacz meteorytów znajdujący zabytek w ogóle łamie przepisy? Wszak nie szukał zabytków! Czy wędkarz „kopiący robaki” znajdujący zabytkowy przedmiot jest przestępcą? Albo rolnik, który wyorał fragment dawnej budowli? Jeśli nie, to czemu ma być nim poszukiwacz, albo czemu wędkarz i rolnik nie muszą ubiegać się o pozwolenie w WUOZ? Oczywiście przerysowuję specjalnie pewne fakty, jednak dają one na pewno do myślenia.

Podstawą otrzymania pozwolenia na poszukiwania jest po pierwsze otrzymanie zgody właściciela terenu (osoby fizycznej, gminy, innego podmiotu), na którym chcemy prowadzić poszukiwania. We wniosku przedstawiamy temat, cel i metodykę prowadzenia działań, terminarz prac, a do dokumentacji załączamy mapę terenu (z zaznaczonymi granicami obszaru działań). Nie ma konkretnych wymogów, co do skali i rodzaju mapy. W niektórych przypadkach wymaga się przedłożenia całego arkusza mapy w skali 1:10000, a czasem wystarczającą jest kopia wyrywka mapy (o konkretnych wymogach dot. załączników informuje WUOZ). Obowiązuje nas też opłata rzędu kilkudziesięciu złotych. Dodatkową kwestią jest nadzór archeologiczny. I tutaj interpretacja poszczególnych urzędów jest zróżnicowana. Działając w stowarzyszeniu realizowaliśmy już zarówno akcję poszukiwawczą bez nadzoru archeologicznego na terenie rokującym pozyskanie ciekawych z historycznego punktu widzenia artefaktów (Urząd zrezygnował z tego wymogu), jak i akcję symboliczną o charakterze edukacyjnym, na terenie o silnym wpływie antropogenicznym (kolokwialnie: zaśmieconym), bez większych szans na jakiekolwiek cenne znaleziska, z nadzorem archeologicznym (tu Urząd z wymogu nie zrezygnował), a więc znów – reguły nie ma. W większości terenów obejmujących pola uprawne, nadzór archeologiczny wydaje się wymogiem na wyrost. Można tu bowiem liczyć najczęściej jedynie na pojedyncze, oderwane od szerszego kontekstu znaleziska, w przypadku których wystarczające jest odnotowanie dokładnego jego położenia (co akurat dla historii obojętne nie jest). Jaki bowiem szerszy kontekst (oprócz głębokości, która na polu wielokrotnie oranym jest wątpliwym konkretem, a także współrzędnych) ma położenie w glebie pojedynczej monety? Poza tym, niestety, zdecydowana większość „polnych” znalezisk to kapsle, zakrętki od alkoholi i folia aluminiowa, co potencjalnie zaangażowanego archeologa przyprawia o frustrację. Legalne poszukiwania eliminują praktycznie ryzyko wkroczenia na teren stanowisk archeologicznych, jako że w przypadku wystąpienia o zgodę na działania na terenie, gdzie takowe stanowisko się znajduje, zezwolenie albo nie będzie wydane, albo będzie ono wydane z wyraźnym wykluczeniem obszaru, jakie obejmuje stanowisko. Problem ten natomiast jest istotny podczas prowadzenia działań przez dużą rzeszę weekendowych poszukiwaczy, traktujących eksplorację pól jako odskocznię od pracy i wybierających pola orne jako bezpieczne pod kątem potencjalnego konfliktu z prawem (najczęściej działanie oparte o zgodę na wejście na pole uzyskaną od rolnika – właściciela pola). Niestety, stanowiska archeologiczne najczęściej stanowią obszary w żaden sposób nieoznaczone i zlokalizowane są one między innymi wśród pól. Wkroczenie na taki obszar następuje często bezwiednie. Problem ten potęguje brak dostępu do danych na temat stanowisk, co z kolei jest zrozumiałe, jako że dane takie mogłyby być wykorzystywane przez margines przestępczy. Jest to zagadnienie trudne, które powinno być rozwiązane w sposób systemowy, choćby przez dyskutowaną wielokrotnie na forach internetowych certyfikację poszukiwaczy i szkolenia, ale o tym później.

Należy tu jednak ponownie i jednoznacznie podkreślić, że większość poszukiwaczy, zarówno wspomnianych „weekendowych amatorów pól”, jak i tych prowadzących działania zgodnie z zezwoleniem WKZ, pragnie prowadzić swe działania zgodnie z literą prawa i w wielu dyskusjach jakie są prowadzone w środowisku temat stanowisk archeologicznych podejmowany jest właśnie w kontekście problemu braku możliwości identyfikacji takich miejsc i ryzyka wkroczenia na teren prawnie chroniony. Wola zgodnego z prawem działania uwidacznia się również w tworzonych na stronach i portalach poświęconych eksploracji różnego rodzaju „Kodeksów Poszukiwaczy”. Podkreślają one wolę przestrzegania wszelkich prawnych, moralnych i etycznych zasad nie tylko w stosunku do stanowisk archeologicznych, ale i zakazują wszelkich działań eksploracyjnych w przypadku terenów stanowiących elementy dziedzictwa historycznego i kulturowego, tj. cmentarze, mogiły, okolice kaplic, kościołów itp., a także odnoszą się do zachowania walorów środowiskowych, poszanowania prawa własności i wielu innych istotnych aspektów. Są to ważne wytyczne, wskazujące w szczególności nowym poszukiwaczom zbiór najważniejszych zasad, jakimi osoby takie powinny się kierować podczas działań poszukiwawczych. Należy tu jednak wyraźnie podkreślić, że „Kodeksy Poszukiwaczy” w żaden sposób nie zastępują aktualnego prawa w tym zakresie i nie zwalniają z prawnych procedur, w tym konieczności ubiegania się o zezwolenie na działalność eksploracyjną, a więc stosowanie się do zasad wymienionych w „Kodeksach…” nie uprawnia jeszcze do eksploracji „na własną rękę”.

