Tym razem los poszukiwacza rzucił nas ponownie w okolice Wiślicy. Całkiem niedawno, dosłownie przed kilkoma dniami, skontaktował się z nami pan Łukasz Lisikiewicz, który przekazał  informację o rozbitym samolocie z okresu II Wojny Światowej. Z informacji jakie udało nam się pozyskać ustaliliśmy, że prawdopodobnie chodzi tu o Niemiecki, dwuzałogowy bombowiec nurkujący Junkers Ju-87. Temat podjęliśmy niemalże od razu i w tempie błyskawicznym zgromadziliśmy odpowiednie zezwolenia na przeprowadzenie akcji poszukiwawczej. 

Ze względu na to, że poszukiwania zaplanowane zostały na terenach przyległych do Wiślicy, postanowiliśmy poprosić o pomoc pana Wojciech Sołtysiaka – dyrektora Muzeum w Wiślicy, który jednocześnie został naszym nadzorem archeologicznym z ramienia wojewódzkiego konserwatora zabytków. Na miejsce spotkania wyznaczyliśmy miejscowy rynek. Tu o godzinie 10:00 zebrała się prawie cała drużyna Sakwy. W oczekiwaniu na naszego informatora, pana Kazimierza Lisikiewicza,  udaliśmy się na kawę i ciastko do biura pana Wojciecha Sołtysiaka. Po krótkiej chwili dołączyli do nas panowie, którzy posiadali bliższe informacje dotyczące miejsca katastrofy bombowca.

Ze względu na to, że pan Kazimierz Lisikiewicz pamiętał jeszcze czasy wojenne i w momencie zestrzelenia samolotu miał 11 lat, postanowiliśmy dokładnie zapytać się go o szczegóły tamtych wydarzeń i jednocześnie korzystając z okazji nagrać materiał filmowy z wywiadu.

Historia, którą opowiadał nam świadek mroziła krew w żyłach. W kilku zdaniach postaram się przybliżyć tamte wstrząsające wydarzenia. W owym dniu na horyzoncie pojawiły się trzy bombowce Ju-87. Radziecka bateria przeciwlotnicza zaczęła ostrzeliwać niebo. Dwóm samolotom udało się uciec, jeden natomiast został trafiony i płonąc w powietrzu spadł na ziemię, w miejscu upadku tworząc lej.  Jeden z dwóch młodych pilotów wyskoczył z płonącego samolotu w powietrzu i jeszcze krótką chwilę po katastrofie dawał oznaki życia, drugi natomiast zmasakrowany zginał na miejscu uwięziony w maszynie. Historia wstrząsająca, ale taka była przecież cała Wojna – straszna, a chwilami wręcz okrutna i przerażająca, zupełnie nieludzka.

Po wysłuchaniu wszystkich niezbędnych informacji udaliśmy się na miejsce katastrofy. Po drodze odwiedziliśmy drugiego świadka wojennych wydarzeń, który swą relacją miał uzupełnić naszą wiedzę o historii zestrzelonego samolotu o własne wspomnienia, a co najważniejsze – wspomóc nas w dokładnej lokalizacji miejsca katastrofy.

Pogoda nas nie rozpieszczała, sześć stopni poniżej zera i silny wiatr osłabiały nasze siły, a i sam teren okazał się rzecznym rozlewiskiem porośniętym w większości wysoką trawą i trzciną. Mimo tych wszystkich niedogodności zaczęliśmy poszukiwania. Kilka godzin badań wykrywaczem ramowym nie przyniosły żadnych efektów. Zaczęliśmy wątpić w to, że jesteśmy na miejscu katastrofy samolotu, ponieważ teren był jedną wielką pustynią w odczytach ramowych. Świadkowie jednak twierdzili, że miejsce jest pewne i gdzieś tutaj musi być nasz wrak.

Zmarznięci i przemoczeni postanowiliśmy przycupnąć przy ciepłej kawie, którą tym razem zapewnił nam Mariusz. Naszych seniorów zaprosiliśmy do samochodu i włączyliśmy ogrzewanie.

Podczas przerwy stwierdziliśmy, że z całą pewnością jesteśmy w złym miejscu i naszym przewodnikom musiało się coś pomylić, co przecież jest prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że przecież rozmawiamy o wydarzeniach z przed ponad 60 lat. Czas pokazał iż nasze przypuszczenia okazały się słuszne. Niedługo później spotkaliśmy człowieka, który wskazał nam inne miejsce rozbicia samolotu. Było to pole porośnięte trzciną, oddalone od dotychczasowego miejsca poszukiwań o niespełna 50 m. Niestety, teren był tak niemiłosiernie zarośnięty, że nie było szans na odnalezienie charakterystycznego wgłębienia w ziemi pozostałego po katastrofie, a o badaniach wykrywaczem ramowym mogliśmy w ogóle zapomnieć. Postanowiliśmy tym razem dać za wygraną. Wrócimy  jednak w to miejsce wczesną wiosną, kiedy trawy znikną,  a o tym że znikną  zapewnili nas sami rolnicy, którzy obiecali przygotować teren na nasz kolejny przyjazd.

Na koniec poszukiwań napotkaliśmy niecodzienne znalezisko – wśród trzciny leżał uwięziony we wnyki bażant! Z miejsca zaczęliśmy ratować tego pięknego ptaka z uwięzi, co jak zobaczycie na filmie nie było w całe prostą sprawą. Mimo, że tego dnia nie odnaleźliśmy miejsca katastrofy niemieckiego Junkersa, to jednak warto było przyjechać chociażby po to, aby uratować ptasie życie – zmarznięci, ale szczęśliwi z tego faktu zakończyliśmy akcję i po krótkim pożegnaniu w pobliskim lokalu rozjechaliśmy się do domów.

Bardzo dziękuję wszystkim obecnym na akcji. Momentami było ciężko, ale jak zawsze daliśmy radę doprowadzić dzień poszukiwacza do końca. Wszyscy daliśmy z siebie 100%. Mamy nadzieję, że posiadając wiarygodne relacje świadków, a także biorąc pod uwagę niezbyt rozległy teren prawdopodobnego upadku samolotu, wiosną namierzenie wraku będzie więcej niż pewne.

/Prospektor/