Fantamorgana…
czyli moja wielka eksploracja przez małe „w”

I: Pojedynek z potworem.

Pewnego zimowego, bądź jesienno-zimowego wieczoru, jakieś 356 dni temu, zbijałem jak zwykle bąki na domowej kanapie, zastanawiając się nad celem życia. Bo to pierwszy raz? Nie, nie pierwszy. Może sto pierwszy, a raczej gadziliardtysiącstopierwszy. Ale tym razem zastanawianie się przeradzało się w obrzydliwego, oślizgłego potwora, który za moment miał opuścić ciało żywiciela – moje ciało – krzycząc: – Co jest kur… Rusz wreszcie d… i zrób coś innego, coś, na co masz ochotę… A ponadto…
Tu zdecydowanym ruchem ręki przerwałem mu jednoznacznie krytyczną i wypowiedź i krzyknąłem:
– No, dobra, dosyć…
– Coooo? – Zdziwiona moim nagłym, werbalnym ocknięciem żona patrzyła się na mnie jak na wybudzonego z przewlekłej śpiączki.
Dosyć. Tak sobie pomyślałem. Dosyć wszelkich dziwacznych rzeczy, jakie robię (robiłem) do tej pory, nie mogąc znaleźć sobie miejsca w przestrzeni prywatnej, zwanej czasem „odskocznią” (ta forma pasuje dla czasu wolnego spędzanego przez Adama Małysza), „konikiem” (zbyt hippiczne) czy „hobby” (mój ulubiony cytat z tym słowem to: „Polak to ma takie hobby, że najczęściej nic nie robby”)…

Właśnie. Co jest moim hobby? Pytanie zwaliło mnie z nóg. Tak, można samemu sobie zadać pytanie i się powalić, wierzcie mi. Jeśli nie wierzycie, to znaczy, że nigdy nie zadaliście sobie trudnych, fundamentalnych pytań. Na początek proponuję zestaw trzech:
1. Co dziś wartościowego zrobiłem /-am?
2. Czy będę z siebie zadowolony /-a na emeryturze? (bo z ZUS-u na pewno nie);
3. Czy orbita Marsa pozwala na swobodną lewitację przedmiotów o gęstości Pi x 4/56 większej od cząstek wody?
Jak już przez to przebrniecie i nadal będziecie z siebie zadowoleni to podam sześć następnych.
Moje pytanie było banalne i było krzyżówką sześciu podobnych plus wspomnianego: Co mnie interesuje na tyle, bym mógł poświęcić temu większość mojego czasu… W co się zaangażować, by poczuć spełnienie w działaniu a jednocześnie relaks i zadowolenie?

Do tej pory podejmowałem się wielu różnych rzeczy, ale niewiele z nich dało mi tę pełną satysfakcję… Góry… Piękna rzecz. Wędrówki, fotografia, góry wysokie i nasze, niższe… Super… szkoda tylko, że tak rzadko, bo życie daje w łeb i 92% czasu siedzę za biurkiem. Kocham góry, ale czy mogę z nich czerpać na tyle by czuć spełnienie, gdy mam do dyspozycji 26 dni urlopu, minus 10 na urlop rodzinny, minus kilka dni na prywatne szkolenia, minus, minus, minus…. Numizmatyka? Fajna rzecz. Jak byłem mały mama przynosiła mi resztę z Pewexu w postaci drobniaków z różnych krajów. Bomba. Już wtedy monetki cieszyły mnie na równi z nieosiągalnymi resorakami z Matchboxu. Fajowa rzecz. Przez jakiś czas dawała i radość i nawet dochód! Bateria się jednak wyczerpała, to było nie to… za mało czegoś… sam nie wiem czego…

Siedziałem zatem na kanapie. Po prawej żona z pilotem (nie chodzi o lotnika tylko o urządzenie do TV). Po lewej oślizgły potwór, który zdążył wypełznąć mi spod skóry. Patrzył się na mnie swym przenikliwym wzrokiem, lekko drwiąc. W oczach miał napisane: ” No i dupa!”. No i chyba miał rację. Wiele rzeczy nie wypaliło. Jakieś mrzonki o zespole muzycznym, który zawsze przybierał formę mniej lub bardziej, ale jednak jedynie wirtualną (pogrywanie amatorskie na perkusji, ponad 30 wydanych papierowych płyt z tekstami, bez muzyki, a w szkole muzycznej zamiast instrumentu dostałem smyczek, by się uczyć go trzymać, więc po kilku lekcjach powiedziałem, że już tam nigdy nie pójdę)… Kilkanaście obrazków, rzadko obrazów (z grubą warstwą kurzu… rodzina niezbyt była przychylna pomysłom pójścia do plastyka)… i wiele innych… Leżą zakurzone klasery ze znaczkami… Leżą zakurzone projekty ogrodów (moja specjalizacja, siedem lat praktyki)… A potwór ślini się i patrzy. Żona… nadal ogląda Taniec z gwiazdami pod lodem na linie… Nie ślini się.
– Powiedziałem, że dosyć…
– ? ? ?
Popatrzyłem w oczy żony, potem w oczy potwora. Nie, nic się nie da zrobić… Musiałem sięgnąć w najgłębsze zakamarki pamięci, odwołać się do odruchów pierwotnych, poczuć moje resztki instynktu samozachowawczego, by jeszcze poczuć nadzieję… że może jest coś, co da sie jeszcze zrobić. Z trzech zadań jakie ma zrobić w życiu mężczyzna zostało mi jeszcze zbudowanie domu (i zmycie patelni po jajecznicy), ale to mi nie grozi w najbliższej przyszłości, więc należało poszukać czegoś innego, nowego… Zacząłem wertować szare karty zapisane w moim mózgowym archiwum… Marsz wzdłuż morza… był (1993). Korona Gór Polski… zaliczona (z osobna i na raz, 2010 – patrz: www.przemierzacze.pl.tl – Spacerek 2010)… Zakopana broń mojego Taty z czasów partyzantki… ech… marzenia… Zostać bramkarzem Liverpoolu… albo… Zaraz, zaraz… Co tam było w tym katalogu? Broń Taty?

Historia jest długa i szeroka. Niestety, mój kochany Tata zabrał ze sobą do grobu wiele tajemnic. Nie tylko na temat zakopanej broni i magazynu materiałów wybuchowych, ale i na przykład instrukcję jak zabić szkopa łopatą, gdy nie ma się pod ręką niczego innego… Nigdy, póki żył, nie chciał do tego wracać, czemu nikt się nie dziwił. Widmo wojny i wspomnienia z czasów najmroczniejszych nie są rzeczami, do których wraca sie z ochotą. Toteż nikt z nas nie naciskał go zbytnio, by dzielił się tymi myślami… Ot i cała prawda historii dziejów. Ja już nigdy nie dowiem się niczego od niego… W ten sposób giną świadectwa losów, dziejów małych i większych… I nie chodzi tu o tę zakopaną broń, absolutnie. Chodzi o wszystko… A zresztą, wracając do broni… Po pierwsze znalazłszy ją i tak nie można by jej posiadać, bo byłbym w świetle prawa przestępcą. Przecież to nie pamiątka rodzinna, lecz groźny przedmiot.. Po drugie – tak sobie pomyślałem te 365 dni temu – i tak nie ma jak tego szukać. Wciąż moja wiedza była bowiem na poziomie lat głębokiej komuny, w których posiadanie wykrywacza lub każdego podobnego sprzętu było po pierwsze zabronione, po drugie podejrzane. Byłbym zapewne rasowym szpiegiem amerykańskim donoszącym do Waszyngtonu o przebiegu podziemnej instalacji telefonicznej łączącej bloki na moim osiedlu, co było na tamte czasy wiadomością strategiczną, pomijając fakt, że w tamtych latach wszystkie instalacje dyndały na drewnianych słupach, wysoko nad ziemią… Siedziałem na kanapie te 365 dni temu, przekonany, że nic pod tym względem się nie zmieniło… Dopóki…

