Artykuł jest zredagowaną wersją listu wysłanego do Muzeum Sandomierskiego zimą 2012r.

Urodziłem się i wychowałem w Krakowie. Kocham Kraków całym sercem. Jego historia starożytna od dziecka wzbudzała u mnie fascynację i pobudzała wyobraźnię. Zachód słońca widziany z Kopca Kraka czy wizyty w innych historycznych miejscach i poznawanie ich tajemnic… Żadne piramidy egipskie, żadne starożytne miasta Inkaskie… W moim Krakowie każdego dnia mogłem dotykać i poznawać jego niezliczone tajemnice. I tak zostało mi do dziś:)… Lata mijają, obecnie z przyjaciółmi poszukujemy zabytków ze zgodą WKZ w kieszeni, a w wolnych chwilach z grupą twórców kręcimy film o nieznanych krakowskich cmentarzach.

Chcemy przybliżyć wszystkim takie nekropolie jak wczesnośredniowieczne cmentarzysko na Zakrzówku, które badał pan Emil Zeitz z Krakowa w latach 70. Posiadamy opracowanie, w którym znajdują się dokładne opisy, plany grobów, które chcemy nałożyć na współczesną mapę i pokazać, że groby te znajdują się obecnie pod asfaltem, po którym ludzie spacerują i jeżdżą na rowerach. Wiosną 2013 roku dzwoniłem do Pana Profesora i rozmawiałem z jego pracownikiem, który powiedział że na 99% Pan Profesor z chęcią coś o wykopaliskach opowie przed kamerą. Drugim tematem jest Bieżanów i miejsce gdzie jeszcze w XVIII wieku palono czarownice i chowano samobójców. Trzecim jest rzymskie cmentarzysko w Kryspinowie koło Krakowa, czwartym również Zakrzówek, ale cmentarz choleryczny z XVIII bądź XIX wieku. Mało kto w Krakowie o tych miejscach wie. Są znane, choć z innych powodów. My chcemy te miejsca przybliżyć. Niestety życie weryfikuje marzenia, zatem film rodzi się w bólach, w miarę naszych skromnych możliwości finansowych. Sponsor znacznie przyspieszył by jego realizację 🙂

Pojawiła się na trasie moich ścieżek miejscowość Zakrzówek… Na Zakrzówek chodziłem z Tatą na sanki, z psem codziennie na spacery do 21. roku życia, później z dziewczynami na randki i… kiedyś w 4. klasie liceum, tj. w1993 roku, znalazłem (oczywiście bez wykrywacza w tamtych latach i w takim wieku) trzy, czy cztery złote kółeczka, niczym fragment pięknego naszyjnika. Spacerując po zaoranych polach po deszczach. Do dziś są to tereny szkółki drzew, gdzie właściciele robią dwa razy do roku orkę, zapobiegając w ten sposób zachwaszczeniu. Wcześniej znajdowałem tam, spacerując codziennie z psem, głównie po deszczu, mnóstwo ceramiki, którą zbierałem, szanowałem i z której śmiali się wszyscy koledzy, którym to pokazywałem jako fragmenty starych pięknych garnków… Złoto zaniosłem do Muzeum Archeologicznego w Krakowie. Pamiętam – pierwszym poznanym archeologiem był taki Pan „od Egiptu” z wielką czupryną włosów w stylu afro (choć białym był człowiekiem) który skończył studia i pilnował tam sali wystawowej, zły na cały świat. Powiedziałem mu, że zdaję maturę i chcę iść na archeologię. On popukał się na to w głowę i powiedział, że zarabia 600zł… Idź, kochaj historię, ale rób co innego – powiedział… Niestety, posłuchałem…

