Minęło dwa tygodnie od chwili, gdy opuściliśmy gościnne strony Lubelszczyzny, podbudowani efektami ostatnich poszukiwań. Wróciliśmy do domów i dyskutowaliśmy na forum o przebiegu Akcji i pozyskanych artefaktach. A było o czym, ponieważ lista znalezisk, jaka znajdzie się w raporcie będzie długa (na razie trwa czyszczenie i sporządzanie dokumentacji fotograficznej). Zadowoleni z tego, co przeszło do historii szybko zaczęliśmy się zastanawiać, kiedy ponownie uda nam się pojechać na wschodnie rubieże kraju. No i długo nie trzeba było czekać – decyzja o kontynuacji działań zapadła prawie od razu. Dwa tygodnie odpoczynku, „wyprostowanie” spraw w pracy i domach, pozyskanie „wizy wyjazdowej” od rodzin i można było planować detale kolejnego wyjazdu.
Dla mnie wymagał on nie lada logistyki, ponieważ Akcja przewidziana była na piątek/sobotę, a od środy byłem w wyjeździe delegacyjnym, w Pułtusku. Nie muszę przekonywać zapewne nikogo, jak wygodnie jest pakować się na dwa tak skrajnie różne wyjazdy, to jest pogodzić w podróżnej torbie wyjściowe ciuchy przeznaczone na uroczysty kongres oraz wykrywacz, ciuchy robocze i… saperkę. Oj, niełatwo. Ostatecznie musiałem spakować torbę i stary, wysłużony plecak, by wszystko razem się nie wymieszało. Trochę dziwnie wyglądałbym na konferencji w roboczych butach, z łopatką, a w terenie w koszuli i butach od garnituru… Na szczęście do Pułtuska jechałem z kolegą z pracy, samochodem służbowym, co oznaczało, że moja „uroczysta” część bagażu wróci razem z nim. Niestety, oznaczało to również to, że po konferencji musiałem nocą dostać się do Warszawy, skąd dalszy transport na miejsce Akcji zapewnili mi koledzy ze Stowarzyszenia.

Na marginesie warto dodać, że dzięki tej delegacji odwiedziłem po latach Pułtusk i stwierdziłem ponownie, że jest to miasteczko nietuzinkowej urody. Nad zabudową góruje warowny zamek posadowiony na brzegu Narwi, a w samym mieście nie brak perełek architektury, w tym starej kolegiaty z pięknym renesansowym sklepieniem, średniowiecznej wieży zespolonej z budynkiem ratusza (1405 r.) czy choćby samego rynku, który podobno jest najdłuższy i największy w Europie.

Fot. Narew pod zamkiem w Pułtusku. Mglisty poranek, dwa dni przed Akcją…

Fot. Zamek w Pułtusku. Na tle dawnej bryły dość dziwacznie odcinają się wielkie okna krużganków. To efekt ostatniej rozbudowy, która miała miejsce w 1985 r. Wieża jest podobno również efektem tego okresu, co w dziwnym świetle stawia przekazy, że z jej szczytu Napoleon obserwował przebieg walki z Rosjanami.

Udało mi się zarówno zwiedzić dość dobrze zamek, w tym wybrać się w nocy na jego wieżę (mieszkałem w podzamkowych pawilonach), jak i mieszczące się we wspomnianej wieży przy Ratuszu Muzeum Regionalne z bogatym zbiorem znalezisk pochodzących m.in. z terenu zamku (ostatnie badania i renowacja w 1985 r., Najstarsze grodzisko w tym miejscu datuje się na XIII/XIV w.) jak i z nabrzeża Narwi (przedmioty związane z rybołówstwem).

Fot. Wnętrze kolegiaty w Pułtusku. Renesansowe sklepienie jest znanym cudem architektury i zwane jest „sklepieniem pułtuskim”.

Pułtusk to miasto o bogatej i długiej historii. Wystarczy napomknąć choćby bitwę wojsk napoleońskich z Rosjanami z początku XIXw., która toczyła się pod tym miastem, a która uznana została za jedną z ważniejszych w tamtym okresie. Trudno wymienić wszystkie atrakcje, warto m.in. także pospacerować po prostu przez Rynek nocą i podziwiać kolorowe, zmieniające się fontanny, albo udać się do Kina Narew, które jest najstarszym, działającym nieprzerwanie kinem w Polsce.

Fot. Godzina druga w nocy… Pułtuski rynek świeci przykładem nowoczesnych fontann na tle zabytkowego ratusza i wieży z 1405 r. Piękne połączenie starej i nowej architektury.