Wspomniana w tytule rozdziału improwizacja odnosi się do obu stron umownej prawnej „barykady”. Poszukiwacze starający się pozostać w zgodzie z prawem próbują zatem wchodzić w różnego rodzaju współpracę, począwszy od oferowania pracy na zasadzie wolontariatu przy badaniach archeologicznych, pracach infrastrukturalnych związanych z licznymi obecnie inwestycjami, przez współpracę z lokalnymi muzeami (w których zatrudnieni są archeolodzy) i jednostkami samorządu terytorialnego po organizowanie formalnych i nieformalnych grup poszukiwawczych (stowarzyszeń zwykłych i rejestrowych). Z praktycznego punktu widzenia te ostatnie wydają się najlepszym wyjściem i dają największą szansę na stanie się partnerem dla działań prowadzonych lub tylko akceptowanych przez WKZ. Oczywiście nie jest to gwarancją sukcesu. Jak już wspomniałem, obserwuje się swego rodzaju „uczulenie” na słowo „poszukiwacz” i nawet spełnienie wszystkich prawem określonych kryteriów i wymogów nie gwarantuje pewności uzyskania zezwolenia na określone akcje poszukiwawcze. Bywa nawet i tak, że z braku konkretnych argumentów przeciw złożonemu wnioskowi, WUOZ i tak sugeruje, by w miejsce wnioskodawcy jakim jest stowarzyszenie umieścić współpracującego z nim archeologa. Jest to namacalny dowód na to, że oprócz procedur decyduje tu indywidualna interpretacja urzędu wynikająca z głęboko osadzonego w przekonaniu urzędników braku zaufania do środowiska poszukiwaczy. Pogłębia ten fakt brak doświadczeń we współpracy ze stowarzyszeniami, ale to już jest przysłowiowe „błędne koło”.

Jak widać zatem, na tle innych środowisk hobbystycznych, poszukiwacze znajdują się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Z pewnością prowadzi ona w przypadku wielu osób do zarzucenia tego hobby, ale niestety, jest paradoksalnie również przyczyną podejmowania przez część środowiska działalności nielegalnej. Wielu osobom wydaje się bowiem, że procedura pozyskania zezwolenia jest tak trudna (w szczególności w stosunku do często błahych tematów poszukiwań), że nie warto nawet próbować się z nią zmierzyć. Świadczą o tym liczne wypowiedzi na forach internetowych, w których poszukiwacze traktują urzędy jako najgorsze zło, a możliwość działania legalnego odbierają w kategoriach „science-fiction”. Zapewne, w wielu przypadkach opinie te wynikają z niewiedzy piszących i z braku podejmowania jakichkolwiek prób zmierzenia się z oficjalną ścieżką urzędową oraz na opiniach innych, równie mało doświadczonych osób. Niestety, czasem opinie te wynikają również z faktycznych trudności w tych procedurach oraz z decyzji poza proceduralnych (przypadki wydania zezwoleń osobom fizycznym w wielu regionach są sporadyczne). Być może średnia ocena obowiązującego prawa przez poszukiwaczy jest zbyt krytyczna, nie brak bowiem również zdań, że prawo aktualne jest w swych założeniach dobre (ew. niezłe), brakuje jednak w nim rozwiązań systemowych, które umożliwiłyby uregulowanie działalności szerokiej rzeszy poszukiwaczy-amatorów, w tym ich szkoleń, kontroli działalności, być może rejestracji lub certyfikacji.

Archeologia a eksploracja – profesjonalna współpraca czy konkurencja w imię profesjonalizmu.

Jak wiadomo w każdym środowisku jest zarówno dobrze jak i źle. Wszystko zależy na co popatrzymy w danym momencie, z jakim przykładem się zetkniemy, a najczęściej – z jakim człowiekiem przychodzi się nam spotkać. Prawo ma bowiem to do siebie, że jest niejednokrotnie interpretowane przez osoby je wdrażające (czy też jego strzegące), o czym pisałem powyżej. Polska jak długa i szeroka pełna jest i dobrych, i złych przykładów przedstawiających problematykę eksploracji hobbystycznej. Zagłębiając się w literaturę tematu – co w przypadku poszukiwań prowadzonych przez stowarzyszenia, zrzeszenia czy inne grupy nieformalne oznacza głównie penetrację Internetu i nieliczne na rynku książki – napotykamy szereg doskonałych relacji z podejmowanych legalnych akcji poszukiwawczych. Nadzieją napawają te, które organizowane są we współpracy z lokalnymi muzeami, izbami pamięci oraz archeologami z nimi współpracującymi. Uzupełnianie się profesjonalistów z hobbystami prowadzi do wykorzystania sił obu stron w celu pozyskania ciekawych, wartościowych materiałów badawczych. We współpracy takiej istnieje miejsce dla badawczego podejścia profesjonalistów jak i zainteresowań i pasji hobbystów, a ponadto dla wiedzy – jednych i drugich.

Legalne stowarzyszenia prowadzące akcje poszukiwawcze wzbogacając ich efektami zbiory muzealne… Archeolodzy posiłkujący się poszukiwaczami w pracach iście fizycznych, ale i poszukujący u poszukiwaczy wsparcia technicznego niezbędnego do zidentyfikowania miejsca zaginionego obiektu… Fachowa pomoc archeologów i muzealników w oznaczeniu znalezisk poszukiwaczy, a czasem pomoc poszukiwaczy w ustaleniu pochodzenia danego znaleziska… Wszystko to są prawdziwe, zaistniałe przykłady, jak najbardziej korzystnej współpracy, która na dodatek pozwala na zgłębianie nowej wiedzy, podwyższanie kwalifikacji i zdobywanie cennych doświadczeń, które z każdym następnym razem procentują.

Co zatem stoi na drodze większej ilości podejmowanych wspólnie działań? Głównie zakorzenione nastawienie oraz ugruntowane przez złe doświadczenia i medialne relacje o „złych poszukiwaczach” i „złych urzędnikach”… Czasem zaś, zupełnie nieformalnie, zatajona za mgłą oficjalnych i często powtarzanych argumentów – konkurencja. Nie jest bowiem całkiem pozbawiona sensu, powtarzana często na internetowych forach teoria, która głosi: „Poszukiwaczy i archeologów jest wielu, a ziemi i ukrytych w niej artefaktów nie przybędzie…”. Czyż nie jest zatem trochę tak, że pod płaszczem haseł niezrozumienia i w imieniu przestrzegania prawa jedni (archeolodzy, konserwatorzy) zabraniają eksploracji prowadzonej przez konkurencyjnych dla nich poszukiwaczy, a drudzy (niezrzeszeni poszukiwacze) w mętnej wodzie narzekania na prawo i złych urzędników nie podejmują nawet prób legalnego działania? Czy nie jest zatem prawdą, że obecne prawo ułatwia – poprzez brak systemowego, łatwego narzędzia współpracy pomiędzy Urzędami a poszukiwaczami – wzajemne usprawiedliwianie braku współpracy, gdy w rzeczywistości większość po obu stronach do niej nie dąży? Trywializując zatem i zakładając złe intencje, można by rzec: po co poszukiwaczowi nadzór archeologiczny a archeologowi poszukiwacz-pasjonat nad głową? Po co nam ktoś patrzący na ręce?