Złotko było na tyle interesujące, że po jakimś czasie zadzwoniono do mnie (do moich rodziców) i usłyszałem, że przyjedzie inny Pan, z Gdańska, specjalista od Scytów, ponieważ podejrzewają, że jest to właśnie naszyjnik scytyjski. Z chęcią i przyjemnością przyjąłem ofertę wizyty w muzeum i spotkania z prawdziwymi archeologami. Pokazali mi wielką mapę terenu, na którym znałem każdy kamień. Tu stuknąłem kolano na rowerze, tam siedziałem nieraz z koleżankami, tam z rodzicami, a tam… znalazłem złote fragmenty naszyjnika. Po czasie okazało się, że to „tylko wczesnośredniowieczne”. Złoto tam zostało, to znaczy w krakowskim muzeum. Sam jestem ciekaw czy gdzieś tam jest… Wszystkie informacje są do sprawdzenia, coś tam podpisywałem. Jeśli tylko są te papiery, to potwierdzą me słowa… Obecnie dwa fragmenty fibul z Zakrzówka już trafiły do Muzeum Sandomierskiego.

Zawsze interesowały mnie początki człowieka na ziemiach polskich. Nie myśląc w roku 1994 o wykrywaczu, czytałem o jaskiniach wokół Krakowa, gdzie znaleziono pierwsze ślady człowieka (w tamtych czasach uznane za najstarsze, teraz wiadomo, że w międzyczasie znaleziono już znacznie starsze (wtedy jaskinia w Piekarach, na wprost Tyńca, Jaskinia Okopy Wielka oraz Jaskinia Mamutowa były jednymi z najstarszych stanowisk związanych z łowcami mamutów). W szkole skrzyknąłem kilka osób i w któryś zimowy weekend (myślę, że były to ferie 1993 lub 1994) pojechaliśmy z książką o jaskiniach na Jurę, zrobić objazd po wybranych grotach. Nigdy nie byłem speleologiem, nie interesowało mnie chodzenie po jaskiniach. Chciałem stanąć tam gdzie stali łowcy mamutów i zobaczyć na własne oczy miejsca, w których żyli. Koledzy poszli ze mną tylko dlatego, że w tamtych czasach, w zimie po prostu nudziło się w domach. W dobie bez Internetu, życie wymagało znacznie więcej fantazji niż obecnie, jednak dawało znacznie większą satysfakcję z przeżytych wspólnie z kolegami chwil. Mieliśmy tylko jedną linę i latarki. Linę na supeł wiązaliśmy wokół bioder i jak trzeba było kogoś spuścić na dół, potrzebny był tylko chętny. Sprzęt był zatem gotowy. Wybór padł na Jaskinię Mamutową – blisko od Krakowa, niedaleko od parkingu, no i przede wszystkim fantastyczna historia samej jaskini. Tak przygotowani pojechaliśmy. Po krótkim rozpoznaniu części wejściowej weszliśmy do oddzielonej salki (widocznej na każdej mapce). Trochę zdziwiliśmy się, bo zobaczyliśmy dużą dziurę i ziemię odrzuconą na bok. Na środku była kartka. Na niej imię, nazwisko, oraz napis w stylu: „Posiadam zgodę DPN (Dyrekcji Parków Narodowych) na poszukiwania nowych tuneli i przejść. Proszę nie zasypywać tej dziury….”. Siedząc na tej kupie ziemi z latarkami w rękach, bo w tym miejscu tej małej w sumie jaskini jest pełny mrok, nagle coś zabłysnęło. Była to moneta. Srebrna, pamiętam dokładnie, denar węgierski z 1512 r. Zaraz potem druga, tym razem z 1514. Trzymałem je w ręku oglądając z niedowierzaniem, a wszyscy koledzy zdębieli.. Sprawdziliśmy ziemię i było tam dużo ceramiki, kości i krzemieni. Powiedziałem kolegom, że to są zabytki i że chciałbym pogrzebać się w tej kupie ziemi wykopanej przez nieznaną nam osobę. Wyśmiali mnie, mówiąc że takie garnki to nad rzeką znajdują i one nazywają się… „kamienie”.
Przyznaję. Wróciłem tam potem parę razy tej samej zimy. Za każdym razem inne miejsce tej salki było rozkopane i inna ziemia była na wierzchu. Speleologa nie interesowała ziemia, tylko nowe korytarze i sława za ich odkrycie. Przyznaję – brałem latarkę, świeczki i jechałem tam by wybierać z rozkopanej ziemi to, co pokazuje na załączonych zdjęciach. Z ziemi, która za każdym razem była w innym miejscu. Wiem, że szukanie nowych korytarzy przyniosło skutek. Będąc tam ostatnio z synem po paru latach nieobecności, byłem zdziwiony jak korytarze stały się dłuższe. Zwłaszcza w północno wschodniej części tej samej salki.