Jakiś czas temu kupiłem sobie na Alle… monetkę. Żaden zabytek. Po prostu stary groszak, który mi się spodobał. A że był z terenu mojego obecnego zamieszkiwania, pomyślałem: będzie ciekawy artefakt, jeśli nie dla mnie to może dla mojego syna, Wojtka. Taka mała lekcja patriotyzmu. Pojechałem odebrać ową blaszkę osobiście. Miło się rozmawiało ze sprzedawcą, a jeszcze milej było usłyszeć, że czasy (co do poszukiwań) się lekko zmieniły. Oczywiście jeszcze nie o 180 stopni, ale… I tu taka moja uwaga na marginesie. Jak tak wszyscy biadolimy o tym, że prawo jest najgorsze na świecie, to warto sobie uzmysłowić jedną rzecz: Kilkanaście lat temu w ogóle nie mielibyśmy wykrywacza w rękach… To tyle dygresji… Sympatyczny pan, ubrany w moro, przekazał mi groszaka i w roli gratisu (!) boratynkę. Był to dla mnie szok, wszak boratynka, w moich wyobrażeniach była czymś niesamowitym, reliktem nieomal, czymś, po znalezieniu czego zapewne idzie się prosto do nieba (lub w inne, równie przyjemne miejsce, odpowiednio do przekonań, rzecz jasna, …nie podam przykładów)… No i dowiedziałem się zarówno o dostępności sprzętu, jak i o stowarzyszeniach, akcjach… Słońce zaświeciło nad moją głową i przez chwilę pomyślałem sobie… Może to jest to….

Minęło kilka następnych dni, tygodni. Jak zwykle robiłem jakieś transakcje na Alle…, czyli szukałem jakiejś książki dla syna, tudzież wyprzedawałem resztki mojej numizmatycznej kolekcji, gdy nagle wpadł mi do ręki egzemplarz Odkrywcy i na wewnętrznej okładce zobaczyłem sto różnych wykrywaczy… Przypomniała mi się rozmowa z „Panem Groszakiem”, zadziałały wielokierunkowe impulsy i wrzuciłem do „szukaj” słowo „wykrywacz”… No i to chyba był ten moment…

Już na drugi dzień byłem zalogowany na forum Pasja-Eksploracja jako nieopierzony i całkiem zielony w branży użytkownik… Dlaczego na tym forum? Wtedy była to kwestia losowa – pierwsze jakie wypadło z wyszukiwarki i wpadło mi w oko. Dziś wiem, że był to dobry wybór. Może nie z powodu merytorycznych dyskusji, ale z powodu ludzi, na jakich tu trafiłem. O Forum, jego powstaniu, jak i o samej eksploracji wiedziałem tyle co o cyklu rozwojowym mrówek amazońskich, ale to miało się wkrótce zmienić… Potwór popatrzył mi w oczy po raz ostatni, ześlizgnął się z kanapy, skurczył się i zniknął w szparze źle spasowanych paneli… Żona nie.

II: Komando

No i stało się. Przede mną, jak przed rozgorączkowanym dzieckiem podczas Gwiazdki, leżał prezent przyniesiony z poczty. Osobliwa to była Gwiazdka, bo prezent sam sobie zakupiłem i sam przyniosłem. Termin też się nie zgadzał, prawdziwe święta już minęły. Pudło było dość duże, robiło wrażenie. Tak, to był „kanarek”, czyli ACE250. Po wielu tygodniach dyskusji na Forum, odczytaniu setek postów na różnych innych forach i stronach internetowych padł wybór właśnie na to podstawowe, acz uniwersalne cudo techniki, które użytkownicy forum jednoznacznie skwalifikowali słowami „na drobnicę”. Oto jest! Z namaszczeniem odpakowałem i zmontowałem urządzenie. No i… pi… pi… i pierwszy raz zabłysnął szarością panel. Chwila radości i… Rozterka… W domu nic nie sprawdzę, bo dookoła piszczy wszystko. Tyle jest kabli w ścianach, że metal niemal pachnie w powietrzu. Jedynie próby na stole mniej więcej się udały (z dala od narożników stołu, bo tam są śruby montujące, hehe). Prawdziwa próba musiała być jednak zrobiona na zewnątrz.

Nie należę niestety do ludzi, którzy wolnego czasu mają pod dostatkiem. Choć ilość postów w początkowym okresie mojej działalności na forum raczej by temu przeczyła. Moja codzienność to 8h pracy na etacie, często inne zajęcia po godzinach, zarówno moje jak i z synem, więc często pierwsze 5 minut dla mnie następuje około 18-19-ej pod wieczór, czasem później. Krótki dzień, wszak była zima, nie sprzyjał testom na zewnątrz. Do tego ziemia jak beton. Mróz nie odpuszczał. Dlatego też pierwszych kilka tygodni eksploracji polegało na oglądaniu sprzętu i czekaniu na dobry moment. Czas umilało mi czytanie wszystkich starych wątków na Forum i nowe wyzwanie – odgadywanie rzeczy nieodgadnionych spośród wielu przedmiotów umieszczanych na Forum jako tzw. „fanty”, czyli rzeczy znalezione, wykopane spod ziemi lub na strychach, a czasem i złomowiskach. Tak, to dało mi fajną zabawę w zimowy czas. Detektywistyka amatorska. Przez działalność na Forum P-E zacząłem poznawać ciekawych ludzi, problemy związane z eksploracją, prawem, zachowania poszukiwaczy, zdobyłem sporo teoretycznej wiedzy o „kanarku” i… miałem ubaw. Bo to forum to także klimat, a może i przede wszystkim klimat. Stało się dla mnie wkrótce jasne, że to co tygrysy lubią najbardziej to będą akcje poszukiwawcze, ale takie, w których uczestniczy więcej niż jedna osoba.

Wkrótce poznałem szereg fajnych osób na Forum, a pierwszą osobą, która zgadała się ze mną na dobre okazał się WILK. Tak samo początkujący, tak samo przymierzający się do „kanarka”, tak samo poszukujący „drobnicy” i co najważniejsze – tak samo zdystansowany do tego, co można nazwać „poszukiwaniem skarbu”. Wszyscy, którzy znają WILKA, wiedzą, że WILK zawsze rusza w pole z wizją znalezienia złotego dukata, ale gdy o tym mówi jego twarz śmieje się w sposób specjalny, taki, że wiadomo od razu co o tym naprawdę myśli. Ale tylko ja widziałem radość WILKA podczas znalezienia pierwszej monetki… I to jakiej! Ale po kolei…

Zimowo-wiosenne roztopy przedłużały się w nieskończoność. Posty na Forum głównie dotyczyły pogody, a brak ujścia energii w polu objawiał się coraz większą agresją poszukiwaczy wobec siebie. Zdarzały się akcje ostre i nieoczekiwane. Widać było, że nerwy są na cieniutkich włoskach, a wszystko to z powodu braku możliwości pójścia w teren i czystego zmęczenia się saperką. Przykładem takiego fajnego postu była słynna wojna „elektroliza kontra oliwka”, która do dziś wzbudza u mnie śmiech i przypomnienie bólu przepony… Zima dała jeszcze początek innemu ważnemu zdarzeniu, bo to właśnie przed sezonem zaczęliśmy dyskusję nad Stowarzyszeniem, które pomogło by nam w organizacji jawnych akcji poszukiwawczych. Ale to zupełnie inny wątek, na później.