Niestety, obawiam się, że powyższe powody (zagmatwane prawo, ukryte intencje, a zatem konflikt interesów, a nie wspieranie się we wspólnej sprawie) są głównym problemem, który oficjalnie nazywany jest brakiem zrozumienia, łamaniem prawa, itp., itd. Nikt oficjalnie nie nazwie „konkurencją” dzisiejszego stosunku pomiędzy archeologiem/badaczem a poszukiwaczem/hobbystą, choćby z samego powodu mocno zróżnicowanej pozycji prawnej obu stron. Biorąc pod uwagę jednak medialne donosy o wykroczeniach popełnianych w obu środowiskach, trudno nie mieć takiego skojarzenia.

Na tym tle, godnym pochylenia czoła i piania peanów są sytuacje, pokazujące jak wiele można zrobić, gdy oba obozy potrafi scalić zamiłowanie do historii i poszukiwania jej śladów. Przypadki, w których archeolodzy współpracują z poszukiwaczami, w tym nawet szkolą członków stowarzyszeń eksploracyjnych to ciągle ewenement w naszym kraju, dający jednak nadzieję na zmiany. Jestem przekonany, że pozytywne efekty wspólnych działań mogą na skalę lokalną przyćmić wszelkie złe skojarzenia jakie budzi wykreowany przez media „poszukiwacz-przestępca”. A o taką, lokalną właśnie, współpracę chodzi. Prowadzenie akcji poszukiwawczych daje bowiem najlepszy wydźwięk, gdy ich efektem jest zachowanie lokalnego/regionalnego dziedzictwa, gdy pozyskane artefakty wzbogacają lokalne muzea, dokumentujące historię regionu. Muzea te są (mogą być) ważnymi partnerami dla poszukiwaczy i stowarzyszeń eksploracyjnych. Pod warunkiem, że mogą (będą mogły) taką współpracę podejmować. Nie przez przypadek zawarłem słowa „mogą być” i „będą mogły” w nawiasach. Jak już wspomniałem na początku niniejszego rozdziału „jest zarówno dobrze jak i źle” – zależy gdzie. Osobiście mam już doświadczenia w owocnej współpracy z muzeami, ale mam też doświadczenia, z których wynika obawa reprezentantów tych placówek przed „wychylaniem się przed szereg”. Jak to powiedział mi raz jeden kustosz lokalnego muzeum w rozmowie na temat ewentualnej współpracy: „wiem, że takie działanie byłoby dla nas doskonałe, ale… jakbym się na nie zgodził to byłbym czarną owcą”…

Rodzi się jeszcze jedno, powtarzane często w środowisku poszukiwaczy, pytanie związane z tematem konkurencji. Czy na pewno poszukiwacze są dużym zagrożeniem dla potencjalnych stanowisk i zalegających w ziemi artefaktów, w szczególności tych, którymi zainteresowani są archeolodzy? Biorąc pod uwagę fakt, że profesjonalna eksploracja stanowisk archeologicznych często (lub bardzo często) poprzedzana jest mechanicznym zdjęciem pokaźnej warstwy humusu, odpowiadającej najnowszym dziejom, które badaczy w danym miejscu nie interesują. Tymczasem, poszukiwaczy najczęściej interesuje właśnie to, co zalega w tej najpłytszej warstwie, np. ślady najnowszej historii, w tym obu Wojen Światowych (pomijając sam fakt zasięgu działania popularnych wykrywaczy, umożliwiający penetrację tylko tej warstwy). Kwestią zasadniczą bowiem jest faktyczna możliwość zaszkodzenia przez poszukiwaczy eksploracją za pomocą wykrywaczy metalu, np. na terenach, gdzie profesjonaliści odkrywają/odkryli stanowisko kultur sprzed okresu brązu/żelaza. Myślę, że ta różnica „zakresu działania” pokazuje bardziej możliwość współpracy poszukiwaczy z archeologami i wzajemne uzupełnianie się, na przykład na etapie rozpoczynania badań, sprawdzania wierzchnich warstw humusu, przed ich zdjęciem – niż faktyczną konkurencję. Czy nie jest bowiem tak, że o wiele większym zagrożeniem od wykrywaczy i ich właścicieli dla artefaktów czekających na swych znalazców jest sam czas zalegania w ziemi i działające na nie czynniki, tj. wilgoć, uprawy agrotechniczne, nawozy mineralne, odczyn gleby i inne…

Eksploracja w mediach.

Sporo już na ten temat powiedziano. Nie tylko w tym artykule. Fora internetowe krzyczą na temat tego, co pokazywane jest w mediach, a co tyczy się działań poszukiwaczy. Gazety i telewizja pokazują to, co dobrze się sprzedaje. Zgodnie z zasadami marketingowymi złe przykłady same się nagłaśniają, a biorąc pod uwagę nasze cechy narodowe jakimi są narzekanie i malkontenctwo, najchętniej przekazywane są informacje z natury rzeczy negatywne i tylko takie mogą stać się sensacją. To kupuje społeczeństwo, więc na to jest popyt i to kreują media. Któż kupi dziś gazetę opowiadająca jedynie o pozytywnych oddolnych inicjatywach? Kogo obchodzi fakt, że w wiosce X. dzieci szkolne posadziły kwiaty na klombie? Kto o tym w ogóle napisze? Chyba tylko sołtys tej wsi w miejscowej gablocie ogłoszeniowej. Gdyby jedno z tych dzieci zagryzł pies, wszystkie media zjechałyby się do tej wiosko w godzinę. Taka jest natura dzisiejszych medialnych wiadomości i popytu na informację. Stąd mamy nieszczęście gotowe.