Wracając do 1994 roku… Bardzo zdziwiło mnie też to, że wykopana przez speleologa dziura ukazywała nienaruszone warstwy archeologiczne, co dowodzi, że pomimo tak dużych badań, które miały miejsce w Jaskini Mamutowej, żaden badacz nie pokusił się o sprawdzenie salki, która w naturalny sposób jest idealnym miejscem do spania i przechowywania np. swojego dobytku. Jeszcze pod zaborami, ludzie szukali tam bardziej guana nietoperzy niźli zabytków. Gdy ja odwiedzałem tę jaskinię, miałem jakieś19 lat. Był 1993 lub 1994 rok – dziki czas Polski i wspaniały czas mojej młodości.

Po jakimś czasie, tj. po około 5-7 latach, poznałem przypadkowo panią archeolog, która skończyła studia, ale nie zaczęła pracy w zawodzie. Opowiedziałem jej o Mamutowej i moich tam doświadczeniach. Kazała wszystko przynieść. Wstępnie opisała przedmioty, wskazując na ich zabytkowy charakter. Przez następne lata leżały w pudełkach, schowane przed światem. Nie są to pewnie zabytki, o których napiszą w najbliższym „Nature”. Ale jest to cząstka mojego życia, którą z dumą i przyjemnością zawiozłem do muzeum i przekazałem ludziom takim jak ja i moi koledzy – miłośnikom historii. Napisałem to wszystko, by pokazać Państwu, że poszukiwacze naprawdę mogą mieć serce i duszę oddaną historii i zabytkom. Całe moje życie, odkąd skończyłem 15 lat, to fascynacja archeologią… Obecnie mój 16-letni syn jeździ ze mną na poszukiwania, z Sakwą robimy wystawy w szkołach i mini wykłady. Moja córka ma 6 lat i nieraz wytrzymuje dwie – trzy godziny na zaoranym polu szukając ceramiki, gdy ja chodzę obok z wykrywaczem. Na marginesie – szkoda, że nie ma różowego wykrywacza dla dziewczynek, bo miałbym super prezent dla mojej księżniczki. Niestety tylko różowy wykrywacz się liczy. Najlepiej jakby były na nim Kucyki Ponny lub ta kotka z Hello Kitty…
Gdziekolwiek idę, zawsze mam zgodę właściciela terenu. Nie wyobrażam sobie żebym brał córkę „pod pachę”, gasił ognisko i uciekał do auta. Chodzę tylko po zaoranych polach. Żadne lasy, żadne kleszcze, krzaki czy okopy. Dwa razy w życiu spotkałem policję na polu i czułem się jak złodziej mając w kieszeni parę pierwszowojennych „kulek”. Dlatego wiem, że Sakwa dała mi i moim kolegom duży komfort legalnych poszukiwań.

Zachęcam wszystkich poszukiwaczy do tworzenia lokalnych stowarzyszeń i prowadzenia legalnych poszukiwań w najbliższej swojej okolicy. Może początki będą trudne, ale gwarantuję każdemu, że legalne poszukiwania otwierają nowe możliwości. Zawsze pomożemy radą – czy to w kontaktach z muzeum, czy z lokalnym WKZ. Piszcie do nas. Jest jeszcze wiele do odkrycia. Tuż za rogiem…

Pozdrawiam, zapraszam do mini galerii fotograficznej poniżej i życzę pomyślnego Nowego Roku,

Wiślanin