Z Pułtuska musiałem wyjechać autobusem o 4:20 nad ranem, co oznaczało wyjście na dworzec przed 4:00, a wstanie odpowiednio wcześniej. Podszedłem do tego najpraktyczniej jak się da, to znaczy nie kładłem się w ogóle… Trochę snu złapałem podczas jazdy do Warszawy, dzięki czemu po dotarciu na miejsce i odebraniu z dworca przez Cerama miałem siłę na odrobinę rozmowy podczas dalszej jazdy. Zgarnęliśmy też Rayana i w trójkę ruszyliśmy na wschód. Głowa kiwała mi się jeszcze długo i większość drogi jednak przespałem. Z letargu wyciągnęły mnie ostatecznie widoki wiosek, chat i pól, które znałem już z wyjazdu sprzed dwóch tygodni. Zew poszukiwań otworzył mi oczy.

Spotkaliśmy się z „wozem nr 2”, kierowanym przez WILKa pod miejscowym sklepem. Po krótkich zakupach skierowaliśmy się na umówione miejsce spotkania, gdzie w krótkim czasie zjawili się wszyscy pozostali uczestnicy Akcji, w tym Pan Bogdan, archeolog sprawujący pieczę nad naszymi poczynaniami. Pole, po którym tak długo chodziliśmy poprzednim razem, przez te dwa tygodnie zazieleniło się, wiedzieliśmy zatem, że ten obszar niestety odpadł z kręgu naszych tegorocznych zainteresowań. Zajęliśmy się zatem polami, które poprzednio sprawdzone były pobieżnie.

Fot. Jesteśmy. Czas na przebieranie i rozpakowanie sprzętu.

Fot. Na tym polu dwa tygodnie temu znalazłem jedynie zardzewiałą pułapkę na myszy. Tym razem było dużo lepiej…

Fot. Pole po ziemniakach sąsiadowało z głównym polem zeszłotygodniowych badań. To tu znalazłem enkolpion.
Tym razem okazało się szczęśliwe dla Miłosza, syna Wiślanina (obaj nie byli obecni poprzednim razem, więc ziemia im to wynagrodziła).

Pierwszym polem jest tzw. „pole po ziemniakach”. Wstrzeliliśmy się idealnie w prace polowe, ponieważ gospodarz akurat kończył prowadzić na tym areale wykopki. Mankamentem jednak było świeże zaoranie większości powierzchni, co odbiło się na dziwnych odczytach elektroniki wywołanych prawdopodobnie pustymi przestworami w glebie. Dużo lepiej jest jednak szukać na terenie ubitym, ściernisku, po zbiorach. Długo zajęło mi „dopasowanie się” do tych odczytów. Miłosz (syn naszego kolegi, Wiślanina) miał tym razem najwięcej szczęścia, ponieważ oprócz licznych drobiazgów udało mu się wykopać kolejny krzyżyk, tym razem z obustronnym wizerunkiem świętych postaci (niestety fotografie na razie wykonane telefonem komórkowym):

Fot. Krzyżyk znaleziony przez Miłosza odzwierciedla podobny układ postaci jak na enkolpionie. Pan Bogdan nazwał go także enkolpionem, chociaż nie jest to otwierany relikwiarz.
Wydaje się być mniejszą repliką enkolpionu, która mogła służyć jako pamiątka z pielgrzymki (domysły laika).

Fot. Ziemniaczane pole, jak i jego teren sąsiedni zostają sprawdzone dość precyzyjnie (K2K&P).

Po kilku godzinach poszukiwań odezwał się głód, który po kolei wzywał nas do samochodów na spożycie prowiantu. Pora była zatem zejść z pola…

Fot. Schodzimy na przerwę…

Fot. Na sąsiednich polach „wylądowały” niezidentyfikowane obiekty…

Po przerwie prowadziliśmy eksplorację na innym polu, w centralnej części miejscowości, ale – o dziwo, gdyż miejsce to prawie pokrywa się z dawnym rynkiem – nie znajdujemy tutaj niczego ciekawego. Pan Bogdan prowadzi przegląd tego, co leży na powierzchni i czasem rozmawia z nami o znaleziskach. Przy okazji odkrywa nowe „podejrzane” stanowiska, które według niego nadają się do dalszych, szczegółowych badań archeologicznych….

Późnym popołudniem żegnamy kilka osób, które dziś kończą poszukiwania i wracają do domów oraz Pana Bogdana, z którym umawiamy się na kontakt telefoniczny w sprawie drugiej miejscowości, gdzie wybieramy się jutro. Wracamy jeszcze na jakąś godzinkę na pola, po których już dziś chodziliśmy. Gospodarz rozpoczyna zasiew. To już znak, że jesień za pasem i niedługo skończy się nasz sezon poszukiwawczy. Kończymy długi dzień, który dla mnie zaczął się nad ranem dnia poprzedniego i jedziemy na nocleg do pobliskiej miejscowości. Zatrzymujemy się w małym moteliku. Pokoje zostały najwyraźniej przygotowane na przyjazd poszukiwaczy historycznych śladów, ponieważ na ścianach wymalowano wymyślne freski. Wieczór spędzamy w motelowym barze na hamburgerach, ale spotkanie trwa bardzo krótko. Wszyscy zgodnie twierdzą, że oczy nam się zamykają i czas się zregenerować.

