Wiosna 2013, po długiej tego roku zimie rolnicy w tydzień obsiali wszystkie pola by dogonić kapryśną i nieprzewidywalną aurę. Nowa miejscowość, którą chciałem dokładniej poznać, w mig stała się „zamknięta” do czasu rozpoczęcia żniw. Przyjechałem tam wczesną niedzielą. Wyjątkowo sam. Moi kompani – Mariusz i Dawid – nie mogli tym razem mi towarzyszyć. Jeżdżąc po okolicy, od razu zauważyłem, że w stosunku do map, które miałem teren jest bardzo trudny do odczytania, a współczesna zabudowa tak naprawdę pokryła wszystko to, co mogło by być pomocne przy odnajdywaniu ciekawych miejsc. Był strumyk na „kongresówce”, a teraz są trzy cieki wodne koło siebie. Dodatkowo zmienione koryto głównej rzeki płynącej obok oraz zupełnie inny układ dróg…

Zawsze jednak jest nadzieja na choć jedno zaorane pole, więc i mnie się trafiło… Małe, jakby na uboczu. Szukając właścicieli i pytając ich o zgodę, rozpocząłem rozmowę z grupą kilku osób, która odpoczywała na ławkach koło jednego z domów. Wiosna była długo wyczekiwana i każdy z przyjemnością eksponował twarze ku słońcu. Spędziłem pół dnia, siedząc i rozmawiając z ludźmi, którzy okazali się bardzo mili i otwarci. Pytali o wykrywacz, a ja pytałem o zgodę na wejście na ich pole. Byli tam przedstawiciele kilku rodzin. Niedziela, sielanka, czas po mszy. Gdy opowiadałem im o współpracy z WKZ i Muzeum Sandomierskim, a potem pokazałem zezwolenie na poszukiwania w nieodległej okolicy, wspomniałem o Sakwie, to w pewnym momencie jedna z Pań powiedziała do męża:

– No to idź i przynieś panu ten grot!
– Jaki grot? – zapytałem?

No i się zaczęła historia! Oto ona… Pan Bogdan, mieszkaniec jednej z nadwiślańskich wsi, pomagał pewnemu koledze ze wsi obok zaorać pole. Tamten miał traktor słabszej siły i pod górę już nie wyrabiał. Więc Pan Bogdan wsiadł na ciągnik swój błyszczący i mocą znacznie większy i pojechał pomóc koledze. Było to około 10-15 lat temu. Podczas orki zobaczył na polu grot. Potem parę metrów dalej drugi (ten drugi ponoć jest albo w szkole, albo w lokalnym muzeum – tam go ktoś oddał z rodziny tego Pana). Fakt, jest na tym polu wzniesienie takie, że pod górę jest ostre podejście. Pojechałem z nim tam. Obecnie jest tam lasek sosnowy (zalesienie z dotacją unijną). Masakra. Ciasno, igły, wejść się nie da, co 40 cm rośnie dwumetrowe drzewko iglaste. Jest to wąskie pole. Obchodząc je dookoła z Panem Bogdanem usłyszałem przekaz o mogile morowej na jej szczycie, oraz inne historie przekazywane z dziada pradziada. Pomyślałem, że pan Bogdan jeszcze nie jedną informację nam przyniesie. Ale on powiedział mi wprost po jakimś czasie:

– Dałem Panu ten grot i śmiali się pod sklepem, że głupi jestem…

Pan Bogdan, oprócz grotu, opowiedział mi (od tego czasu widzieliśmy się już wiele razy) o zakopanej armacie, której historia sięga I Wojny Światowej. Ponoć były nawet trzy, ale dwie już na złomie. Pan Bogdan nalegał, by tam jechać. Pojechałem. Po drodze wsiadł jeden człowiek, który znał tę historię z pierwszej ręki. Na jesień 2012 roku, grupka młodych mężczyzn z pobliskich wsi, odkopała całą „armatę” (mówią, że haubicę), 4 metry długą, z lufą na wysokości kół, tylko 50 cm pod gruntem. Gdy ją odkopali przyszła właścicielka i powiedziała, że chce 5000 zł albo mają „odejść”! Więc odeszli, bo nie zmieniła zdania mimo próśb i nalegań z ich strony.