Internet, główny dostarczyciel szybkich wiadomości w naszych czasach, bombarduje nas zatem np. wieściami o niespełna rozumu obywatelach, którzy wykopują niewypały, odłamki, fragmenty broni i amunicji i zawożą je na domiar złego na złom, cudem nie ulegając samo destrukcji. Inne media, w tym niestety i strony internetowe służb, pośród jak najbardziej słusznych relacji o przeróżnych wykroczeniach, rozpisują się m.in. o błyskotliwych akcjach likwidacji składu broni, którą w rzeczywistości stanowi sentymentalna kolekcja bogu ducha winnego emeryta, w skład której wchodzą same nie nadające się do użycia eksponaty (właściciel przy okazji przeżywa stan przedzawałowy po ataku służb występujących w imieniu praw demokratycznego społeczeństwa, za które to prawa ów delikwent oddał pół życia). Innym razem dowiadujemy się o zatrzymaniu „handlarza antyków”, którym okazuje się nastolatek wystawiający na Allegro boratynkę (oczywiście, jego błąd… ale z drugiej strony – jakie muzeum jest zainteresowane takim „antykiem”?)… Do tego setki innych, równie dramatycznych wiadomości, w tym oczywiście duża część jak najbardziej słusznych, ponieważ z gruntu rzeczy piętnowania godne są przypadki nielegalnego pozyskiwania zabytków, plądrowania stanowisk archeologicznych, działalności paserskiej, handlu zabytkami w Internecie itp. Nie mniej jednak proporcje wiadomości negatywnych do pozytywnych oscylują w okolicach 80/20, a może i stosunek ten jest jeszcze gorszy. W tyle nie pozostają niestety także i naukowcy, od których oczekiwałoby się zbliżonego do obiektywnego podejścia, wykraczającego poza ramy i specyfikę danej nauki oraz poszukiwania dla niej nowych dróg i narzędzi eksploracji, którzy niestety także zajęli się piętnowaniem „złych poszukiwaczy”, nie zauważając pozytywnych przykładów.

Jaka zatem jest szansa, by komercyjne media pokazywały zupełnie nie sensacyjne przypadki pozytywnej współpracy archeologów z poszukiwaczami? Niewielka. Trudno jest nawet liczyć na podanie do wiadomości publicznej pozytywnego zakończenia wiadomości, która podana była jako typowo negatywna i sensacyjna (np. fakt oddania zbioru wspomnianemu starszemu Panu, gdy okazało się, że jego zbiór jednak nie był żadnym zagrożeniem; wiadomość taka byłaby przecież porażką służb, a przecież chodzi o propagandę sukcesu, nieprawdaż?).

Pozytywne doświadczenia i ich efekty muszą zatem walczyć same, propagowane przez swoich sprawców i sympatyków, a także przez światłych, sprzyjających sprawie dziennikarzy, którzy nie zapomnieli o bezstronności swego zawodu. Być może, znając zagadnienie, sam fakt legalnej możliwości działania poszukiwaczy uznali oni za wystarczająco sensacyjny, że aż warty nagłośnienia, ale to już tylko dodatkowa dygresja. Gdzie zatem szukać pozytywnych przykładów? Głównie na portalach eksploracyjnych i stronach internetowych stowarzyszeń poszukiwaczy, a także w lokalnych mediach, które z chęcią przedstawiają rzeczy, które na skale lokalną są niecodzienne, nowe. O współpracy poszukiwaczy z urzędami i archeologami można przeczytać też na forach internetowych, ale tu mamy już do czynienia ze swoistego rodzaju mieszaniną złych i dobrych wiadomości, ponieważ sami poszukiwacze-internauci ulegają presji negatywnej informacji i zgodnie z jej nurtem zamieszczają odnośniki (linki) do negatywnych wieści, nie zdając sobie zapewne sprawy z faktu, że czynem tym nie przysługują się do poprawy wizerunku poszukiwaczy jako takich w ogóle. Dobrym przykładem jest współpraca z lokalnymi mediami podczas organizowania legalnych akcji poszukiwawczych. Lokalna/regionalna gazeta lub telewizja z chęcią przysyła swych dziennikarzy w celu przygotowania ciekawego reportażu z działań w terenie. Z doświadczenia warto jednak dodać, że wiadomość jaka ma być emitowana przez media powinna być sprawdzona bądź wręcz przygotowana przez zainteresowaną tą wiadomością stronę, a nie tylko przez samego dziennikarza. Nie jest to oczywiście wina jedynie dziennikarzy, że wiadomość ostatecznie emitowana czasem mija się z prawdą, a zaplanowane w niej przesłanie obraca się w coś zupełnie odwrotnego. Pamiętajmy, że dziennikarz co chwilę przekazuje inne wiadomości, za każdym razem z innej branży, czasem przygotowuje po kilka różnych tematów na dobę. Czuwanie nad treścią ma zatem głęboki sens. Może się bowiem okazać, że materiał z wzorowej akcji poszukiwawczej, filmowany przez dwie godziny, poddany potem cięciom i obróbce, przyjmie formę pięciominutowej wstawki, zmontowanej akurat z sekwencji poświęconych problemom nielegalnej eksploracji, a nie efektom legalnej akcji. Jednym słowem: media mogą być wielkim sprzymierzeńcem poszukiwaczy i ich legalnych działań, ale wiele zależy od postępowania samych poszukiwaczy oraz od umiejętności przygotowania informacji i zainteresowania mediów tym rodzajem przekazu.

Portale poszukiwaczy.