Podczas tej zimowo-wiosennej chlapy zaczęliśmy umawiać się z WILKIEM na wyjście w teren. Wspólne. Oznaczało to jedno: spotkanie gdzieś w centralnej Polsce, jako że w grę wchodziło miejsce gdzieś pomiędzy Warszawą a Poznaniem. No i stało się. Tak się akurat złożyło, że pewnego dnia miałem właśnie prowadzić zajęcia popołudniowe w dogodnych da nas okolicach, w związku z czym umówiliśmy się wcześniej na kilka godzin w terenie. Akcja była profesjonalna: mapy z Geoportalu z zaznaczonymi „podejrzanymi” terenami, saperki ( w tym pierwsza profesjonalna łopatka WILKA), jeden „kanarek” (WILK właśnie dopiero planował zakup). Odebrałem WILKA ze stacji PKP i ruszyliśmy w łąki. Teren okazał się bardzo szybko zalany wiosennymi roztopami, co zmusiło nas do weryfikacji planów, ale wypad był udany, bo… wesoły. Moje pierwsze wyjście w teren i od razu taka akcja! Kilka podków, klamek i żelaznych zamków, zawiasów, haczyków, gwoździ itp. Chodzenie w trybie all-metal, no bo oczywiście trzeba się nacieszyć. No i znowu: obręcz od koła wozu, ćwierć płyty kuchennej z żeliwa, ze starej kuchni… No i prawie na koniec… Monetka! Polujący odwiecznie na złotego dukata WILK cieszył się wtedy tak samo jak ja. Z czego? z PRL-owskiej 10-groszówki z 1973 roku. Nie udało nam się znaleźć nieistniejącej już dziś wioski (takie było założenie), a na fotkach z „polowania” znalazły się same żelastwa i wspomniane 10 groszy. Ubaw był jednak doskonały, a domysły nt. czym mogło być to coś żelazne, co akurat wykopaliśmy były wyśmienite… Postanowiliśmy wrócić w to miejsce, gdy warunki będą lepsze(jak do tej pory nigdy nie wróciliśmy). Ochrzciliśmy się dwuosobową ekipą Komando…

Potem tylko raz wstąpiłem na te tereny, ale ponownie przy fatalnej pogodzie. Nie wyciągnąłem nawet wykrywacza, a na drodze polnej znalazłem i bez tego złotówkę PRL. Widać takie fatum… Komando natomiast utrwaliło swe czyny w kolejnych wypadach, o czym opowiem wkrótce… Zaczęła się era wielkiej eksploracji przez małe „w”. Czas przygody, poznania rewelacyjnych ludzi dzielących ciekawe hobby, borykających się z ograniczeniami prawnymi, nie mogących doczekać się wiosny przed monitorami komputerów. Od początku aż do dziś nigdy nie czułem, że będzie to Wielka Eksploracja i że ma ona przynieść mi niesamowite znaleziska. Oczekiwałem właśnie tego, co przyniosło mi pierwsze zetknięcie z terenem. Przygody i dobrego humoru, czasu na świeżym powietrzu, spędzonego w interesującym towarzystwie. Przyszłe wypady miały potwierdzić, że tak waśnie jest. Dzięki WILKU za ten i następne wypady! I tak znajdziemy to, czego szukamy (czymkolwiek to jest).

III: Megaturbospotkanie

Godzina 5:24. Pociąg superpospiesznoopóźniony europejskiej sieci TLK rusza z Poznania. Często jeździłem nim do Krakowa, do oddziału naszej firmy, w ramach delegacji… ale nie tym razem. Tym razem zamiast garnituru i laptopa mam ze sobą podejrzanego kształtu plecaczek z rurką przypominającą tłumik od saperskiego sztucerka, a w ręku zamiast notatek czy kser – paczkę z polędwiczkami z KFC. Jest bardzo wcześnie, ale nie chce mi się spać. Współtowarzyszom podróży, którzy jadą już kilka godzin ze Szczecina, też przestaje się chcieć spać, bo zwęszyli już zapach kurczaka i starego oleju, który tak wabi dzieci, ale jak się okazuje – nie tylko. Na przeciw mnie siedzi Marcin, właśnie go poznałem. Całą drogę rozmawiamy o zwierzynie na polach i o wnioskach płynących z filmu Alana Gore’a „Niewygodna prawda”. Dawno mi się tak fajnie nie gadało w pociągu…

Znów jadę w nieznane. I znów po części dzięki WILKOWI, który zapuszcza swe macki w różne strony Polski poznając w ten sposób kolejnych użytkowników forum P-E. Jadę do Lakivisa. Znamy się z Forum i… nic więcej. Tylko tyle i aż tyle… Wysiadam w Opolu. To w tej okolicy będziemy łazić po leśnych i polnych ostępach. Przed dworcem poznaję z daleka WILKA, a dzięki niemu też Lakiego (no bo ten drugi to nie może być też WILK, co nie?). Jest też Grzesiek. No. Czyli jest Ekipa, jak nazywa swych kolegów Laki.

Czas w teren. WILK już ze swoim kanarem, Laki z Rutusem… Jedziemy w ciekawe miejsce, naznaczone krwią poległych i więzionych, zresztą pisać „ciekawe miejsce” o tej lokalizacji to może być zarówno „za mało powiedziane”, jak i „niestosowne” a co najmniej „nieprecyzyjne”. Wystarczy powiedzieć, że krzyżują się tam losy poległych i maltretowanych z kilku wojen i powstań, na dodatek losy wielu, wielu narodowości…. Jesteśmy tu by dokonać prowizorycznego rekonesansu pod kątem przyszłej akcji Stowarzyszenia. Wyrywkowo badamy teren porośnięty dzikim zakrzewieniem, czasem regularnym lasem pociętym okopami. Teren usiany świadectwami historii. Dość powiedzieć, że pierwszą kulę ołowianą z kartacza znajduję 2m od samochodu, którym przyjechaliśmy. Rekonesans pokazuje, że akcję warto zorganizować – pojawiają się guziki wojskowe, pojedyncze elementy wyposażenia wojskowego, jakaś listwa do nabojów od karabinu maszynowego, śmieci okopowe, identyfikatory. Wszystko zostanie dołączone do przedmiotów odnalezionych podczas regularnej akcji – postanawiamy.