Pojechałem tam z legitymacją Sakwy i pozwoleniami z WKZ. Był z nami jeden z tych, co słyszeli o tej sprawie. Nie znam go, wsiadł, potem wysiadł. Zna go Pan Bogdan. Jak będzie potrzeba odszukam Go szybko. Miejscowi ze mną nie poszli do tego domu, zostali w aucie, mówiąc że to „ciężcy ludzie”. Poszedłem zatem sam. Otworzył mi Pan łyso-siwy, w wieku około 50 lat, szczupły i zaczęliśmy rozmawiać:

– Witam, nazywam się…, jestem członkiem stowarzyszenia Sakwa, które dba o ślady historii i szuka dawnych pamiątek… Przyjechałem do Pana, gdyż usłyszałem, że na Pana polu jest armata.
– No jest!
– Właśnie, a ja chciałem zaproponować, by wykopać ją wspólnie i przekazać do muzeum, bo to zabytek, a Panu ziemie żelazem zatruwa. Będzie wywiad w gazecie, burmistrz przyjedzie…
– Panie, co Pan! W dzisiejszych czasach? Powiem wprost. Jak ktoś chce ją zabrać, to ja chce 5000 zł.!
– No, wiem że rok temu ktoś to chciał wykopać i podał Pan im taką cenę.
– No…
– I wiem, że przyszli z pieniędzmi i nie wpuściliście ich mimo tego.
– A co tam! Przynieśli 500 zł.!
– No, ale to do Pana nie należy. Wie Pan to?!
– U mnie leży i tyle! Jak zechcę, to sobie wykopię. A jak nie, to będzie tak leżeć i tyle!

Po Paru zdaniach poszedłem. Człowiek istotnie „ciężki”. Wedle relacji armata jest około 10 metrów od asfaltowej drogi gminnej. Gdzieś w odległości około 100 metrów od tego miejsca znajdują się pojedyncze budynki. Ponoć w lufie armaty jest pocisk. I ponoć jest z pierwszej wojny. Ponoć francuska. Lufa 15 cm średnicy, długość całości 4 metry. Dawid stwierdził, że z asfaltu jest w stanie wyciągnąć ją sprzętem ze swojej firmy. Jesteśmy zatem skłonni sami opłacić i zorganizować akcję wydobycia armaty na powierzchnię. Problem jest tylko z właścicielem. Po przesłanych mailach, czekamy na informacje z WKZ. Mamy nadzieję, że uda się wydobyć i przekazać tak cenny zabytek do właściwego muzeum. Z WKZ dostaliśmy informację, że jeśli to jest armata francuska z I wojny światowej to będzie to naprawdę rzadkość i niezwykle cenny eksponat.

Sprawa armaty została opisana i przekazana do właściwego na tamtym terenie WKZ. Czekamy na informację odnośnie dalszych kroków, które zostaną podjęte. Jesteśmy gotowi do samodzielnego wydobycia pod nadzorem kompetentnych osób.

Kończąc… według pracownika WKZ, grot okazał się grotem z okresu… rzymskiego! Jestem wniebowzięty, że coś takiego udało mi się odzyskać i przekazać do muzeum. Broń, którą używano paręnaście wieków temu…

Zachęcam każdego poszukiwacza do szukania w swoim terenie… ludzi! Mieszkańców wsi, których informacje mogą przyczynić się do cennego odkrycia. Posiadają oni lub mogą zebrać przez parę miesięcy wiele informacji z okolicy, rozmawiając ze znajomymi, sąsiadami, seniorami… Być może będą to informacje, o których nie napisano do tej pory w żadnej książce. Lokalne historie i legendy. Warto przywieść jakiś mały upominek. Warto zapytać czy coś „z miasta” potrzebują. Czasem zadzwonić. Takie kontakty i wiedza są nieocenione…

Grot jest już bezpieczny w Muzeum Sandomierskim, a armata… nadal w ziemi. Jeśli coś się zmieni – damy Wam znać.