Internet oferuje dziś mnogość informacji związanej z poszukiwaniami, w tym najciekawsze, a mianowicie relacje z działań poszczególnych osób i organizacji. Obowiązujące prawo odciska wielkie piętno na zawartości tych wiadomości, ponieważ wywołuje strach przed pokazaniem znalezisk czy wręcz przed informowaniem o jakiejkolwiek działalności osób niezrzeszonych, prowadzących poszukiwania na własną rękę – czyli bez oficjalnego zezwolenia. O ile zrozumiałym jest ukrywanie się osób, które łamią prawo z premedytacją i prowadzą grabieżczą działalność w celu osiągnięcia zysku (podkreślam: zrozumiałe jest ich ukrywanie się, a nie działanie), o tyle smutnym jest fakt konieczności takiego ukrywania się przez typowych hobbystów-poszukiwaczy, których efekty działań rzadko wykraczają poza złom militarny z epoki II WŚ lub pojedyncze, pochodzące z ostatnich kilku dziesięcioleci monety, guziki. Znaleziska takie pozostają poza jakimkolwiek zainteresowaniem konserwatorów, a dla hobbysty-zbieracza są cennym znaleziskiem. Wystarczy poczytać wpisy na którymkolwiek z forów poszukiwaczy, by stwierdzić ile jest tam pasji i zaangażowania, ile dyskusji wokół przedmiotów, które z punktu widzenia wielowiekowej historii są tylko pyłem, śmieciami najnowszej epoki.

Nie będzie przeszacowaną ocena mówiąca o co najmniej kilkudziesięciu forach i kilkunastu większych portalach poszukiwawczych w Polsce. Niektóre z nich stały się już pewnego rodzaju mekką czy wręcz wyrocznią dla poszukiwaczy, choćby w kwestii oznaczania pochodzenia i znaczenia znalezisk zgłaszanych przez użytkowników. Na wielu tego typu stronach internetowych działają także i archeolodzy, a dyskusje tam prowadzone pomagają w docieraniu wspólnych poglądów, a nierzadko także prowadza do wspólnego rozwiązania problemu, zagadki związanej z danym artefaktem. Portale poszukiwaczy są organizatorami większych akcji eksploracyjnych, imprez środowiskowych, w tym także historyczno-rekonstrukcyjnych, a często też stanowią płaszczyzny wokół których zrzeszają się Członkowie stowarzyszeń eksploracyjnych. Większe, działające już od co najmniej kilku lat serwisy stają się poprzez swą merytoryczną działalność strażnikami promowanych przez środowisko, wspomnianych już wcześniej, Kodeksów Poszukiwaczy, a więc miejscami propagowania legalnej eksploracji, w których nie toleruje się już „wolnej amerykanki” w terenie i gdzie piętnuje się nieodpowiednie lub niebezpieczne (militaria) zachowania. Warto również dodać, że nie gdzie indziej jak właśnie na portalach internetowych trwają już czas jakiś zagorzałe dyskusje na temat uregulowań prawnych eksploracji w Polsce oraz wysnuwane są różnego rodzaju propozycje zmian prawnych, porządkujących tego typu działalność.

Tak jak i we wspomnianych mediach publicznych, tak i na forach internetowych nie brak oczywiście wypowiedzi populistycznych czy negatywnych opinii młodocianych poszukiwaczy-frustratów, którzy na swej chorągwi niosą tylko znaki cierpiętnictwa i wolę walki do ostatniej kropli krwi. Postrzeganie Urzędów jako zła koniecznego i odwiecznego wroga powoduje, w szczególności u młodszych użytkowników forów, którzy z natury rzeczy są przesyceni skłonnościami rewolucyjnymi, narastanie niepotrzebnej agresji i odchodzenie od meritum zmian, do jakich należałoby dążyć. Natomiast istnieje pokaźna grupa poszukiwaczy pasjonatów, historyków, a zapewne i archeologów (oraz np. studentów tych kierunków), którzy w rzeczowych dyskusjach zgłaszają propozycje, które zarówno mogłyby ułatwić życie poszukiwaczom, jak i przysporzyć partnerów archeologom i konserwatorom. Szkoda tylko, że Ci ostatni tak rzadko oficjalnie prezentują swe poglądy na forach publicznych i unikają środowisk poszukiwaczy, ponieważ otwarta dyskusja mogłaby przyspieszyć zmiany, wnieść wiele dobrego, a w ostateczności na pewno jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Nie omieszkują natomiast publikować tu i ówdzie artykułów o nielegalnej eksploracji, z premedytacją pogłębiając obecny wizerunek poszukiwacza. Niestety, zawartość informacji internetowej w tym zakresie ewidentnie przynosi skojarzenia ze wspomnianą powyżej konkurencją obu środowisk.

Reasumując, portale poszukiwawcze, jak i wspomniane fora internetowe, stały się doskonałą platformą wymiany informacji, miejscem zaznaczania swej obecności przez liczne środowisko poszukiwaczy, w tym również świadectwem rzeczowego podejścia do problemu jakim jest obecny status poszukiwacza w Polsce. Warto wykorzystać potencjał zaangażowanych w otwartą debatę uczestników tych forów, by kreowane w przyszłości rozwiązania prawne (o ile zmiany w tym zakresie nastąpią) uwzględniały zarówno interesy obu stron, jak i pozwalały w dalszym ciągu (a może raczej dzięki współpracy: lepiej) zabezpieczyć przed zniszczeniem lub zapomnieniem dziedzictwo historyczne i kulturowe, którego świadectwem są przedmioty, artefakty pozyskiwane przez archeologów i poszukiwaczy.

Stowarzyszenia.

Stowarzyszenia stały się od lat 90-tych najlepszą formą prawną, w której ramach rozwijają się w Polsce wszelkie oddolne inicjatywy społeczne, w tym te, których celami statutowymi są aspekty zachowania dziedzictwa narodowego. Jest to bardzo uniwersalna forma, pozwalająca na zrzeszanie się osób i instytucji o podobnych poglądach, interesach czy zainteresowaniach oraz – poprzez posiadaną osobowość prawną – na podejmowanie konkretnych rzeczowych działań merytorycznych i pozyskiwanie funduszy na ich realizację. Środowiska poszukiwaczy szybko odnalazły się w tej formie prawnej. Obecnie mamy do czynienia z szeregiem stowarzyszeń eksploracyjnych, działających głównie na skalę lokalną, sporadycznie także podejmujących działalność na terenie całego kraju. Stowarzyszenia te stały się także bardziej wiarygodnym partnerem dla Wojewódzkich Konserwatorów Zabytków, ponieważ ich działalność opiera się o konkretne zapisy statutowe (cele i sposoby działania), a w niektórych przypadkach także o regulaminy wewnętrzne, stojące na straży przestrzegania przepisów prawnych w zakresie eksploracji. Partner jakim jest Stowarzyszenie, osadzony mocno w strukturach prawa, łatwiej zdobywa zaufanie WUOZ, choć i od tej reguły są wyjątki (wspomniany przeze mnie na wstępie przypadek sugestii zmiany wnioskodawcy na archeologa). Na obecną chwilę wydaje się jednak, że tego typu rozwiązanie jest najlepszym wyjściem dla osób, pragnących prowadzić zorganizowane, legalne akcje poszukiwawcze. Jakość działania stowarzyszenia zależy od samych jego członków oraz od wzajemnych postanowień, choćby w zakresie piętnowania niewłaściwego postępowania czy właściwego doboru członków, dobrego ich poznania.