Odwiedzamy też teren starej strzelnicy sprzed I WŚ. Pod murem strzelniczym grad mauserowskich pocisków, łuski przeżarte korozją… Hitem jest… granat! Tak, tak… Trzeba na takie tereny szczególnie uważać. Wykrywacz zapiszczał, a u moich stóp pojawiła się widoczna, wystająca ponad powierzchnię ziemi rurka aluminiowa. Wyglądała jak kawałek dzisiejszej instalacji wodnej, w świetnej kondycji, polakierowana na czarno – nigdy nie pomyślałbym, że to może być coś takiego. No, ewentualnie jakiś fragment ramy roweru. Złapałem więc za rurkę i… wyciągnąłem ją z ziemi. Tak jak szybko ją wyciągnąłem, tak szybko zlał mnie zimny pot. Na końcu rurki dyndała regularna szyszka żelazna granatu, zjedzona przez korozję. Odruchowo zawołałem do chłopaków:
– Hej, patrzcie! Granat! (chyba nie wiedziałem nawet co mówię, bo zabrzmiało to tak jak: hej, kto chce mambę?).
Trzeba było widzieć ich twarze, gdy się odwrócili w moją stronę, hehe. Teraz się śmieję, ale właściwie być mogło i tak, że… ech, lepiej nie myśleć. A raczej: Lepiej zawsze MYŚLEĆ. Jak nie wiesz co to jest, nie bierz w łapy – póki Ci łapy miłe! Granat obfotografowaliśmy (miał jakieś oznaczenia FIN- i jakaś liczba umieszczone białą farbą na tej czarnej rurce) i delikatnie złożyliśmy głęboko w ziemi, w specjalnie do tego celu przygotowanym dołku… I tu ciekawostka: Granat leżący na 80cm w piasku jest niestety nadal „czytany” przez ACE250…

Łażeniu po lasach i zagajnikach towarzyszyły nam liczne śpiewy naszych wykrywaczy – teren usiany był mniejszymi i większymi odłamkami bomb kartaczowych, z których największe miały po kilka kilo żywej stali… Pomyśleliśmy, że będzie to z pewnością bardzo interesujący teren do zorganizowania akcji poszukiwawczej. Istotnie, wybiegając w przyszłość, czyli teraźniejszość, teren stał się jednym z tych, które są w gronie zainteresowania Sakwy, a Laki odbył już szereg rozmów z lokalnym muzeum w sprawie współpracy oraz z okolicznymi właścicielami terenu w sprawie pozwoleń na działanie, tak więc na pewno do tego wątku jeszcze wrócimy…

Jeszcze kilka fotek pamiątkowych, złożenie złomu zebranego w wyraźnym miejscu, by mógł go sobie wziąć ktoś, kto go zbiera i odjazd… Na koniec obiad w motelu, pod koniec którego rozkładamy drobiazgi na restauracyjnym blacie i omawiamy ich pochodzenie i stan. Kelnerka jest więcej niż lekko zdziwiona, ale nie protestuje, ukradkiem zerkając na zardzewiałe blachy, które chyba tylko dla nas przedstawiają wartość sentymentalną, a dla postronnego obserwatora są niezrozumiałym nieporozumieniem… WILK zostaje na Opolszczyźnie na bliżej nieokreśloną i raczej niepoliczalną ilość dni (jest to trudne, gdy realia i wizje mieszają się z nocą i dniem, hehe), a ja niestety już tego samego dnia wracam do domu. Już od wieczora i w następny dzień jestem bombardowany sms-ami o kolejnych znaleziskach w innych miejscach… To taki zwyczajowy sposób denerwowania kolegów. Grzybiarze, myśliwi.. wszyscy robią to samo. To na zasadzie „taaaaka ryyyyba…” – warto podrażnić kogoś, kto nie mógł brać udziału w dalszej eksploracji.

Zgodnie z nomenklaturą stosowaną przez Lakivisa, a które to nazewnictwo poznałem właśnie podczas tego wypadu, było megaturbofantastycznie i gigagadziliardofajnie. Przestałem kopać podkowy i zawiasy. Po raz pierwszy spotkałem się w terenie z militariami (a one o mało co nie spotkały się skutecznie ze mną!). Wykopałem pierwszy guzik (zwykły szkop w groszki, ale pierwszy!) i przegadałem te parę godzin śmiejąc się z przeróżnych głupich i wesołych tekstów. Trafiłem starą gaśnicę, Zapewne od ciągnika, która na pewno była największym fantem tego spotkania… czego chcieć więcej? Tylko wrócić tam z regularną, jawną akcją, ale nad tym już pracujemy… Laki okazał się przezabawną, ale stojącą także z konieczności na ziemi, barwną postacią. Myślę, że każdy kto spotkał go osobiście i na forum to potwierdzi… Dziś jest jednym z Członków Stowarzyszenia, w tym Zarządu i mam przekonanie, że z takimi ludźmi instytucja ta daleko zajdzie…

Powrót do rzeczywistości po takich spotkaniach jest bardzo trudny (tym bardziej bez polędwiczek drobiowych, hehe, tym bardziej)…

IV. Kiler na fanty.

Komando rozszalało się. Już wkrótce mieliśmy okazję ponownie spotkać się i to znowu gdzie indziej, bo w środkowej Polsce. Tym razem zaprosił nas do siebie KILER. Tu muszę jeszcze raz powiedzieć słów kilka na temat ludzi z Pasji-Eksploracji. Nie wiem czy to jest ogólna cecha kontaktów międzyludzkich w Internecie, ale takiej otwartości i gotowości na spotkania i wspólne działanie to jeszcze gdzie indziej nie spotkałem. Ot, spotykam się wirtualnie z kolesiem na forum, wymieniam z nim kilka, kilkanaście postów, po czym po kilku dniach ląduję u niego na polu, 250 km od miejsca, gdzie mieszkam… Czyż nie jest to niesamowite? Tak samo było tym razem. Jak zwykle to WILK robił za spotkaniową swatkę. Grunt, że do kolejnego wypadu w końcu doszło.

Z naszymi kanarkami przy sprzęcie Kilera wyglądaliśmy jak mały Niki i jego jeszcze mniejszy brat, ale próbowaliśmy dzielnie. Co prawda nam piszczało co kwadrans, a Kiler co kwadrans robił sobie odpoczynek od piszczenia i kopania, ale to też nic. Ważne, że… ziemia odmarzła. Widmo zerowej eksploracji zajrzało nam po raz pierwszy w oczy, gdy jadąc na spotkanie obserwowałem ze zgrozą pogodę, a ta była jednoznaczna – przymrozki. No i było nieciekawie (z początku). Łopatki zadzwoniły o grunt. Zaczęło się mozolne urabianie gleby. Przydałby się kilof. WILK połamał kolejną saperkę (stały klient sklepów z łopatami). W końcu jednak ziemia odpuściła. Pola były idealne, łatwe, a łażenie zespołowe doskonałe. Pośmialiśmy się do bólu. Nazbieraliśmy kupę „bardzo ważnych rzeczy”, ewentualnie „fragmentów czegoś ważnego”, tudzież – jak mawia WILK – „płaskorzeźb” czyli czegoś, co nie przypomina nic, ale jest z pewnością czymś, hehe…