Fot. Zjawiskowe freski w motelowym pokoiku nie przeszkadzają w spaniu po tak intensywnym dniu na świeżym powietrzu.

Rano spacer po wsi, a po wymeldowaniu wizyta w miejscowym sklepie. Bułki i mleko to mój ulubiony zestaw poranny w terenie. Od razu nabieram wigoru i jestem gotowy do dalszej walki z ziemią. Jedziemy w konwoju bocznymi drogami, na skróty, przez lasy i pola do wsi objętej pozwoleniem na poszukiwania. WILK prowadzi jak zwykle zgodnie z przepisami, więc pozostałe samochody nieco nam uciekają. Nie ma co jednak się speszyć bo droga jest usiana dziurami i można w jednej z nich zostawić całe podwozie. Widać skupienie na twarzy kierowcy…

Fot. WILK nie ma na kim wieszać PSÓW (nie ma innych kierowców na drodze), zatem lży wszystkie możliwe dziury 🙂

Dojeżdżamy na miejsce. Zgodnie z ustaleniami z Panem Bogdanem zaczynamy poszukiwania bez niego, ale po około połowie godziny zjawia się i archeolog. Tym razem analizuje także położenie wybranej przez nas działki na starych mapach, głównie w celu usytuowania w terenie dawnego folwarku, po którym praktycznie nie ma dziś śladu. Pola wyglądają ciekawie, dopiero co ścięto tu kukurydze, więc trochę przeszkadzają pozostałości łodyg, ale ogólnie rzecz ujmując teren jest równy, dobrze ubity i ciekawie się zapowiadający ze względu na wspomnianą, folwarczną historię.

Fot. Pierwsze pole, od którego zaczynamy poszukiwania drugiego dnia rano.
Pojawiają się pojedyncze monety i guziki.

Fot. W terenie zarysowują się niewielkie wybrzuszenia ziemi, rokujące jako miejsca dawnej zabudowy, a także kępa zieleni, która mogła być kiedyś folwarcznym parkiem.

Jak zwykle rozpełzamy się po całym terenie, co jakiś czas wymieniając spostrzeżenia dotyczące odnajdywanych przedmiotów lub ich braku. Powoli przesuwamy się wgłąb pola, które nie jest wielkim obszarem, jak na 8 osób, które dziś prowadzą poszukiwania.

Fot. Znowu coś piszczy…

Po około godzinie pole jest stosunkowo dobrze sprawdzone. Spotykamy się na jego środku w celu dalszych ustaleń. Rozmawiamy z archeologiem. Tak zwane spotkanie „nad dołkiem” to najlepszy sposób na wymianę zdań, opinii na każdy intrygujący nas temat.

Fot. Wiślanin kopie, reszta brygady to metodycy 🙂 No i kierownik poszukiwań, Pan Bogdan (archeolog, w białej koszulce).

Fot. No i co? Będzie tam coś czy nie?

Fot. Koniec złudzeń, tym razem jest to kolejna nakrętka od butelki 🙂

Po chwilowym zastoju postanawiam przejść się do rolnika prowadzącego zasiew na sąsiednim, sporym polu, również sięgającym do wspomnianego pagórka, na którym być może stały zabudowania. Zatrzymuję go podczas pracy i krótko wyłuszczam kim jesteśmy i że prowadzimy tu poszukiwania. Po krótkiej rozmowie pozwala wejść nam na jego pola, a Pan Bogdan potwierdza, że w przypadku jego obecności i prowadzenia nadzoru nie ma żadnych przeszkód, byśmy rozszerzyli pole działania. Bardzo to nas cieszy, ponieważ pierwsza działka była bardzo ograniczona powierzchniowo.

Fot. Sąsiednie pole, na które wchodzimy po otrzymaniu zgody właściciela.

Odnajdujemy pojedyncze cegły świadczące o istnieniu zabudowy. Rolnik, właściciel pola, również lokalizował folwark na górce, po której chodzimy. Potwierdzeniem są pojedyncze guziki i monety, jakie udaje nam się wyciągnąć z piaszczystej gleby. Rolnik wstępnie deklaruje również zgodę na prowadzenie poszukiwań w przyszłym roku, co cieszy, ponieważ teraz gleba jest zbyt pulchna, ponadto za kilka dni zboże zacznie już kiełkować i w tym roku dokładne sprawdzenie tego areału jest niemożliwe.

Fot. Scorp walczy z pozostałościami kukurydzy. Nie jest to wygodny teren na poszukiwania.