Stowarzyszenia poszukiwawcze rozwijają się dość dynamicznie i poprzez efekty swej działalności pokazują sens istnienia i zrzeszania się w większe grupy celowe. Proces ten jednak nie jest łatwy. Nieformalna grupa osób, na drodze do zarejestrowania w formie stowarzyszenia, musi sprostać szeregom wymogów prawnych. Wystarczy wymienić: organizację walnego zebrania założycielskiego, sporządzenie wymaganych uchwał, wypełnienie formularzy rejestrowych do KRS, księgowość i konto bankowe, polityka rachunkowości oraz związane z tym wszystkim koszty, w tym koszty usług prawnych. Często bowiem bez pomocy specjalistów rejestracja i prowadzenie stowarzyszenia, a przede wszystkim księgowość, dla przeciętnego obywatela jest zbyt wielkim wyzwaniem. Z jednej strony można zatem powiedzieć, że założenie stowarzyszenia jest doskonałą drogą do uwiarygodnienia naszej działalności (czy też jedyną drogą do prowadzenia tejże w ogóle), lecz z drugiej, można zapytać, jak wielką cenę należy zapłacić, by od czasu do czasu móc pochodzić z wykrywaczem po zaoranym polu. Temat rzeka, można by rzec lub skwitować: chcesz działać, to się rejestruj. Niestety, wiele osób taka droga zniechęca lub przerasta. Świadczą o tym zdarzające się na forach internetowych dyskusje o zakładaniu stowarzyszeń i ich skutki – często temat ten jest zarzucany z powodu zbyt małej ilości zainteresowanych osób lub braku doświadczeń tych, które pragną zmierzyć się z problemem.

Faktem jednak niezaprzeczalnym jest, że każda dobrze zorganizowana akcja poszukiwawcza, w której partnerem stowarzyszeń są muzea, archeolodzy, szkoły i inne lokalne instytucje promieniuje przykładem, dającym szanse na rozwój pozytywnych stosunków na linii „stowarzyszenie-WKZ” i realizację kolejnych zadań, a to motywuje nowe grupy do rejestracji. W Internecie z łatwością znajdziemy opisy tak prowadzonych działań, czego efektem jest nie tylko ilość pozyskanych i eksponowanych artefaktów, ale przede wszystkim (z punktu widzenia podejmowanej tu problematyki) zmiana wzajemnego postrzegania się partnerów, doceniania ich roli, a także zrozumienia motywów, jakimi kierują się w swych działaniach. Stowarzyszenia poszukiwaczy prowadzą samodzielne (bądź pod nadzorem archeologicznym) akcje poszukiwawcze, pomagają w rekonesansach terenowych, mających na celu sprawdzenie istniejących hipotez, wspierają od strony techniczno-sprzętowej niektóre działania prowadzone z urzędu, a także prowadzą często szereg innych, pokrewnych, jakże potrzebnych inicjatyw, jak np. działania edukacyjne w zakresie ochrony dziedzictwa narodowego, poszanowania dóbr kultury i środowiska naturalnego, akcje oczyszczania miejsc i obiektów zabytkowych, pełnią rolę społecznych opiekunów zabytków. Stowarzyszenia stały się partnerami muzeów i innych placówek oświatowych, czasem ich siedziby są zlokalizowane w tych placówkach (wzajemna pomoc organizacji).

Należy mieć nadzieję, że zrzeszanie się poszukiwaczy-hobbystów w formy stowarzyszone pomoże w najbliższej przyszłości podwyższyć jakość działań poszukiwaczy (szkolenia, kontakty z profesjonalistami, udział w pracach archeologicznych), zjednoczy środowisko (na forach dyskutowane są kwestie powstania ogólnopolskiego zrzeszenia), pomoże przezwyciężyć złe postrzeganie poszukiwaczy, a w dużej mierze również ograniczy działanie osób niezrzeszonych, których niewłaściwe działanie piętnować będą współpracujące z WUOZ organizacje. Wydaje się, że jest to droga przynosząca wiele korzyści zarówno poszukiwaczom, jak i Urzędom. Działanie w organizacjach to także możliwość podejmowania większych wyzwań, w czym dużą rolę będą miały projekty współpracy miedzy stowarzyszeniami lub ogólnopolskie porozumienie tych organizacji. Dal spójności celów wszystkich zainteresowanych stron idealną sytuacją byłoby równomierne zaangażowanie w proces kreowania, wspierania i edukowania organizacji eksploracyjnych, w tym zaangażowanie archeologów i konserwatorów w planowanie prac z udziałem Stowarzyszeń. Być może brzmi to na razie wizjonersko, ale postęp jaki daje się zauważyć w kontaktach stowarzyszeń z Urzędami oraz pomiędzy stowarzyszeniami rokuje na daleko idące zmiany w tym zakresie.

Co dalej?