No i… obiad u Babci Kilera. Osobna historia, a właściwie Historia przez duże H. Niesamowite lokalne smakołyki. Jakiś kartoflak (placek ziemniaczany ze skwarkami, rewelacja), pyszne mleko prosto od zwierza, no i domowe pączki. Wyobrażacie sobie taki zestaw? Rarytas. Nie chciało mi się od stołu wstawać. Babcia karmiła nas zdrowo, a przy okazji podśmiewała się nieco z naszych polnych działań, opowiadając też miejscowe historyjki o skarbach i duchach ich strzegących. Było prześwietnie, albo, jak mówi Laki: megaturboświetnie! Jeszcze popołudniowa sesja w terenie, a potem powrót na nocleg do KILERA. Wspólne wpisywanie się na forum, po raz pierwszy podczas akcji… Mycie znalezisk (niewielkich, ale jak to bywa, zawsze cieszących duszę i oko) i rozmowa z rodziną w kuchni. Na koniec dyskoteka (Kiler zapuszczał płyty ze swego didżejskiego sprzętu) i rozmowy o poszukiwaniu… W końcu sen. O latających złamanych saperkach. Najlepszy tekst wypadu rzucił rolnik, któremu nie spodobało się chodzenie po zaoranym, pustym polu:
– Proszę natychmiast opuścić pole!…
No to opuściliśmy. Zawsze jest za mało, za krótko i za daleko… Niestety… Jak się ma tyle do przejechania, to nie można za długo się dobrze bawić. Toteż drugi dzień zakończył się dużo szybciej, ponieważ trzeba mi było ruszać w drogę… Towarzyszył nam w terenie brat Kilera, który pojawił się gdzieś na horyzoncie jak Latający Holender, idąc z wykrywaczem z nieokreślonej strony, może z lasu?

Kiler dał nam do myślenia swym lepszym od naszego sprzętem (2500gti), choć wiem, że jeszcze jakiś czas pozostanę przy kanarku, ponieważ nie mam ambicji znalezienia czołgu ani wielkich skarbów. Nie mniej jednak widać było ewidentnie, że sprzęt przekłada się na efekty. Trochę to było frustrujące (on coś… a my… nic), co równie krzepiące (w ziemi można faktycznie coś znaleźć!)… Jednym słowem dwa dni nauczki, doświadczenia, którego nic nie zastąpi – żadna teoria…

W mojej świadomości spotkanie to pozostanie mleczno-pączkowym świetnym wspomnieniem przeplatanym chwilami spędzonymi na świeżym powietrzu i w fantastycznej atmosferze. Pobudka z maszynerii Kilera tez jest niepowtarzalna, ale nic nie powiem więcej… Może ktoś z Was sam tego doświadczy… Pozdrowienia dla Babci, KILER… No i do następnego zobaczenia. Było świetnie…

V. Zlot Sakwy w Sierakowie

Po styczniowych i marcowych wypadach Komanda wiosna zaczęła się na dobre. Ulubionym moim miejscem wypadowym stały się tereny w pobliżu miejsca zamieszkania mojej mamy. Ale o tym później… W międzyczasie na Forum P-E rozgorzały dyskusje o możliwości założenia Stowarzyszenia. Szybko okazało się, że temat ów nie jest nowy, ale jak do tej pory pomysły rozbijały się o różne problemy, z których na czoło wysuwał się podstawowy: brak wystarczającej ilości chętnych oraz zdecydowania tych, którzy chętnymi się zwali. To bardzo uproszczona historia, wiem, ale nie ma tu miejsca na rozpisywanie jej w detalach. Chętni i tak znajdą co trzeba na P-E… Tak więc trwała dość szybka (a może i czasem za szybka) dyskusja o najważniejszych rzeczach: Statucie, celach Stowarzyszenia, siedzibie, nazwie, logo, nawet koszulkach (do dziś sprawa nie dokończona) i wielu innych, w tym także o Kodeksie Poszukiwacza, który przeistoczył się następnie w Regulamin Wewnętrzny Stowarzyszenia.

Nie zabrakło mocno zapalonych ludzi, by sprawę podkręcać od samego początku i namawiać ludzi do zapisania się i przyjazdu na pierwszy, założycielski Zlot. Gdy już skład założycieli był prawie gotowy, a pałeczkę gospodarza miał dzierżyć Janusz, okazało się, że nagle ów właśnie rozpłynął się z Forum, jak kamfora (dziś wiemy już, że jego nieobecność związana byłą z poważnymi problemami – mam nadzieję, że Janusz jeszcze do nas dołączy…). Miejsce spotkania zawisło na włosku, a wraz z nim decyzje dot. siedziby, Zarządu i wielu innych spraw. Zastanawialiśmy się, gdzie (a co za tym idzie i w jakim składzie osobowym Zarządu) umiejscowić Stowarzyszenie… Przeważały dwie opcje: mazowiecka (SzuchA, WILK, ceram, KILER…) i wielkopolska „z sąsiadami” (miron, zasio, sznytek, Jack, Uri, hellboy86)… Ostatecznie w decyzji pomógł miron, który w obliczu niezdecydowania się większości zgodził się kandydować na stanowisko Prezesa Stowarzyszenia, a co nie mniej ważne, także podjął się organizacji założycielskiego Zlotu i zapraszania w szeregi swoich kolegów „po eksploracyjnym fachu”… To był strzał w dziesiątkę… Od tej pory organizacja poszła bardzo dobrze. Miejscem spotkania stał się Sieraków. Miron załatwił domki w ośrodku turystycznym, w sympatycznym, spokojnym miejscu, zorganizował grilla, obiad w stołówce, niezbędne media, a nawet pamiątkowe znaczki i naklejki. Pełen profesjonalizm. Spotkanie przypadło na 17/18 maja 2008 r.

Na zlot zjeżdżaliśmy się znając się cząstkowo, to znaczy niektórzy znali niektórych z terenu, a wszyscy znaliśmy się (prawie) z Forum P-E. Dojeżdżaliśmy ekipami, po kolei… W jednym z domków urządziliśmy sobie miejsce obrad. Po prezentacji ogólnej o stowarzyszeniu jako formie prawnej, przeszliśmy do dyskusji nad Statutem i Regulaminem, a na koniec podjęliśmy wszystkie niezbędne uchwały. Było tego trochę, papieryzacja skończyła się późno w nocy, a podpisywanie uchwał i innych dokumentów, w tym formularzy do KRS wymagało już odrywania poszczególnych Członków od części biesiadnej… Generalnie, jak na czas jaki temu poświęciliśmy (zaledwie kilka godzin) – można powiedzieć, że był to sukces. Ale wszystko dzięki temu, że wcześniej obgadaliśmy wszystko do bólu na forum, prawie nic nie było niespodzianką, a miron okazał się dobrze zorganizowanym gospodarzem. Posiedzenie zakończone zostało przeglądem fantów i nocnym ogniskiem, a nad ranem, zamiast spania… część z nas poszła na pobliskie poletko rozprostować kości… Fajny to był spacer, bo wykrywkowy. Nie miałem może takiego szczęścia jak SzuchA, ale było wesoło (zamienialiśmy się wykrywaczem co jeden fant, a ja trafiałem same PRL-e, hehe)…

Przed południem ze spotkania wiele nie zostało, oprócz dogasającego grilla i chatki do posprzątania. Towarzystwo ruszyło w trasy do domów, a niektórzy także w plener po drodze. Wczesny wyjazd był więc zrozumiały, niektórzy mieli do przejechania kilkaset kilometrów. Tymczasem rano mieliśmy jeszcze jeden ważny punkt programu, a mianowicie spotkanie z reprezentantem muzeum w Sierakowie. Byłem jednym z ostatnich przyjezdnych, którzy zostali na spotkanie – rozmawialiśmy zatem w małym gronie, przede wszystkim gospodarzy. Po początkowych obawach naszego gościa co do planów stowarzyszenia i celów jego powoływania, lody zostały przełamane, a rozmowy zakończyły się obiecującymi perspektywami. Po rejestracji Stowarzyszenia – takie były propozycje – mogliśmy liczyć na wspólne działania, a także na szkolenie na temat prowadzenia prac. Spotkanie to było dla mnie jak przysłowiowa wisienka na deserze, byłem bardzo pozytywnie naładowany w wyniku całego Zlotu… Teraz czekał nas „tylko” okres rejestracji. Z doświadczenia nabytego w innych stowarzyszeniach wiedziałem, że być może już po 2 miesiącach nabędziemy osobowość prawną i zaczniemy działać. A więc tylko rejestracja i ciach…. Niestety, „ciach” był szybko, a rejestracji nie było… Prawie pół roku.