Pod koniec poszukiwań spędzam pół godziny na rozmowie z Panem Bogdanem na temat dalszej współpracy, miejsc, w których można by prowadzić dalsze badania, a także na temat wystawy, jaka mogłaby objąć znaleziska pochodzące z naszych akcji. Cieszy nas otwartość na współpracę, która daje szanse na powodzenie następnych poszukiwań. Ustalamy, że koncentrujemy się teraz na sporządzeniu dobrego raportu, to znaczy my przygotowujemy opisy znalezisk i dokumentację fotograficzną, a archeolog część historyczną, opisową dotyczącą miejsc prowadzenia badań. Rozstajemy się we wczesnych godzinach popołudniowych. Jak poprzednio pozostajemy jeszcze jakiś czas na terenie badań, ale po około godzinie także schodzimy do samochodów. Pierwsi opuszczają nas Krakowianie, gdyż Wiślanin jeszcze tego samego dnia ma w grafiku ważna imprezę, a drogi do domu szmat. My siadamy jeszcze przy samochodach pogadać, przebrać się i zrobić kilka pamiątkowych fotek.

Fot. Scorp, Rayan, WILK i k2Kaska na polu nr 1, po zakończeniu poszukiwań.

Fot. Kasia i Przemek są dzisiaj naszymi fotoreporterami.

Fot. Natomiast mój plecak na stare lata stał się jeszcze statywem fotograficznym…

Fot. No a to jest to, co z tego wyszło… Nasza grupka po zakończeniu badań w drugim dniu.
Od lewej: Uri, Scorp, Rayan, WILK, k2Kaska, k2Przemek.
W poszukiwaniach wzięli też udział Wiślanin z synem Miłoszem, a poprzedniego dnia Ceram i SzuchA,
który niestety opuścił nas z powodów chorobowych.

Przepakowanie ubrań, sprzętu, pakowanie artefaktów, oznakowanie woreczków – wszystko to zajęło chyba dobre kolejne pół godziny… Na szczęście wszystko, razem z artefaktami, zmieściło się w plecaku, który wrzuciłem do bagażnika WILKa samochodu…

Fot. Chwilka regeneracji, konsumpcji i kontemplacji po poszukiwaniach…

Fot. Po takim dniu ma się WILCZY apetyt 😉

Wracam z WILKiem, Scorpem i Rayanem do Warszawy, pokonując po drodze wszelkie korkowe utrudnienia, w tym z konieczności zwiedzając wszelkie boczne ulice Mińska Mazowieckiego. Jak ważny dygnitarz zastaję odtransportowany na sam dworzec centralny w Warszawie, skąd wracam do Poznania pociągiem. W Poznaniu jestem około 23-ej. Ostatni autobus wywozi mnie zupełnie gdzie indziej niż chciałem, ponieważ jedzie do zajezdni, o czym nikt nie wie… Wysiadam zatem w miejscu, skąd nie jedzie żaden nocny transport publiczny i z całymi manatkami wędruję, potrząsając artefaktami, przez pół miasta do domu, gdzie ląduję ostatecznie o północy… Następnego dnia, w torbie ze znaleziskami znajduję m.in. zardzewiały klucz płaski dużych gabarytów. Jakiś kawalarz dołożył mi to pół kilo żelastwa do noszenia… Ale ja się dowiem kto to był, hehe…

Jak zwykle na koniec, tym razem jednym zdaniem, dziękuję wszystkim zaangażowanym osobom w przygotowanie, przeprowadzenia i nadzorowanie Akcji. Każdy taki wypad w teren umacnia mnie w przekonaniu, że to co robimy ma sens i namacalny wymiar! Dzięki zatem i do następnego razu! No, a teraz do raportu…

/Uri/

PS. Na koniec kilka fotek z terenu…

Fot. Wiślanin nad dołkiem…

Fot. Gdyby nie zmęczenie, pierwszy dzień trwałby zapewne jeszcze z godzinkę dłużej… (Uri schodzi z pola).

Fot. WILK i Scorp… Sakwa w akcji 🙂

Fot. Dobrze, że jest się czym podeprzeć na starość…
(przeciwstawny uchwyt do saperki to świetny wynalazek Kilera, niestety nieobecnego na Akcji).

Fot. Już idę z odsieczą!!! (Wiślanin, Scorp).

Fot. Przyczajony tygrys, ukryty smok… 🙂 (k2Przemek).

Fot. k2Przemek w końcowej fazie namierzania boratynki 😉

Fot. Jeszcze jedna łuska? (na polu nr 2 w drugim dniu było ich całkiem sporo; k2Przemek).

Po opracowaniu raportu opublikujemy osobny artykuł z fotografiami ciekawszych znalezisk pochodzących z obu Akcji poszukiwawczych na Lubelszczyźnie, jakie były prowadzone we wrześniu br.