Niejednokrotnie w niniejszym artykule podnosiłem kwestię rozwiązań prawnych oraz zmian, jakie z pewnością są oczekiwane, przynajmniej przez środowisko poszukiwaczy. Pora zatem na zgłębienie tego zagadnienia. Poszukiwacze, często w sposób ślepy, przenoszą do dyskusji na forach internetowych korzyści jakie dają rozwiązania prawne w innych krajach europejskich, dostrzegając dość jednostronnie podstawową korzyść jaką jest swobodniejsza eksploracja. Podstawą tego jest – co tu kryć – czysta zazdrość kierowana pod adresem poszukiwaczy w tych krajach, gdzie do uprawiania umiłowanego hobby wystarczy zgoda właściciela terenu (o korzyściach ze znalezienia artefaktów, oficjalnym ich zgłaszaniu i o ewentualnych nagrodach nie wspomniawszy, bo nie na tym chcę się koncentrować). Włożę tu zapewne ponownie kij w mrowisko i nie przysporzę sobie zwolenników wśród poszukiwaczy, stwierdzając, że np. często cytowane „rozwiązania angielskie” mają swe pozytywne aspekty, ale mają i negatywne. Do pozytywów należą tu na pewno: łatwość prowadzenia działań, powszechność informacji o lokalizacji terenów, gdzie działań prowadzić nie wolno, w tym specjalistyczne wydawnictwa kierowane do poszukiwaczy; nagradzanie znalazców (nie tylko dyplomem, ale znaczącym procentem wartości znaleziska). Podstawowym zatem pozytywnym efektem tego systemu jest statystycznie częstsze niż u nas odkrywanie i zabezpieczanie prawdziwie cennych znalezisk, bowiem ograniczone kadrowo służby konserwatorskie są wspierane wielotysięcznym środowiskiem poszukiwaczy-amatorów. Są oczywiście i ujemne strony. Wolna eksploracja (to znaczy nie zupełnie wolna, ale ułatwiona, bo nie wymagająca specjalnego zezwolenia z urzędu) niesie za sobą wiele strat i zniszczeń, swoboda działania powoduje bowiem możliwość eksplorowania dowolnego stanowiska przez niewykwalifikowane osoby, które jako wartościowe uznają tylko te przedmioty, które „dzwonią” pod cewką wykrywacza, doprowadzając do zatracenia wielu innych danych kontekstowych. Jest to naprawdę ważny aspekt. Pozwolenie na całkowicie dowolną eksplorację nie powinno mieć miejsca. Natomiast traktowanie całego terenu kraju jako potencjalnego stanowiska archeologicznego wydaje się równie absurdalne, aczkolwiek, oczywiście – wszędzie może dojść do cennego odkrycia. Wszak po to szukamy, prawda?

Co zatem jest proponowane w dyskusjach na forach internetowych? Po pierwsze „zmiany poprzez edukację” (nie tylko przez karanie), które to zmiany mogłyby przyjąć formę szkoleń dla potencjalnych poszukiwaczy i ich rejestrację. Rejestracja wykrywaczy to stanowcza przesada, poza tym (na przykładzie broni) wiadomo, że zainteresowane osoby zawsze znajdą sposób na posługiwanie się niezarejestrowanym sprzętem (rozwiązanie takie byłoby prawie niemożliwe). Natomiast rejestracja poszukiwaczy, połączona z ich szkoleniem (i okresowym podwyższaniem kwalifikacji) dawałaby pierwszy próg pewności, że osoby decydujące się na szkolenie i rejestrację (choćby przez podawanie swych danych) nie mają złych intencji w swym działaniu. Ponadto, drugim elementem mogłoby być preferowanie w wydawaniu zezwoleń dla osób zrzeszonych w stowarzyszeniach eksploracyjnych, dających gwarancję odpowiedzialności za działania swych członków, o czym pisałem wcześniej (np. na poszukiwania na terenach kluczowych z punktu widzenia Urzędów czy też na terenach o większej powierzchni, gdzie oczekiwane jest działanie większej ilości osób itp.). Dodatkowo, rozważyć można wprowadzenie opłat za szkolenia i certyfikację (rejestrację), które pokrywałyby koszty organizacji szkoleń i prowadzenia rejestru lub przekazywane byłyby na fundusze, których celem jest ochrona zabytków. Jednak ten pomysł komentowany jest różnie. Nie brak na przykład uwag, że wprowadzenie zbyt wysokich opłat byłoby niewspółmierne do woli uprawiania „niedzielnego hobby” lub mogłoby stać się próbą rozwiązania problemu braku funduszy na konserwację zabytków. Wreszcie na koniec, czwartym elementem podstawowym byłoby wprowadzenie bardzo wysokich kar (a raczej faktyczne ich egzekwowanie, gdyż i dziś kary przewidywane za nielegalną eksplorację są wysokie) za prowadzenie eksploracji bez rejestracji i przeszkolenia (dowód takowych należałoby mieć przy sobie). Uzupełnieniem takiego systemu mogłoby być uproszczone zgłaszanie przez zarejestrowanego poszukiwacza intencji podjęcia konkretnych działań w terenie, co umożliwiłoby sprawdzenie ewentualnej kolizji jego działań ze stanowiskiem archeologicznym (procedura ta musiałaby być dużo prostsza niż dzisiejsze ubieganie się o zezwolenie, np. drogą elektroniczną po zalogowaniu się, oraz – dzięki rejestracji i szkoleniom, a więc istnieniu na liście rejestrowanych poszukiwaczy – umożliwiałaby działalność pojedynczym osobom, a nie tylko w formie grupowej). Nad efektami działań grupowych czuwałyby same stowarzyszenia, które w przypadku stwierdzenia niezgodnego z prawem działania poszukiwacza (członka) mogłyby wyciągać wobec niego stosowne konsekwencje przewidziane regulaminem wewnętrznym stowarzyszenia, z usunięciem takiej osoby ze stowarzyszenia włącznie, co jednoznacznym byłoby z usunięciem jej z listy rejestrowanych poszukiwaczy. Każde działanie terenowe zakończone byłoby przedłożeniem efektów w postaci pozyskanych artefaktów (bądź ich zdjęć) Urzędowi, celem ich oceny, tak jak to ma miejsce dzisiaj (w przypadku częstych działań, wystarczałoby sprawozdanie okresowe). Przedmioty, które z punktu widzenia WUOZ nie posiadałyby żadnej wartości historycznej, naukowej, bądź muzealnej mogłyby pozostać w rękach znalazcy. Absolutnie nie zmieniłyby się zasady, mówiące o konieczności odstąpienia od eksploracji i poinformowania archeologa w przypadku stwierdzenia podejrzenia, że przedmiot/obiekt, na który natrafiliśmy może stanowić cenne stanowisko wymagające profesjonalnego badania. Wspomniane przy nawiązaniu do „rozwiązań angielskich” tzw. „warunki odkupienia znaleziska” przez Skarb Państwa czy instytucje muzealnicze (u nas: skromne nagrody lub dyplomy) na pewno pozostawiają wiele do życzenia, a odgrywają – nie ma co ukrywać – wielkie znaczenie w skuteczności pozyskiwania cennych eksponatów i w zapobieganiu wyciekaniu ich do prywatnych – krajowych i zagranicznych – kolekcji. Miałem jednak nie wspominać o kwestiach finansowych (zakładam bowiem, że i na to kiedyś przyjdzie czas, a na razie najważniejszy jest sam system współpracy), zatem jako element podstawowy takowego systemu stawiałbym edukację poszukiwaczy prowadzoną przez profesjonalistów – archeologów/urzędników, która dawałaby podstawy jakościowo dobrego działania oraz wzajemnego zaufania, które jest tutaj chyba kluczowe. Bez „kredytu zaufania” jakim należałoby obdarować poszukiwaczy zgłaszających wolę współpracy, trudno mówić o sprawdzeniu faktycznej możliwości współdziałania czy o jego ocenie przed faktem, co niestety jest udziałem niektórych urzędników.