VI. Grochowe Pola…

No cóż… Niektórzy powiedzą, że nie ma się czym chwalić, albo, że to porażka, albo… Fakt jest taki, niezaprzeczalny… Grochowe Pola to nie kopalnia dukatów, nie jest to „łuskobralnia”, a nawet PRL-obralnia… Na Grochowych Polach nie znajduje się biżuterii, ani innych precjozów… O czym ja w ogóle piszę? Przecież nie ma za bardzo o czym… – zapytacie. No tak, nie czytaliście grochowego wątku na Forum P-E… A już wycięty…

Tak, oczywiście… Grochowe Pola są lekko wirtualne, bo wszystko zaczęło się od faktu, że pierwszym polem, na jakie wybrałem się rodzinnie (a tego dotyczy wspomniany wątek) było właśnie poletko po uprawie grochu. Stąd nazwa… Faktycznie, przez trzy, cztery pierwsze wyjścia penetrowaliśmy (z moim synem, Wojtkiem i mamą) jedno, grochowe pole, ale z czasem przenosiliśmy się na kolejne, równie „bogate” jak poprzednie… I tak przez ostatni rok. Nie wiadomo kiedy zrodziła się więc u mnie „nowa świecka tradycja” i raz na jakiś czas odwiedzałem rejony mojej mamy w celu wspólnego wyjścia w teren. Nigdy nie miało to znamion poszukiwania wielkich skarbów, ani nawet małych skarbów, ale po prostu stało się raczej doskonałym pretekstem do tego, by w aktywny sposób, na świeżym powietrzu spędzać rodzinnie czas. Na szczęście, w tym roku, udało mi się tam być kilkanaście razy, co przy dzisiejszym trybie życia i wiecznym pędzie jest już jakimś osiągnięciem. Czasem zatrzymywałem się na Grochowych Polach właśnie wracając z delegacji lub w trasie, przez przypadek…

Wkrótce okazało się, że moja mama załapała bakcyla i właściwie jestem „człowiekiem od łopatki”. Tu trzeba dodać, że moja mama ma już 65 lat, a w terenie idzie jak Nissan Pathfinder. Czysty przykład na to, że instynkt myśliwski nie przynależy tylko i li płci wstrętnej. Tak więc klasyczny wypad na Grochowe Pola powoli zaczął przybierać taki oto schemat: mama zamiata wykrywaczem, znajduje sygnał i komenderuje:
– Tu! Kop!
Po czym, po wykopaniu dołka, od razu zarządza:
– Odsuń się, sprawdzam… kop dalej!
Już po kilku wypadach mama opanowała pin-point i zaczęła odróżniać sygnały i wkrótce dochodziło do śmiesznych sytuacji, w których ja zrywałem się z łopatką na dźwięk sygnału, a mama kwitowała krótko tonem eksperta:
– Spoko, spoko, to żelazo, nie kopiemy…

No i nie było innego wyjścia. Dzięki Shinowi z naszego Forum P-E dostałem cynk o możliwości odkupienia drugiego kanarka. Teraz chodzimy w dwójkę, czasem trójkę, gdy na groch wybiorę się z Wojtkiem, więc eksplorujemy zespołowo. To znaczy oboje machamy, a ja… nadal kopię dołki, tyle że za dwójkę. Bywa bardzo wesoło… Musimy chodzić w odstępach, by wykrywacze się nie zakłócały, więc zachowujemy 10-15 m dystans. Jak więc to wygląda w praktyce? Idziemy… U mamy jest sygnał…
– Chodź, mam! Kop!
Wyłączam i odkładam wykrywkę, lecę 15 m, kopię, przeszukuję, potem wracam, podnoszę wykrywkę, włączam i… wtedy słyszę… pik, pik…
– Chodź, mam! Kop tu!

I tak czas nam leci na dobrej zabawie. Jak słyszymy dzwon z pobliskiego kościoła, to śmiejemy się, że proboszcz ma większą wykrywkę i właśnie znalazł coś wielkiego, bo ma ładny sygnalik. I o to właśnie chodzi w tej grochowej eksploracji… A może nawet w ogóle w eksploracji w moim wykonaniu. Lubię łazić po terenie i szukać, nawet na zabój, jak to mówią, ale potrafi mnie ucieszyć każdy ciekawy fant, a takim może być nie tylko moneta sprzed kilkuset lat. Czasem więcej radości dostarcza kapsel z PRL-u i widniejąca na nim stara cena… Tak więc w grochowym wątku nie znajdziecie skarbów, ale mimo to, wiem, że będę tam wracać jeszcze wiele razy…

Na koniec dodam, że na grochowy teren przyjechał niedawno nawet Laki (lakivis) z córkami. W jedną stronę jechał 5 godzin przez zakorkowany Wrocław, na polu, w wietrznych ponurych warunkach, spędził 2 godziny, wykopując tylko jedną boratynkę, po czym wracał 5 godzin do domu… To jest poświęcenie! Spotkanie było bardzo sympatyczne, okraszone obiadem u mojej mamy, co pomogło mimo złej pogody i słabych „połowów” uznać je w ten sposób za udane. Jednak potwierdziło ogólną „bezpłodność” tych pól i powinno być podłożem do zakwalifikowania terenu jako jedynie „treningowy”, co oznacza, że przed eksploracją należy tam zakopać jakieś fanty. Niedługo napiszę co działo się ze Stowarzyszeniem w czasie rejestracji i tuż po niej…

VII. Potyczki, sprzeczki, oczekiwanie…

Jak to mówią… Jak coś za długo idzie za dobrze, to znaczy że na pewno coś się zaraz sp…, znaczy, zepsuje. Rejestracja w KRS ustawowo miała trwać do trzech miesięcy. W międzyczasie okazało się, że mamy dwie poprawki. Pierwsza była błędem w papierach, dotyczącym sposobu wyboru Zarządu. W protokole z WZ napisane było, że wybór był jawny, a w Statucie, że tajny. Trzeba było więc poprawić to i jeszcze kilka drobniejszych rzeczy. Sąd informował jednak, że jeśli poprawka będzie dokonana w 7 dni, utrzymany zostanie termin rozpatrywania. Pobiegłem zatem do KRS już na drugi dzień, dla pewności. Składane przeze mnie pismo otrzymało inną sygnaturę, ale nie obudziło to mojej czujności, widocznie takie są procedury. Skoro zapewniają o utrzymaniu terminu, to znaczy, że tak będzie…

Mijały kolejne tygodnie… Gdy w końcu ponownie w mojej skrzynce pocztowej zobaczyłem awizo, a pani z okienka na poczcie potwierdziła, że to z sądu, to serce zabiło mi mocniej. Możliwości były tylko dwie: albo jest to pismo z KRS, albo… jakiś mandat z fotoradaru. Było z KRS. Otwieram, szarpiąc kopertę… i co czytam? Błąd w PESEL-u jednego z Członków, a więc poprawka. Trudno. Ksero dowodu z numerem PESEL dostałem już na drugi dzień, więc ponownie byłem z nim w KRS i z wszystkimi poprawionymi papierami, gdzie PESEL ów występuje, nad ranem dnia następnego… No i czekamy ponownie… Ile jeszcze? Długo. Ostatecznie decyzja wydana została z końcem października (Zlot założycielski w maju, papiery złożone w czerwcu). Nawet już wątpiłem w to czy doczekamy się tej rejestracji. Myślałem, że sąd poddaje w wątpliwość tematykę naszej działalności, hehe… Na szczęście nie. Tak więc od końca X 2008 jesteśmy zarejestrowani… To już jakiś mały sukces, choć do działań merytorycznych był jeszcze kawał drogi…

Co się zatem działo w okresie rejestracji? Oj, sporo. Najważniejsze, że zjednoczyliśmy się wokół strony internetowej, na której zostało założone Forum wewnętrzne Stowarzyszenia, tak zwana Czerwona Linia (CL), gdzie swobodnie, po zalogowaniu (tylko Członkowie) dyskutowaliśmy we własnym gronie o wszystkim co najważniejsze, przedstawiliśmy różne punkty widzenia w sprawach, które teraz nas czekały (konto, pieczątki, NIP, REGON… a przede wszystkim akcje). Dyskusje były gorące, a czasem aż za gorące, bo prowadziły do niepotrzebnych sprzeczek… Czasem błahe sprawy okazywały się najważniejsze w danym momencie, a argumenty merytoryczne przeradzały się w krytykę osób, a nie rzeczy, a to już nie służyło niczemu dobremu. Szybko pojawiały się wyrazy na K, a to już jest ścieżka do nikąd… Nie ustrzegliśmy się takich sytuacji, CL zawrzało, ale potem uspokoiło się… na jakiś czas.

Przypuszczaliśmy, że w końcu lata nastąpi rejestracja Sakwy. Zaczęliśmy zatem rozmowy na temat kolejnego Zlotu Stowarzyszenia, ponieważ tak umawialiśmy się – spotkamy się po rejestracji. Człowiek jak głupi wierzy ciągle w prawo, jakie by ono nie było… Trzy miesiące na rejestrację ustawowo, no to trzy (a nie pięć)… Kocioł na CL ruszył na nowo. SzuchA wyszedł z propozycją zorganizowania Zlotu w ciekawym miejscu, na Mazurach, w pobliżu którego można zwiedzić przy okazji kilka lokalizacji nieistniejących dziś wsi (wysiedlenie pod poligon). Propozycja była interesująca, a termin rejestracji całkiem realny (lecz nie potwierdzony decyzją z KRS). Propozycję Zlotu podchwyciło kilka osób z Sakwy na CL. Niektóre dyskusje na ten temat niepotrzebnie trafiły także na Forum P-E… Niepotrzebnie, nie dlatego, że Zlot miałby być tajny, wręcz odwrotnie, lecz dlatego, że różnice zdań co do Zlotu były znowu spore.

Skracając nieco opowieść… Dyskusje toczyły się w szerokim spektrum tematów, od tego czy Zlot jest Zlotem czy spotkaniem (bo części Członków włącznie z Prezesem miało nie być), po fakt czy w ogóle ma się odbyć (wszak nie było jeszcze potwierdzonej rejestracji)… Trudno było o consensus, tym bardziej, że wtedy na CL działała dopiero tylko część Członków, więc zdanie innych na temat Zlotu było nieznane. Na mail o Zlocie odpowiedziała tylko część odbiorców wiadomości. Czas gonił, należało podjąć dyskusję nad przyszłymi akcjami Sakwy, do czego rejestracja tak naprawdę nie była jeszcze potrzebna. Zapadła zatem decyzja, że Zloto-spotkanie (potem ochrzczone spotkaniem roboczym) się odbędzie… I dobrze. Spotkanie w realu było już nam potrzebne, zarówno od strony merytorycznej, jak i dla rozładowania napięcia. Szkoda, że wielu osobom nie pasował termin spotkania, a pewnie i odległość. No, ale skoro Stowarzyszenie jest ogólnopolskie to tak czasem będzie. W końcu ja też kiedyś gdzieś nie dojadę… Wkrótce zatem mieliśmy się spotkać w Rekownicy…

VIII. Spotkanie w Rekownicy

No i stało się. W wyniku dyskusji na temat tego czy zlot jest zlotem i czym różni się od spotkania ostatecznie, z powodu braku części uczestników odbyło się „spotkanie terenowe”. Zaprosił nas na nie SzuchA, dzięki czemu pognaliśmy na Mazury. Odświeżyliśmy kontakty i solidnie podyskutowaliśmy o wielu rzeczach związanych z Sakwą. Nie podjęliśmy żadnych decyzji z formalnego punktu widzenia, jako że nie było to Walne Zebranie. Natomiast pozwoliło nam to na dotarcie poglądów w niektórych sprawach. Nie zabrakło czasu na grzybobranie, zapoznanie się z terenem (o ciekawych walorach historycznych) i spacery z wykrywką (symboliczne, bardziej dla relaksu niż poszukiwania czegokolwiek – artefaktami były raczej podgrzybki i maślaki) Bardzo udane spotkanie. O szczegółach możecie poczytać w osobnym artykule („Spotkanie w Rekownicy” w publikacjach o zlotach i spotkaniach).

Niestety, do czasu spotkania nie otrzymaliśmy decyzji o rejestracji, ale to nastąpiło niedługo później…

IX. Hip, hip hurra… i mniej wesołe sprawy…

Nareszcie, pod koniec października nadszedł właściwy list z KRS. Yes, yes, yes… Rejestracja w KRS stała się faktem. Kilka dni później mieliśmy już REGON, a po trzech następnych tygodniach NIP i pierwsze pieczątki, potrzebne nam na II Zlocie… Ponadto, w tym samym czasie Laki zaczął bardzo intensywnie prace nad pierwszą akcją stowarzyszeniową, co w krótkim czasie dało bardzo dobre efekty i szanse na konkretne działanie. generalnie można by rzec same plusy.

Zważywszy, że sytuacja wskazywała na przejście Stowarzyszenia do etapu działania, a rejestracja nastąpiła, zaczęliśmy ponownie rozmawiać o organizacji dużego Zlotu, a więc Walnego Zebrania. Należało bowiem podjąć kilka decyzji (w skrócie: rozszerzanie o nowych Członków, akcje terenowe, przygotowanie pism do partnerów instytucjonalnych itp.). Na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy pojawiały się różne propozycje miejsca zorganizowania Zlotu, m.in. w Łódzkiem i w Małopolsce, a także ponownie w Sierakowie. Ostatecznie propozycję zorganizowania Zlotu u siebie złożył Przemek (Łódź). Wszystko zatem szło dobrze, do momentu, w którym ponownie okazało się, że części Członków nie pasuje ta idea. Dyskusje stały się ponownie burzliwe, ale szczegóły znają tylko Członkowie (Forum CL). Skupię się zatem tylko na efekcie: kilka osób zrezygnowało z członkostwa, ponieważ inaczej wyobrażało sobie rozwój Stowarzyszenia. W związku z powyższym potrzeba zorganizowania Zlotu stała się jeszcze bardziej pilna, ponieważ do istotnych decyzji doszły także decyzje personalne. Pojawili się także nowi kandydaci na Członków, co stanowczo poprawiło kadrowe humory. W sytuacji krótkiego kryzysu, pałeczkę odpowiedzialności przejął Laki, ogłaszając, że proponuje Zlot na Opolszczyźnie. Komisja Rewizyjna (ceram, Przemek, adi) zgłosiła oficjalnie wniosek o zwołanie WZ, ucinając ostatecznie dyskusje o potrzebie Zlotu. Przeprowadzono głosowanie Zarządu i jednomyślnie przyjęto wniosek. Tak więc termin i miejsce Zlotu II stały się faktem.