Propozycje tego typu rozwiązań, w różnych wariantach, pojawiają się raz po raz w dyskusjach poszukiwaczy, czasem z udziałem archeologów, na forach eksploracyjnych. Powyższy przykład to nie uniwersalne, jedyne rozwiązanie. Zapewne ma ono wiele elementów wymagających poprawy, dyskusji. Może być jednak przyczynkiem do zastanowienia się nad wprowadzeniem takiego mechanizmu. Reasumując, istniejące dziś rozwiązania prawne nie są ani do końca złe, ani dobre, ale na pewno wymagają pewnego rozszerzenia (uszczegółowienia, np. pojęcia „zabytek archeologiczny”, według którego może nim być obecnie np. łuska karabinowa sprzed 1945 r.) i umożliwienia otwarcia się na współpracę obu środowisk – archeologów/konserwatorów/urzędników i poszukiwaczy. Natomiast rozwiązania istniejące w krajach zachodnich (i ościennych) mogą być inspiracją dla zmian w tym zakresie, lecz nie powinny być wzorcem kopiowanym w sposób bezkrytyczny.

A co dalej w rozwoju stowarzyszeń? Tak jak i w przypadku innych środowisk (zawodowych, hobbystycznych, branżowych) należy się spodziewać, że w miarę przybywania kolejnych zorganizowanych grup eksploracyjnych naturalną koleją rzeczy będzie powstanie jakiegoś rodzaju ich zrzeszenia, działającego na skalę krajową. Instytucja taka (zrzeszenie, forum? – jakkolwiek byłaby zorganizowana) pełniłaby rolę reprezentanta wszystkich zrzeszonych poszukiwaczy w kraju, stanowiłaby pewną siłę lobbystyczną, dzięki której wspólnie ustalone kierunki działań, w tym propozycje zmian prawnych, mogłyby być przedstawiane na wysokim szczeblu politycznym. Wiadomo, że jeden głos reprezentujący kilkadziesiąt tysięcy obywateli jest o wiele lepiej słyszany niż wszystkie osobno (czyli niż głosy, z jakimi mamy do czynienia teraz). Być może zrzeszenie takie mogłoby mieć znaczącą rolę w systemie certyfikacji poszukiwaczy, w organizacji szkoleń czy monitoringu działań poszukiwawczych na terenie całego kraju. Instytucja taka, jeśli powstanie, powinna w przyszłości być ścisłym partnerem poszczególnych WUOZ.

Podsumowanie.

Wydaje się zatem, że problemem podstawowym leżącym na drodze możliwości działania poszukiwaczy w Polsce jest zatem nie fizyczna niemożność działania lecz ugruntowane w świadomości społecznej, w tym urzędników, zaszufladkowanie poszukiwaczy i postrzeganie ich na sposób wykreowany przez media masowe i służby jako osoby związane jednoznacznie z procederami przestępczymi. Chęć dostrzeżenia możliwości współpracy pokazują zarówno zorganizowane w postaci stowarzyszeń środowiska eksploracyjne, jak i niektóre Urzędy. Możliwość taką dokumentują przede wszystkim konkretne czyny – zrealizowane wspólnie akcje poszukiwawcze i ich efekty. Każde nowe doświadczenie, każdy zrealizowany wspólny projekt, przybliża obie strony i pokazuje, że w gruncie rzeczy wszyscy stoją po jednej stronie być może nieistniejącej barykady. Realizacja legalnych akcji poszukiwawczych z udziałem amatorów, to także sposób do marginalizowania działalności przestępczej, słusznie, aczkolwiek czasem zbyt hałaśliwie piętnowanej (niewspółmiernie do czynu). Polityka edukacji i zmian postaw, a także pokazania możliwości łatwiejszej, legalnej współpracy może diametralnie zmienić stosunek urzędników do poszukiwaczy i odwrotnie. Do tego ważnym elementem musi się stać pozytywny medialny wizerunek poszukiwaczy, będących partnerami archeologów, a więc całkowita zmiana przesłania jakie kreowane jest w mediach masowych. Oczywiście zmiana ta musi nastąpić poprzez dobre przykłady współpracy, ale tych jest na szczęście coraz więcej. Ważnym aspektem jest również równe stosowanie przepisów i nie interpretowanie ich w sposób dowolny. Interpretacja taka powoduje, że to, co jest możliwe do zrealizowania w jednym regionie – w innym nie jest…

Zmiany, jeśli mają nastąpić, muszą odbyć się na drodze debaty, w której powinny w równym stopniu uczestniczyć, w sposób zaangażowany, środowiska archeologów, konserwatorów, urzędników i poszukiwaczy – zrzeszonych i niezrzeszonych. Wysłuchanie wszystkich racji może stać się podwaliną dobrego rozwiązania.

Autor jest poszukiwaczem-amatorem, współzałożycielem i Sekretarzem Stowarzyszenia Poszukiwaczy Śladów Historii „SAKWA”, a także działaczem i animatorem innych inicjatyw społecznych, w tym stowarzyszeń lokalnych i ogólnopolskich. Na co dzień szkoleniowiec i doradca w zakresie wspierania inicjatyw lokalnych i rozwoju obszarów wiejskich. Absolwent Akademii Rolniczej w Poznaniu.

Komentarze i opinie na temat artykułu można nadsyłać na adres mailowy Stowarzyszenia „SAKWA”: dosakwy@o2.pl