Pomysł Zlotu w Niemodlinie był na tyle trafny, że spotkanie miało objąć dyskusję o akcji jaka jest przygotowywana właśnie na tym terenie, zatem w program WZ oprócz spraw organizacyjnych Stowarzyszenia wpleciono także zapoznanie z założeniami akcji, jej terenem i z wizytą w muzeum, które ma być naszym partnerem akcji (odbiorcą znalezisk związanych z terenem jego działania).

X. Niemodlin, Walne Zebranie nr II.

Styczeń okazał się dobrym miesiącem. Udało się nam zakończyć długie i nudnawe debaty o rzeczach nieistotnych, rozwiązać przejściowe problemy kadrowe i skupić się coraz bardziej na konkretnych działaniach. A wszystko to dzięki sprawnie zorganizowanemu Drugiemu WZ, jakie przygotował dla nas lakivis (dzięki Laki, było super!).

Niemodlin nie leży w centrum Polski, wręcz przeciwnie, na jej południowym, lekko zachodnim końcu. Styczeń nie był miesiącem oferującym pogodowe rewelacje. Sakwa nie oferowała zwrotu kosztów lub zwolnień od pracy. Pomimo to, stara gwardia (i nowa) zawitała dość licznie w te gościnne strony. Pierwszy dzień poświęciliśmy na debaty wewnętrzne, tj. przyjęcie nowych Członków i rezygnacje dwóch osób (wystąpili ze Stowarzyszenia poprzedni: Prezes i Skarbnik), omówienie spraw księgowości, legitymacje, wybory nowych władz itp. Naszym nowym Prezesem został wybrany ceram (Piotr Włodkowski), a Skarbnikiem SzuchA (Marcin Szustkiewicz), uzupełniliśmy także skład Komisji Rewizyjnej (wszystkie aktualne dane w zakładce „O Stowarzyszeniu”). Najciekawszą częścią były wolne rozmowy i dyskusje o planowanych akcjach i pomysłach na takowe. W takich momentach ładuje się baterie na następne miesiące – planowanie daje wiatr w żagle, a wizje stają się bardziej realne do osiągnięcia. Laki zaprezentował stan przygotowania do akcji Łambinowice. I tu trzeba dodać, że…

Zanim wszyscy zjechali się w sobotę na Zjazd, w piątek spotkaliśmy się w Niemodlinie w węższym gronie. Naszym celem były rozmowy w opolskim WKZ-cie. Wybraliśmy się tam trzyosobową reprezentacją (z Lakim i Shinem). Rozmowa w urzędzie była bardzo otwarta, szczera i konkretna, a co najważniejsze dająca duże szanse na konkretne działanie. Jednym słowem, po zaprezentowaniu nas w kilku zdaniach (Laki przygotował już grunt, odwiedzając WKZ wcześniej), a także po przekazaniu dokumentacji o nas i intencyjnego listu przewodniego, otrzymaliśmy zapewnienie, że możemy liczyć na poparcie naszych wniosków do WKZ! Bardzo nas to ucieszyło i napełniło kolejny raz nadzieją, że jednak w Polsce da się działać i normalnie i legalnie. Wracajmy zatem na Zjazd…

Wieczór sobotni przedłużył się na dalszych dyskusjach (niektórym przedłużył się aż do następnego dnia), po czym, po śniadaniu, pojechaliśmy zwiedzić Centralne Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach. Wizyta była oczywiście umówiona przez Lakiego – czekała na nas miła Pani przewodniczka, która najpierw zaprezentowała nam wprowadzający film o historii obozu, a następnie przeprowadziła przez muzealne sale. Jak zwykle, zwiedzanie tego typu miejsc, napawa wiecznym strachem bijącym z historycznych fotografii, dokumentów i świadectw tego, co zdarzyło się tutaj (ale także w wielu innych miejscach Polski, Niemiec, Rosji i nie tylko… Muzeum obejmuje bowiem swoją działalnością całe zagadnienie obozów jenieckich, nie tylko obozu Lamsdorf – Łambinowice). Obrazy, jakie ujrzeliśmy, zostają w pamięci na bardzo długo. Warto zwiedzać takie miejsca, by historia nie zatoczyła ponownie kręgu, bo to co można zobaczyć na fotografiach czy w muzealnych gablotach, normalnemu człowiekowi nie mieści się w głowie… Dzięki przewodniczce dowiedzieliśmy się też szeregu ciekawych faktów z długiej historii obozu. Współpraca z CMJW będzie doskonałym wsparciem merytorycznym w prowadzonych akcjach Sakwy.

Po wizycie w muzeum przejechaliśmy także na teren obozu, zwiedzić jego pozostałości oraz zobaczyć upamiętniające dawne wydarzenia pomniki. Pogoda dopisała nam wyśmienicie. Obóz spowijał śnieg, ale zwiedziliśmy teren przy niebieskim niebie i lekkim mrozie, w słońcu. Pobyt w Niemodlinie zakończyliśmy wspólnym obiadem w motelu. Wkrótce rozjechaliśmy się do domów, planując dalsze kroki… Spotkanie było bardzo udane, a dotyk terenu pierwszej akcji był zmaterializowaniem naszych oczekiwań. Oto stanęliśmy w blokach, gotowi do startu. Super.

Już w styczniu i lutym rozwiązywaliśmy z ceramem, SzuchĄ i kilkoma osobami problemy jakie nałożone są na stowarzyszenia w związku z księgowością i tzw. polityką rachunkowości (nic u nas nie może być proste i łatwe, bo po co) oraz pierwszym sprawozdaniem, bo choć rok 2008 był właściwie dla nas rokiem rejestracji i borykania się z urzędami, to sprawozdać trzeba i już. Wciąż przed nami było założenie konta, ponieważ zmiany kadrowe w Zarządzie i KR spowodowały konieczność zmian w KRS, a te wpływały na listę osób odpowiedzialnych za majątek, w tym za konto właśnie. Stąd rada dla wszystkich zakładających Stowarzyszenia: zastanówcie się dobrze nad tym, kto zasiądzie w organach decyzyjnych, by nie był to ktoś, kto na drugi dzień powie, że „w te klocki już się nie bawi”, bo to spowoduje dużo dodatkowej pracy i opóźnienia w działaniu… Najważniejsze jest jednak to, że niezależnie od poprawek w KRS czy od konta bankowego, mogliśmy zacząć działanie. Wiosna, choć bardzo późna, zaczynała się dla nas w zielonych barwach…

/Uri/